Przejdź do treści

Wojna domowa dociera na Zachód David Betz - King’s College London, Wydział Studiów Wojennych, Military Strategy Magazine, tom 9, numer 1, lato 2023, strony 20-26

To pierwszy z dwóch esejów. Zajmuje się on powodami, dla których wojna domowa prawdopodobnie zdominuje sprawy wojskowe i strategiczne Zachodu w nadchodzących latach, wbrew typowym oczekiwaniom literatury poświęconej wojnom przyszłości, oraz ogólną logiką strategiczną, która będzie stanowić fundament takich wojen. Kolejny esej będzie dotyczył w szczególności działań i strateg i, jakie istniejące siły zbrojne mogą podjąć przed tymi konfliktami i w ich trakcie.


“Europa to ogród. Zbudowaliśmy ogród. Wszystko działa. To najlepsze połączenie wolności politycznej, dobrobytu gospodarczego i spójności społecznej, jakie ludzkości udało się stworzyć — te trzy rzeczy razem… Większość reszty świata to dżungla…”

Tak powiedział szef dyplomacji UE Josep Borre l w Brug i w październiku 2022 r. Słowniki w przyszłości użyją tego jako przykładu definicji pychy.

Dzieje się tak, albowiem główne zagrożenie dla bezpieczeństwa i dobrobytu Zachodu pochodzi dziś z jego własnej głębokiej niestabilności społecznej, strukturalnego i gospodarczego upadku, wyschnięcia kulturowego oraz, moim zdaniem, tchórzostwa elit. Niektórzy akademicy zaczęli bić na alarm, w szczególności Barbara Walter w książce “How Civil Wars Start—and How to Stop Them”, koncentrującej się głównie na kurczącej się stabilności wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. Sądząc po przemówieniu prezydenta Bidena z września 2022, w którym zadeklarował, że “Republikanie MAGA reprezentują ekstremizm, który zagraża fundamentom naszej republiki”, rządy zaczynają zwracać na to uwagę, choć ostrożnie i niezręcznie.

Pole studiów strategicznych pozostaje jednak w dużej mierze milczące w tej sprawie, co jest dziwne, bo powinno to budzić troskę. Dlaczego właściwie należy postrzegać rosnące niebezpieczeństwo wybuchu gwałtownego konfliktu wewnętrznego na Zachodzie? Jakie strategie i taktyki mogą zostać użyte w nadchodzących wojnach domowych na Zachodzie i przez kogo? To są pytania, na które odpowiem w tym eseju.

Przyczyny

Literatura dotycząca wojen domowych jest zgodna co do dwóch punktów. Po pierwsze, nie są one problemem dla państw bogatych, a po drugie, narody posiadające stabilne rządy są w dużej mierze od nich wolne. Istnieją pewne rozbieżności w opiniach na temat tego, jak duże znaczenie ma rodzaj reżimu, choć większość zgadza się, że demokracje postrzegane jako mające społeczną legitymizację oraz silne autokracje są stabilne. W tych pierwszych ludzie nie buntują się, bo ufają, że system polityczny działa sprawiedliwie. W drugim przypadku tak się nie dzieje, ponieważ władze identyfikują i karzą dysydentów zanim ci zaczną działać na szeroką skalę.

Kolejnym poważnym problemem jest frakcjonowanie, ale społeczeństwa skrajnie niejednorodne nie są bardziej narażone na wojnę domową niż społeczeństwa bardzo jednorodne. Jest to spowodowane wysokimi “kosztami koordynacji” między społecznościami, które istnieją w tych pierwszych, co łagodzi powstawanie ruchów masowych.

Najbardziej niestabilne są społeczeństwa umiarkowanie jednorodne, szczególnie gdy odczuwalna jest zmiana statusu tytularnej większości lub znacznej mniejszości, która dysponuje środkami umożliwiającymi jej samodzielny bunt. Natomiast w społeczeństwach złożonych z wielu mniejszości “dziel i rządź” może być skutecznym mechanizmem kontroli populacji.

Moim zdaniem nie ma powodu, aby krytykować główny nurt istniejącej teor i na temat przyczyn wojny domowej, jak opisano powyżej. Pytanie raczej brzmi, czy założenie o warunkach, które tradycyjnie lokowały państwa zachodnie poza ramami analizy osób zaniepokojonych masowymi i ciągłymi wybuchami gwałtownych niepokojów społecznych, jest nadal słuszne.

Dowody silnie wskazują, że nie są. Już pod koniec zimnej wojny niektórzy zauważyli, że kultura, która “zwyciężyła” w tym konflikcie, sama zaczęła się rozszczepiać i degenerować. W 1991 roku Arthur Schlesinger argumentował w książce “The Disuniting of America”, że “kult etniczności” coraz bardziej zagraża jedności tego społeczeństwa. Było to prorocze.

Weźmy pod uwagę uderzające wyniki Edelman Trust Barometer z ostatnich dwudziestu lat. Niedawno stwierdzono w nim, że “nieufność” jest obecnie domyślnym uczuciem w społeczeństwie. Sytuacja w Ameryce, co pokazują powiązane badania, jest szczególnie zła. Już w 2019 roku jeszcze przed kontrowersyjnymi wyborami i epidemią Covid, 68 procent Amerykanów zgadzało się, że pilnie trzeba naprawić poziom “zaufania” w społeczeństwie i rządzie, a połowa twierdziła, że słabnące zaufanie odzwierciedla “chorobę kulturową”.

W kategoriach socjologicznych ten upadek zaufania oznacza spadek zasobów “kapitału społecznego” który jest zarówno rodzajem “super kleju”, czynnikiem spójności społecznej, jak i “smarem”, który pozwala na współistnienie różnych grup społecznych. To, że ten kapitał maleje, nie jest przez nikogo kwestionowane, podobnie jak nikt poważnie nie ma wątpliwości co do jego smutnych konsekwencji.

Sporne są jednak jego przyczyny. Kanclerz Angela Merkel kiedyś wskazała palcem bezpośrednio na wielokulturowość, deklarując, że w Niemczech całkowicie się nie sprawdziła, co sześć miesięcy później powtórzył ówczesny premier Wielkiej Brytan i David Cameron. Wyjaśnił on, że “gettoizuje ludzi w grupach mniejszościowych i większościowych bez wspólnej tożsamości”. Takie wypowiedzi liderów — znaczących centrystów — dużych, na pozór stabilnych politycznie państw zachodnich nie mogą być łatwo zignorowane jako populistyczna demagogia.

Ponadto “polaryzację polityczną” wzmocniły media społecznościowe i polityka tożsamości, o których więcej poniżej. Łączność cyfrowa sprawia, że społeczeństwa coraz głębiej i częściej odczuwają poczucie izolacji w ściśle określonych grupach pokrewieństwa. Każda z nich chroniona jest przez tzw. “bańki filtrujące”, starannie skonstruowane membrany ideologicznej niewiary, stale wzmacnianymi przez aktywną i bierną selekcję konsumowanych treści medialnych.

To, co można opisać jako “konflikt międzyplemienny”, nie ogranicza się wcale do wirtualnej przestrzeni Internetu. Objawia się również jako fizyczne starcia w samonapędzającym się cyklu sprzężenia zwrotnego. Można by podać wiele przykładów z ostatnich nagłówków. Dobrym jest miasto Leicester w Wielkiej Brytanii, które w ostatnim roku było świadkiem powtarzających się aktów przemocy między lokalnymi społecznościami hinduskimi i muzułmańskimi. Obie strony były pobudzane w wyniku etnicznych napięć mających miejsce w odległej Azji Południowej. Tłum Hindusów maszerował przez dzielnicę muzułmańską, skandując “Śmierć Pakistanowi”.

To wszystko odzwierciedla przede wszystkim znaczną nieistotność “brytyjskości” jako aspektu przed-politycznej lojalności istotnej części dwóch największych mniejszości w Wielkiej Brytan i. Kto chce walczyć z kim i o co? Odpowiedź w tym przypadku na to pytanie strategiczne ma bardzo niewiele wspólnego z nominalnym obywatelstwem osób, które już faktycznie zaczęły walczyć.

Wreszcie do tej wybuchowej mieszanki społecznej trzeba dodać wymiar gospodarczy, który można określić tylko jako skrajnie niepokojący. Według powszechnych ocen Zachód już wszedł w kolejny kryzys gospodarczy, długo odkładaną powtórkę kryzysu finansowego z 2008 roku, w połączeniu ze skutkami deindustrializacji gospodarek zachodnich, których widocznym produktem ubocznym jest postępująca dedolaryzacja światowego handlu, dodatkowo napędzana sankcjami nałożonymi na Rosję, co również wywołało gwałtowny wzrost kosztów podstawowych dóbr takich jak energia, żywność i mieszkania.

W kategoriach finansjalizacji gospodarki, emisji długu i konsumpcji Zachód dotarł do kresu możliwości, co oznacza, że otwiera się gigantyczna luka w oczekiwaniach dotyczących dobrobytu. Jeśli jest coś, co literatura o rewolucjach potwierdza jednogłośnie - luki oczekiwań są niebezpieczne. Mówiąc prosto, od wieków uznanym sposobem kontroli rodzących się tłumów była dostarczanie przez władze “chleba i igrzysk”, czyli podstawowej konsumpcji i taniej rozrywki — skuteczność obu tych rzeczy gwałtownie dziś maleje.

Podsumowując tę część, można powiedzieć, że pokolenie temu wszystkie państwa zachodnie wciąż można było opisać jako w dużej mierze spójne narody, każde z większym lub mniejszym poczuciem wspólnej tożsamości i dziedzictwa. Tymczasem dziś wszystkie są niespójnymi bytami politycznymi, układankami rywalizujących plemion tożsamościowych, żyjącymi w dużej mierze w wirtualnie odseparowanych “wspólnotach”, rywalizujących w coraz bardziej oczywisty i gwałtowny sposób o malejące społeczne zasoby. Co więcej, ich gospodarki tkwią w strukturalnym kryzysie, prowadzącym nieuchronnie, zdaniem wielu kompetentnych obserwatorów, do systemowego upadku.

Przebieg

Intymny charakter wojny domowej, jej polityczna intensywność oraz zasadniczo społeczna natura, w połączeniu z łatwą dostępnością do atakowania słabych punktów wszystkich stron, mogą sprawić, że takie wojny będą szczególnie brutalne. Dobrym przykładem jest rosyjska wojna domowa, która nastąpiła po rewolucji bolszewickiej w 1917 roku. To forma wojny, w której ludzie cierpią z powodu brutalności i fanatyzmu nie za to, co zrobili, lecz za to, kim są.

Być może wojny domowe na Zachodzie uda się ograniczyć do poziomu odrazy, jaką budziły wojny w Ameryce Środkowej w latach 70. i 80. XX wieku. W takim przypadku ”normalne” życie pozostanie możliwe dla tej części społeczeństwa, która jest wystarczająco bogata, aby odizolować się od szerszego otoczenia politycznych zabójstw, oddziałów śmierci i wzajemnych represji między wspólnotami, a także prężnie rozwijającej się przestępczości — wszystkich tych cech społeczeństwa, które znajduje się w trakcie własnego rozpadu.

Problem polega na tym, że potrzeba walki, a wręcz chęć przyspieszenia konfliktu, nie ogranicza się do jednej grupy – jak można by wywnioskować z niedawnego alarmu dotyczącego skrajnie prawicowego populizmu – lecz ma charakter bardziej ogólny, a radykalizm staje się coraz bardziej widoczny we wszelkiego rodzaju społecznościach. Rozważmy na przykład następujące fragmenty francuskiego traktatu lewicowego opublikowanego w 2007 roku:

“Powszechnie wiadomo, że ulice kipią od przejawów nieobyczajności. Infrastruktura techniczna metropol i jest podatna na ataki (...) Jej przepływy to coś więcej niż transport ludzi i towarów. Informacje i energia krążą za pośrednictwem sieci, kabli i kanałów, a te mogą zostać zaatakowane. W naszych czasach całkowitej dekadencji jedyną imponującą rzeczą w świątyniach jest ponura prawda, że są już ruinami.”

W tym momencie histor i konfliktów nie wydaje się konieczne wyjaśnianie technik, za pomocą których istniejące podziały społeczne są rozrywane na strzępy, ponieważ zostały one szeroko przebadane. Instytucje obronne Zachodu są bardzo dobrze zaznajomione z takimi kwestiami, albowiem pojawiły się one na różnych teatrach działań wojennych za granicą, w które zostały uwikłane w ramach tzw. “wojny z terroryzmem”.

Czy to zupełny cud, że te lekcje i idee odnalazły drogę powrotną do domu? “Przewodnik obywatela po wojnie piątej generacji” (“Citizen’s Guide to Fifth Generation Warfare”), którego współautorem jest genrał Michael Flynn, były szef Agencji Wywiadu Obronnego i pierwszy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Trumpa, to dobrze zaprojektowany podręcznik, którego cel jest jasny: edukowanie ludzi na Zachodzie na temat buntu. Według jego własnych słów, napisał ją, ponieważ “nigdy nie śniłem, że największe bitwy będą toczyć się tutaj, w naszej ojczyźnie, przeciwko wywrotowym elementom naszego własnego rządu”.

Przez ostatnie trzydzieści lat Zachód zajmował się bezowocnie w trybie ekspedycyjnym wojnami domowymi innych. Powinien był nauczyć się, że nie da się utrzymać zintegrowanego, wielowartościowego społeczeństwa, gdy sąsiedzi zaczynają porywać sobie nawzajem dzieci i mordować je wiertarkami, wysadzać w powietrze wydarzenia kulturalne, zabijać nauczycieli i przywódców religijnych, a także burzyć swoje symbole kulturowe. Warto przy tym trzeźwo zauważyć, że liczne przypadki wszystkich tych zjawisk miały już miejsce na Zachodzie, a wszystkie one wystąpiły tylko we Francji w ciągu ostatnich pięciu lat.

W literaturze istnieją scenariusze, głównie skupione na Stanach Zjednoczonych, opisujące, jak mogłyby wyglądać wojny domowe na Zachodzie. Mają one zwykle jedną wspólną cechę, którą wyraził Peter Mansoor, profesor historii wojskowości na Uniwersytecie Stanowym w Ohio:

“(…) nie będą przypominały pierwszej wojny domowej [amerykańskiej], w której armie manewrowały na polu bitwy, lecz będą raczej totalną walką wszystkich przeciw wszystkim, sąsiad przeciw sąsiadowi, na podstawie przekonań, koloru skóry i religii. I będzie to przerażające.”

Około 75 procent konfliktów domowych po zimnej wojnie toczyło się między frakcjami etnicznymi. Dlatego stwierdzenie, iż wojna domowa na Zachodzie będzie podobna, nie jest niczym wyjątkowym. Warto jednak zastanowić się nad naturą przekonania, które Mansoor przywołuje jako ważne. Przekonanie, o którym mowa, to akceptacja przez wszystkie grupy społeczne zasad “polityki tożsamości” (“identity politics”).

Polityka tożsamości może być zdefiniowana jako polityka, w której osoby o określonej tożsamości rasowej, religijnej, etnicznej, społecznej czy kulturowej dążą do promowania swoich szczególnych interesów lub trosk bez uwzględniania interesów większej grupy politycznej. Jest jawnie postnarodowa. To właśnie przede wszystkim sprawia, że konflikt wewnętrzny na Zachodzie nie tylko jest prawdopodobny, ale w mojej ocenie praktycznie nieunikniony.

Szczególność współczesnego zachodniego multikulturalizmu, w porównaniu z innymi zróżnicowanymi społeczeństwami, ma trzy aspekty. Po pierwsze, znajduje się on w tak zwanym “idealnym punkcie” według teor i o przyczynach wojen domowych — problem kosztów koordynacji jest mniejszy, gdy biała większość (w niektórych miejscach szybko zmieniająca się w dużą mniejszość) współistnieje z wieloma mniejszymi grupami.

Po drugie, dotychczas praktykowano coś w rodzaju “asymetrycznego multikulturalizmu”, w którym preferencje wewnątrzgrupowe, duma etniczna i solidarność grupowa (zwłaszcza przejawiana podczas głosowania), są akceptowane dla wszystkich grup poza białymi. U białych takie postawy uznaje się za supremacyjne i anatematyczne dla porządku społecznego.

Po trzecie, z powodu powyższego wyłoniło się przekonanie, że status quo jest niesprawiedliwie niezrównoważony, co stanowi argument za buntem ze strony białej większości (lub dużej mniejszości), który ma swoje korzenie w poruszającym języku sprawiedliwości. Z perspektywy komunikacji strategicznej, moralnie zabarwiona narracja, która ma jasno wyartykułowany żal, prawdopodobne i pilne lekarstwo oraz podatną na krytykę społeczność sumienia, jest potężna.

Teoria “Wielkiego Zastąpienia” (“Great Replacement) jest wyrazem tej narracji “Degradacja” to termin, którym opisuje się ją w teor i wojny domowej. Odnosi się ono do postrzegania przez grupę dominującą tego, co się jej przydarza:

“…sytuacja odwrócenia statusu, nie tylko politycznej porażki. Grupy dominujące przechodzą z sytuacji, w której jeszcze chwilę temu decydowały, jakim językiem się mówi, jakie prawa są egzekwowane i jaka kultura jest czczona, do sytuacji, w której już nie decydują.”

W obecnej analizie istotne jest tutaj, poza rezonansem narracji o “degradacji”, wyraźnie obserwowalnym w tym, jak szeroko się rozprzestrzeniła, inna osobliwość wielokulturowości na Zachodzie, a mianowicie to, że jest ona również geograficznie asymetryczna. Istnieje wyraźnie obserwowalny wymiar miejsko-wiejski wzorców osadnictwa imigrantów: zasadniczo miasta są radykalnie bardziej heterogeniczne niż obszary wiejskie. Logicznie rzecz biorąc, można więc stwierdzić, że wojny domowe na Zachodzie przebiegające wzdłuż podziałów etnicznych będą miały wyraźny charakter konfliktu między wsią a miastem.

Logika strategiczna

Cofnij się o kilka stron do francuskiego lewicowego traktatu, który cytowałem wcześniej, i zwróć uwagę na jego główną tezę: “ulice już teraz są pełne przejawów nieobyczajności”. Miasta są już ruinami, a dokładniej rzecz biorąc są obecnie skonfigurowane tak krucho, że wystarczy niewielki bodziec, aby doprowadzić do ich zniszczenia. Krótko mówiąc, jest to logika strategiczna otwarcie prezentowana przez grupy przeciwne status quo ze wszystkich stron sceny politycznej. Zamierzają przyspieszyć upadek heterogenicznych dużych miast, powodując kaskadowe kryzysy prowadzące do niewydolności systemowej i okresu masowego chaosu, który, jak mają nadzieję, uda się przeczekać w względnym bezpieczeństwie stosunkowo jednorodnych prowincji wiejskich.

Choć założenie brzmi prosto, jego ukryta logika zgadza się z wnioskami niektórych poważnych autorytetów. Na przykład spójrzmy na ten fragment broszury z 1974 roku pt. “Granice miasta”:

“Albo ograniczenia narzucone miastu przez współczesne życie społeczne zostaną przezwyciężone, albo mogą pojawić się formy życia miejskiego, które będą zgodne z barbarzyństwem czekającym ludzkość, jeśli ludzie tego wieku nie rozwiążą swoich problemów społecznych. Dowody na tę tendencję można dostrzec nie tylko w metropol i, dławiącej się wyalienowanym i zatomizowanym agregatem istot ludzkich, ale także w „dobrze strzeżonym” totalitarnym mieście składającym się z zagłodzonych czarnych gett i uprzywilejowanych białych enklaw - mieście, które byłoby cmentarzem wolności, kultury i ludzkiego ducha.”

Jego autor, amerykańsko-żydowski teoretyk społeczny, trockista, wpływowy urbanista i ekolog, nie może być nazwany człowiekiem skrajnej prawicy — chociaż jego diagnoza problemów społeczeństwa jako atomizacji i degeneracji (co jest trafnym sposobem opisania tego, co nazwał “wysychaniem kultury”) to również typowe tropy skrajnej prawicy.

Duża część bardzo obszernej literatury na temat podatności miast jest ujęta w kategoriach odporności “infrastruktury krytycznej” na ataki zewnętrzne lub katastrofy, a w pewnym stopniu także terroryzm. Faktem jest jednak, że najbardziej krytyczną podatnością infrastruktury jest atak wewnętrzny, przed którym nie jest ona zabezpieczona (i prawdopodobnie niemożliwa do zabezpieczenia). Normalnie funkcjonujące społeczeństwa nie potrzebują takich zabezpieczeń, co oznacza, że na tych dwóch słowach opiera się wiele wygodnych założeń.

Na przykład w Wielkiej Brytan i jest 24 stacji sprężania gazu, wszystkie w pół-wiejskich okolicach, z których dwie obsługują Londyn. Żadna nie jest ukryta ani bardziej strzeżona niż jakikolwiek normalny zakład przemysłu lekkiego. Atak na jedną z nich wymaga jedynie przebicia się przez ogrodzenie z siatki. Podobnie sieć rurociągów Major Accident Hazard Pipelines (MAHPs — wskazówka jest w nazwie) jest z natury podatna na ataki. W lipcu 2004 r. w Ghislengien w Belg i, gdy jedna z nich została przypadkowo uszkodzona przez prace budowlane, zginęło 25 osób, a 150 zostało poważnie rannych.

To samo można powiedzieć o głównych elementach sieci energetycznej — liniach wysokiego napięcia, stacjach transformatorowych itd. — a także o sieci komunikacyjnej — ośrodkach routingu, masztach telefon i komórkowej i mikrofalowej, węzłach światłowodowych i tym podobnych. Jeśli chodzi o infrastrukturę transportową, która w dużej mierze jest poważnie wyeksploatowana nawet bez aktywnych działań mających na celu jej zniszczenie, do wielu dużych miast – najlepszym przykładem jest Nowy Jork – można dotrzeć mostem lub tunelem, które stanowią łatwe do zaatakowania wąskie gardła.

Zakłócenie któregokolwiek z tych systemów wywołałoby problemy z dostawami żywności i leków, które już w normalnych warunkach są kruche. Przeciętny mieszkaniec miasta ma zapasy jedzenia na zaledwie kilka dni, a same miasta zwykle mają tylko kilka dodatkowych dni zapasów w magazynach i sklepach. Na przykład brytyjski łańcuch dostaw żywności, choć opisywany jako odporny i złożony, opiera się na systemach just-in-time, które są bardzo podatne na zakłócenia.

Podsumowując tę część, można zauważyć, że wojny domowe, które czekają Zachód, będą przebiegały wzdłuż lin i etnicznych, co — biorąc pod uwagę rozmieszczenie grup ludności — silnie sugeruje, że będą miały charakter wyraźnego podziału między miasto a wieś. Ich logika strategiczna będzie polegać na niszczeniu centrów metropolitalnych poprzez ataki na infrastrukturę w celu wywołania kaskadowego załamania systemu, prowadzącego do niekontrolowanego chaosu społecznego i dalszego szybkiego upadku. Zastosowane taktyki są wiarygodne, biorąc pod uwagę kruchą stabilność współczesnych miast nawet w najlepszych czasach, co zauważyli poważni badacze, a co początkujący rewolucjoniści po prostu rozpoznali.

Wnioski

Świadomość możliwości wybuchu wojny domowej na Zachodzie istnieje zarówno w polityce, publicystyce, jak i w pewnym zakresie w nauce. Wiele osób nadal temu zaprzecza lub niechętnie o tym mówi. Być może obawiają się czegoś w rodzaju “dylematu bezpieczeństwa”. Jeśli ludzie uwierzą, że wojna domowa nadchodzi, bo tak mówią ważne osoby, mogą zacząć się zachowywać w sposób, który ją wywoła lub przyspieszy. Równie dobrze można przypuszczać, że niektórzy znają prawdę, ale są frakcyjnie zaangażowani w konflikt i po prostu zajmują pozycje, by w historii nie być tymi, którzy oddali pierwszy strzał.

Żadna z tych postaw, moim zdaniem, nie jest wiarygodna w obliczu tej przykrej rzeczywistości. Teoria ogólnie jasno i przekonująco określa warunki, w jakich wojna domowa jest prawdopodobna. Walton stwierdził, że w dowolnym roku nieco poniżej czterech procent krajów, w których występują warunki sprzyjające wojnie domowej, rzeczywiście jej doświadcza. Przyjęcie tego nawet jako dość pesymistycznego punktu odniesienia sugerowałoby, że w ciągu najbliższej dekady zbiorowy Zachód znajduje się w poważnych tarapatach. Co więcej, nie ma powodu, by mieć nadzieję, że jeśli wybuchnie ona w jednym dużym kraju, jej konsekwencje nie rozprzestrzenią się szerzej na inne.

Nie chodzi tylko o to, że warunki sprzyjające wojnie domowej są obecne na Zachodzie. Chodzi raczej o to, że zbliżają się do ideału. Względne bogactwo, stabilność społeczna oraz brak poważniejszych podziałów demograficznych, a także przekonanie o zdolności prowadzenia normalnej polityki w celu rozwiązywania problemów — wszystko to kiedyś czyniło Zachód odpornym na wojnę domową, ale dziś już nie obowiązuje. W rzeczywistości w każdej z tych kategorii kierunek zmian zmierza w stronę konfliktu wewnętrznego. Coraz więcej ludzi to dostrzega i ich zaufanie do rządów wydaje się jeszcze bardziej maleć w obliczu jawnej niechęci lub niezdolności przywódców do uczciwego zmierzenia się z sytuacją.

Rezultatem, w skali społeczeństwa, jest wzmacniająca się spirala przypominająca początkowe wersy słynnego wiersza Yeatsa “The Second Coming”:

“Kręci się, kręci w coraz szerszym kręgu

Sokół nie słyszy sokolnika;

Wszystko się rozpada; środek nie może się ostać…”

Faktem jest, że narzędzia buntu w postaci różnych elementów współczesnego życia po prostu leżą w zasięgu ręki, wiedza jak je wykorzystać jest powszechna, cele są oczywiste i nie chronione, a coraz więcej dawnych zwykłych obywateli wydaje się być gotowych oddać strzał.