Po sześciu miesiącach wojny z Donaldem Trumpem Iran może pochwalić się uzyskaniem jednej znaczącej przewagi. Waszyngton coraz częściej walczy w tempie narzuconym przez Teheran.
Po południu 6 września 1901 roku prezydent William McKinley stał w rzędzie powitalnym na Wystawie Panamerykańskiej w Buffalo w stanie Nowy Jork, ściskając dłonie tłumowi życzących mu dobrze ludzi.
Są to bezprecedensowe i poważne oskarżenia pod adresem izraelskiego rządu oraz aparatu bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy pochodzą od byłego premiera. Jednak po latach powściągliwości nie mam już wyboru i muszę je wypowiedzieć.
Trump nie jest panem własnej polityki. Jest jedynie figurantem wdrażającym strategię przy użyciu nieprzyjemnych środków. Strategię mającą na celu utrzymanie hegemonii, która ostatecznie wymierzona będzie przeciwko Chinom i Rosji - i prawdopodobnie zakończy się porażką, ponieważ USA popełniły ogromne błędy kalkulacyjne.
W ostatnich latach pojawił się nurt myślenia ekologicznego, który stawia populację w centrum kryzysów środowiskowych. Niektórzy aktywiści, w tym osoby związane z "Extinction Rebellion" oraz "Stop Having Kids Movement" w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, wyrażają poglądy antynatalistyczne, argumentując, że rezygnacja z posiadania dzieci jest znaczącą odpowiedzią na zmiany klimatu. Rozumowanie to jest przejrzyste i na pierwszy rzut oka przekonujące. Mniej ludzi powinno oznaczać mniejszą konsumpcję, niższe emisje i więcej przestrzeni dla odbudowy świata przyrody.
Łatwo ulec pokusie, by uwierzyć, że amerykańska machina wojenna dobiegła końca. Pod względem militarnym Iran rzeczywiście zadał USA największe upokorzenie we współczesnej historii - o czym pisałem szczegółowo i bez emocji. Jednak w tle Waszyngton po cichu przeprowadzał zbrojny rabunek światowych zasobów ropy i gazu. Wszystkiego.
Podczas zamkniętych spotkań J. D. Vance wielokrotnie kwestionował sposób, w jaki Departament Obrony przedstawia wojnę z Iranem, a także to, czy Pentagon nie zaniża skali tego, co wydaje się drastycznym uszczupleniem amerykańskich zapasów rakiet.
Donald Trump kandydował na urząd prezydenta jako populista i wygrał jako populista. Wszyscy "zwyczajowi podejrzani” (usual suspects) - tacy jak Hillary Clinton - potępiali go jako populistę. Polityczny podręcznik, którym posługiwała się jego kampania, serwował wyborcom typowo populistyczne hasła. To znaczy: Trump obiecywał służyć "zwykłym ludziom”, walcząc z klasą rządzącą, "osuszając bagno”, karząc skorumpowanych, kończąc rządowy system uprzywilejowania i ogólnie rzucając klucz w tryby maszyny wyzysku klasy rządzącej. Jednak teraz, gdy do końca kadencji Trumpa pozostały jeszcze prawie trzy lata, jest całkiem jasne, że Trump nie zrobi nic, co mogłoby faktycznie pokrzyżować plany rządzącej elicie.
To, co dzieje się w Zatoce Perskiej, jest zepsute do cna — brak słów, by to opisać.
Szaleńczy renegat w Gabinecie Owalnym wywołał tam pożogę, która może wpędzić całą globalną gospodarkę i system finansowy w katastrofę. I to nie tylko, ani nawet nie głównie z powodu zablokowania dostaw 23 milionów baryłek ropy dziennie z 105 milionów potrzebnych na świecie.