Przejdź do treści

Najdroższa lekcja nauki w historii Europy - James Hickman, SchiffSovereign, 13 marca 2026.

11 marca 2011 roku trzęsienie ziemi o natężeniu 9,0 uderzyło u wybrzeży Japonii i wywołało potężne tsunami, które uderzyło w elektrownię jądrową Fukushima Nr 1. Trzy z sześciu reaktorów elektrowni uległy stopieniu, a katastrofa ta stała się najgorszym wypadkiem nuklearnym od czasu Czarnobyla.


Po drugiej stronie świata kanclerz Niemiec Angela Merkel spanikowała. Jej rząd zaledwie pięć miesięcy wcześniej przedłużył okres działania 17 niemieckich reaktorów jądrowych. Jednak z powodu trzęsienia ziemi w Japonii Merkel z dnia na dzień zmieniła decyzję i wyłączyła z eksploatacji osiem niemieckich reaktorów.

Ale decyzja Merkel nie była tak naprawdę związana z katastrofami naturalnymi. Była polityczna.

Merkel obawiała się niemieckiej Partii Zielonych. Partii, która została dosłownie założona na bazie antynuklearnego aktywizmu w 1980 roku i zyskiwała coraz większe poparcie. Kluczowe wybory regionalne miały odbyć się zaledwie dwa tygodnie później, a Merkel liczyła, że może odnieść zwycięstwo, jeśli zamknie reaktory. Jej manewr nie zadziałał i Zieloni i tak wygrali. Ale w tym momencie los energetyki jądrowej był już przesądzony. W ciągu trzech miesięcy niemiecki rząd zdecydował o stopniowym wyłączaniu KAŻDEGO reaktora jądrowego w kraju.

Warto pamiętać, że 17 niemieckich reaktorów wytwarzało ponad jedną trzecią energii elektrycznej w kraju… przy zerowej emisji dwutlenku węgla. To całkiem dobra rzecz dla państwa obsesyjnie skupionego na zmianach klimatycznych. Mimo to niemiecka Partia Zielonych przez dziesięciolecia prowadziła kampanię na rzecz ich zamknięcia - czyli likwidacji najczystszego, najbardziej bezemisyjnego źródła podstawowej energii, jakie zna ludzkość.

Niemcy zobowiązały się zastąpić elektrownie jądrowe panelami słonecznymi. Naturalnie oznaczało to, że w kraju, gdzie słońce świeci stosunkowo rzadko, Niemcy stawali się coraz bardziej zależni od gazu ziemnego — z którego większość dostarczana była rurociągami z Rosji. Pełna skala tej głupoty ujawniła się dopiero w lutym 2022 roku, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę. Niemcy przyłączyły się do zachodnich sankcji przeciwko Rosji. Rosja odpowiedziała ograniczeniem dostaw gazu. A Niemcy nie mieli żadnego planu awaryjnego.

Tak więc Niemcy - kraj, który pouczał cały świat o emisjach CO₂ - w panice ponownie uruchomiły ponad 20 elektrowni węglowych. Następnie sprowadziły 42 miliony ton węgla, w tym duże ilości z południowej Afryki. Zburzono nawet wioskę Lützerath, aby rozszerzyć kopalnię węgla brunatnego, odciągając protestujących.

Niemcy stały się również importerem netto energii elektrycznej, kupując prąd z francuskiej sieci energetyki jądrowej. I cóż za niespodzianka: ceny energii elektrycznej w Niemczech są dziś najwyższe w Unii Europejskiej. Jedną z oczywistych konsekwencji jest to, że Niemcy przestały być konkurencyjne przemysłowo ze względu na koszty energii.

I to prowadzi nas do 6 marca 2026 roku.

Manuel Hagel, 37-letni kandydat polityczny z partii byłej kanclerz Merkel, odwiedził szkołę podstawową. Kamery ogólnokrajowej telewizji nagrywały moment, gdy Hagel próbował wyjaśnić dzieciom efekt cieplarniany:

"Między Ziemią a Słońcem znajduje się atmosfera. A gdy staje się ona coraz cieńsza, Słońce robi się coraz gorętsze. I powodem tego są emisje CO₂ i... i... i... I to jest efekt cieplarniany.”

Niestety jego wyjaśnienie jest całkowicie błędne. Efekt cieplarniany działa dlatego, że CO₂ i inne gazy zatrzymują ciepło w atmosferze; nie ma to nic wspólnego z "cienieniem” atmosfery ani z tym, że Słońce staje się gorętsze.

To człowiek, który zabiera ludziom kuchenki gazowe i samochody z silnikami spalinowymi w imię ograniczenia emisji CO₂. A jednak nie rozumie nawet podstaw własnej "nauki”. Niemieckie przywództwo jeszcze bardziej się skompromitowało 10 marca, gdy przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wystąpiła na Szczycie Energii Jądrowej w Paryżu i oświadczyła, że odejście Europy od energii jądrowej było "strategicznym błędem”.

"W 1990 roku jedna trzecia energii elektrycznej w Europie pochodziła z atomu, dziś jest to zaledwie około 15%. Ten spadek udziału energetyki jądrowej był wyborem. Uważam, że był to strategiczny błąd Europy, aby odwrócić się od niezawodnego, przystępnego cenowo źródła energii o niskiej emisji.”

Oczywiście ma rację. To był błąd. Nadzwyczaj kosztowny.

Jest to przy tym ironiczne, ponieważ von der Leyen jest Niemką. Zasiadała w rządzie Merkel. Osobiście głosowała za wygaszaniem energetyki jądrowej, a jej własna polityka w Komisji polegała na cichym wycofywaniu energii jądrowej.

Również w tym tygodniu obecny kanclerz Niemiec (Friedrich Merz) odniósł się do tego nuklearnego błędu, nazywając wygaszanie reaktorów "pomyłką” i mówiąc: "Żałuję tego”. Świetnie. Więc to naprawcie! Ale tego nie zrobią. Niestety dla Niemiec - powiedział kanclerz - "tak już jest i teraz koncentrujemy się na polityce energetycznej, którą mamy”.

Niewiarygodne. Podsumujmy więc:

  • Niemcy (najpierw za sprawą Angeli Merkel, a później kolejnych rządów) zniszczyły swoje czyste i tanie elektrownie jądrowe.

  • Zrobiono to z idiotycznych powodów politycznych.

  • Doprowadziło to do poważnego kryzysu energetycznego, który wywołał kryzys gospodarczy.

  • Prawie wszyscy u władzy przyznają dziś, że był to ogromny błąd.

  • Ale nawet nie zamierzają próbować go naprawić.

Jak pisaliśmy wcześniej, obfita i tania energia jest jedną z niewielu sił, które mogą niezawodnie utrzymywać inflację pod kontrolą. Napędza silniejszy wzrost gospodarczy, obniża ceny i poprawia życie wszystkich. Stany Zjednoczone przynajmniej na razie zmierzają we właściwym kierunku — dzięki niedawnym rozporządzeniom wykonawczym reformującym proces licencjonowania energetyki jądrowej, przyspieszającym projekty małych reaktorów modułowych oraz tworzącym pierwszy od dziesięcioleci realny impuls dla amerykańskiego przemysłu jądrowego.

Ryzyko jest jednak oczywiste. Jedne wybory, jedna zmiana administracji i nowy zestaw polityków może zniszczyć cały ten postęp z dnia na dzień — dokładnie tak, jak zrobiła to Merkel w 2011 roku. Niemcy są piętnastoletnim studium przypadku pokazującym, jak fatalna polityka może osłabić państwo.

I właśnie dlatego sensowne jest posiadanie Planu B.