Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, gdzie znika 7 BILIONÓW dolarów? Rząd też się nad tym zastanawia – James Hickman, SchiffSovereign, 17.03.2026.

10 marca bezpartyjny waszyngtoński think-tank o nazwie "Committee for a Responsible Federal Budget" opublikował raport zatytułowany: "Break Glass: A Plan for the Next Economic Shock” ("Rozbić szkło: plan na kolejny szok gospodarczy”).


Wskazuje on, że Stany Zjednoczone nigdy nie wchodziły w okres spowolnienia gospodarczego z tak wysokim zadłużeniem jak dziś - co oznacza, że praktycznie nie ma żadnej przestrzeni fiskalnej, by odpowiedzieć na kolejny kryzys. Kiedy w 2008 roku uderzył kryzys finansowy, dług publiczny wynosił około 35% PKB. Do czasu jego zakończenia wzrósł do około 70%. Następnie, gdy w 2020 roku pojawił się COVID, dług wynosił już 80% PKB. Po zakończeniu tego okresu przekroczył 100%.

Dziś oficjalny dług publiczny wynosi niemal 130% PKB. To znacznie więcej niż rekord z czasów II wojny światowej. Każdy kryzys gospodarczy zaczyna się z gorszej pozycji, wymaga większego zadłużenia i pozostawia kraj w jeszcze głębszej "dziurze”. Nic z tego nie powinno dziwić nikogo, kto zwracał uwagę. Pisaliśmy o tym od lat. Mówiliśmy o tym w 2019 roku, gdy wszystko szło świetnie - rekordowy rynek akcji, rekordowe wpływy podatkowe, zdrowa gospodarka - a rząd i tak miał deficyt na poziomie biliona dolarów.

Zastanawialiśmy się głośno — jeśli rząd generuje deficyt w wysokości 1 biliona dolarów, gdy wszystko idzie dobrze, jak duży będzie deficyt podczas prawdziwego kryzysu? Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź; wkrótce potem uderzył COVID, powodując wzrost deficytu rządowego do ponad 5 bilionów dolarów. Co więc stanie się, gdy nadejdzie kolejna recesja? Skąd wezmą się pieniądze?

Proponowany przez CRFB (Committee for a Responsible Federal Budget) plan awaryjny daje odpowiedź. Najpierw zamrożenie Social Security, Medicare oraz wszystkich wydatków uznaniowych - brak waloryzacji, wzrostów, nic. Następnie zamrożenie progów podatkowych, tak aby inflacja po cichu przesuwała coraz więcej Amerykanów do wyższych progów. A na dodatek stopniowe wprowadzenie zupełnie nowego "dodatku redukującego deficyt”: dodatkowego podatku od dochodów powyżej 100 000 dolarów, który będzie rosnąć co roku, aż deficyt spadnie do 3% PKB.

Oczywiście byłoby to politycznie tak toksyczne, że raport przyznaje, iż nic nie zostanie zrobione, dopóki… nie wymusi tego kryzys. Nie oznacza to jednak, że Amerykanie nie odczuwają już skutków rosnących deficytów. W ubiegłym roku raport Yale Budget Lab wykazał, że wydatki deficytowe rządu federalnego od 2015 roku podniosły stopy procentowe o niemal cały punkt procentowy. Rząd pożycza tak dużo pieniędzy, że wypiera prywatne finansowanie, zmuszając wszystkich innych do płacenia więcej. W praktyce konkurujesz z rządem o kredyt.

Dla osoby kupującej pierwsze mieszkanie ten jeden punkt procentowy oznacza dodatkowe koszty w wysokości 76 014 dolarów w ciągu 30-letniego kredytu hipotecznego - około 2 534 dolarów rocznie, czyli mniej więcej 211 dolarów miesięcznie. Kredyty samochodowe kosztują o 670 dolarów więcej. Kredyty dla małych firm - o 7 723 dolary więcej. Gdy młoda para nie może pozwolić sobie na pierwszy dom, albo właściciel małej firmy płaci więcej za rozwój, część tych kosztów jest bezpośrednią, mierzalną konsekwencją zadłużania się Waszyngtonu.

Dług publiczny to nie jest abstrakcyjna liczba na ekranie w Waszyngtonie. To wyższe oprocentowanie kredytów hipotecznych, samochodowych i kart kredytowych. A zadłużanie rządu tylko przyspiesza. W ciągu ostatniego roku dług wzrósł o 2,7 biliona dolarów. To znaczący wzrost w porównaniu z deficytem federalnym wynoszącym 1,8 biliona dolarów w roku fiskalnym 2025.

Czyli nie tylko dług publiczny rośnie, ale rośnie także tempo jego wzrostu… (jeśli lubisz matematykę, druga pochodna jest dodatnia). Przy obecnym tempie dług przekroczy 39 bilionów dolarów do końca tego miesiąca. A 40 bilionów latem… niedługo po tym, jak Ameryka będzie świętować swoje 250-lecie. Najbardziej szalone jest to, że ludzie odpowiedzialni za monitorowanie tych wydatków nie są w stanie ustalić, gdzie trafiają pieniądze.

5 marca audytor rządowy poinformował, że Office of Management and Budget nie jest w stanie sporządzić nawet kompletnego wykazu programów federalnych, mimo że jest do tego prawnie zobowiązane. Nie chodzi o to, że Office of Management and Budget jest leniwe czy niekompetentne. Problem polega na tym, że istnieje po prostu zbyt wiele programów federalnych… a skomplikowana sieć wydatków sprawia, że praktycznie niemożliwe jest zliczenie wszystkich urzędów, agencji, pod-departamentów, komisji, specjalnych rad doradczych, programów nadzwyczajnych itd., które istnieją w rządzie federalnym.

Kongres dodatkowo pogarsza sytuację, przyznając coroczne finansowanie niektórym programom — coś w rodzaju "ustaw i zapomnij”. Mijają dekady od momentu powstania programu… a mimo to nadal otrzymuje on pieniądze każdego roku, choć nikt nie wie, czemu on tak naprawdę służy.

Sedno sprawy - rząd wydaje obecnie 7 bilionów dolarów rocznie. I nie potrafi ustalić, gdzie te pieniądze trafiają. Przez ostatnie 16 lat pomagaliśmy ludziom budować Plan B — ponieważ już w 2010 roku kierunek wydatków fiskalnych był oczywisty. Spójrzmy prawdzie w oczy. Świat się nie kończy. Ale byłoby naiwnością i głupotą sądzić, że tak fatalna sytuacja finansowa nie będzie miała konsekwencji. One już istnieją.

I warto o tym myśleć, bo im wcześniej zaczniesz się przygotowywać, tym więcej będziesz mieć opcji, aby ograniczyć skutki.