Nie, nie możemy sobie "pozwolić” również na tę wojnę z Iranem, Connor O'Keeffe, MisesWire, 18.03.2026.

Po tym, jak prezydent Trump zdecydował się przyłączyć do rządu Izraela i rozpocząć tę nową wojnę z Iranem, Demokraci z "establishmentu", mieli trudności ze znalezieniem sposobu na skrytykowanie decyzji prezydenta.


Mają z tym problem, gdyż - wbrew fałszywemu obrazowi promowanemu w Fox News - większość centrowych Demokratów jest entuzjastycznymi zwolennikami zarówno rządu Izraela, jak i wspólnej strategii USA i Izraela polegającej na powstrzymywaniu Iranu w celu utrzymania izraelskiej hegemonii na Bliskim Wschodzie.

W dużej mierze centrolewicowi przeciwnicy polityczni Trumpa przyjęli następujące stanowisko. Choć popierają ogólny cel powstrzymania Iranu przed zdobyciem broni jądrowej, to sposób, w jaki Trump to realizuje, jest nieco lekkomyślny. Wyraźnie dostrzegli, że ta szybko eskalująca wojna może być bardzo użyteczna w dyskredytowaniu Trumpa. Nie chcą jednak naciskać zbyt mocno, by nie podważyć dwupartyjnego konsensusu w sprawie interwencjonistycznej polityki zagranicznej ani precedensu prowadzenia wojen bez formalnej deklaracji Kongresu.

Znacznie wygodniejszą linią ataku dla tej lewicowo-liberalnej grupy okazała się sfera gospodarcza. Od dawna frustruje Demokratycznych członków Kongresu, ich ideowych zwolenników oraz szeroko rozumianą amerykańską lewicę to, że ilekroć proponują nowy program socjalny lub subsydia stymulujące popyt, Republikanie natychmiast odpowiadają, że jest on niewykonalny, ponieważ rząd federalny tonie w długach i balansuje na krawędzi bankructwa. A jednak, gdy Republikanie rozpoczęli tę niezwykle kosztowną wojnę, niemal wszyscy ci sami politycy, którzy wcześniej nawoływali do dyscypliny fiskalnej, natychmiast poparli operację, która już w pierwszych dniach kosztowała miliardy dolarów.

Demokraci szybko wskazali tę hipokryzję. Lider mniejszości w Izbie Reprezentantów, Hakeem Jeffries, ostro skrytykował swoich republikańskich odpowiedników za wydawanie miliardów dolarów na bombardowanie Iranu, podczas gdy wcześniej twierdzili, że nie mogą "znaleźć ani centa”, aby pomóc Amerykanom w opłaceniu opieki zdrowotnej, zakupie domu czy podstawowych zakupów spożywczych. Od początku wojny Internet pełen jest progresywnych głosów, które ironicznie pytają, skąd wezmą się pieniądze na ten konflikt.

W wąskim sensie Lewica ma absolutną rację, wskazując hipokryzję Republikanów w kwestii wydatków publicznych. Cała troska tych polityków o kondycję finansów państwa natychmiast znika, gdy tylko staje się to niewygodne albo gdy wydatki dotyczą programów, które popierają. Każdy, kto stale przyjmuje, a potem porzuca fałszywe zasady w zależności od okoliczności, zasługuje na krytykę. Jednak lewicowi komentatorzy przewodzący tej narracji mylą się, sugerując, że hipokryzja Partii Republikańskiej dowodzi, iż pieniędzy wystarczy na wszystkie proponowane programy rządowe. Nie wystarczy.

Prawda jest taka, że nie stać nas na tę nową wojnę z Iranem — tak samo, jak nie stać nas na wiele programów socjalnych proponowanych przez lewicę. Nie dlatego, że rząd technicznie nie jest w stanie za nie zapłacić, lecz dlatego, że ich koszt finansowy nakłada się na już nie do utrzymania poziom wydatków w Waszyngtonie i przyspiesza wyniszczanie amerykańskiej gospodarki.

Ważne jest, aby wyjść poza samo pytanie o zdolność zapłaty. W końcu ktoś bez oszczędności, pogrążony w długach na kartach kredytowych, nadal może zapłacić kartą i wyjść ze sklepu z dużym zakupem. Transakcja formalnie zachodzi, ale żadna rozsądna osoba nie uznałaby, że taki zakup "było go stać". Ta sama logika dotyczy rządów. Dług publiczny USA zbliża się do 40 bilionów dolarów. Deficyt federalny za rok fiskalny 2026 przekroczył już 1 bilion dolarów. A teraz, do tego wszystkiego, administracja Trumpa rozpoczęła nową wojnę, która w pierwszych sześciu dniach kosztowała ponad 11,3 miliarda dolarów, a jej dalszy koszt szacuje się na 1–2 miliardy dziennie.

Zwolennicy większych wydatków publicznych po stronie lewicowej często odpowiadają, że powyższa analogia jest błędna. Rządy - twierdzą - nie są jak gospodarstwa domowe, ponieważ mają zdolność tworzenia pieniądza. W przeciwieństwie do rodziny zadłużonej na kartach kredytowych, rząd federalny może po prostu "dodrukować” potrzebne dolary. Ale ten argument to jedynie inna wersja tego samego nieporozumienia - utożsamiania zdolności do zapłaty ze zdolnością do poniesienia kosztu. Drukowanie pieniądza nie eliminuje kosztów wydatków publicznych. Zmienia jedynie sposób ich ponoszenia.

Amerykanie już teraz zmagają się z tym, co wielu polityków myląco nazywa "kryzysem dostępności cenowej”. Trafniejszym określeniem byłby "kryzys inflacyjny”. Wynika on głównie z ciągłego, trwałego i nierównomiernie rozłożonego wzrostu cen, spowodowanego rosnącą skłonnością rządu federalnego do finansowania swoich programów poprzez tworzenie nowego pieniądza. To nie jest nowy problem, ale - szczególnie po gwałtownym zwiększeniu inflacji monetarnej w czasie pandemii — stał się bardziej dotkliwy i trudniejszy do ukrycia przez establishment polityczny, który na tej inflacji korzysta. Nowa wojna Trumpa tylko go pogłębi.

Oznacza to, że narzucenie zupełnie nowej, niezwykle kosztownej wojny społeczeństwu, które już zmaga się z trudnościami, jest samo w sobie fatalną decyzją gospodarczą. Co więcej, ten konkretny konflikt niesie ze sobą dodatkowe ryzyka ekonomiczne. Choć niektóre środowiska w izraelskim i amerykańskim establishmentcie wyraźnie chcą kontynuować wojnę aż do obalenia reżimu w Iranie, większość urzędników — przynajmniej po stronie amerykańskiej — zdaje się opowiadać za tzw. "strategią koszenia trawy”, polegającą na utrzymywaniu zdolności militarnych Iranu poniżej określonego poziomu poprzez cykliczne kampanie bombardowań.

Iran chce temu zapobiec. Po jednostronnym wycofaniu się USA z wcześniej wynegocjowanego porozumienia JCPOA (Joint Comprehensive Plan of Action) oraz po dwukrotnym zbombardowaniu Iranu podczas kolejnych negocjacji zainicjowanych przez Trumpa, można racjonalnie oczekiwać, że Irańczycy uznali, iż zawieszenie broni i porozumienie pokojowe jedynie przygotuje grunt pod kolejne bombardowania. Dotychczasowe działania to potwierdzają. Zamiast wracać do stołu negocjacyjnego, strategia Iranu wydaje się polegać na maksymalnym zwiększeniu kosztów tej wojny dla USA, Izraela i całego świata, aby zniechęcić do przyszłych ataków. Głównym narzędziem jest zakłócanie transportu w Cieśninie Ormuz — jednym z najważniejszych wąskich gardeł energetycznych świata. Iran jasno pokazał, że kontroluje te szlaki, blokując tankowce powiązane z USA, Izraelem i ich sojusznikami.

Rynki ropy już zostały wstrząśnięte, a rządy sięgnęły po strategiczne rezerwy, aby tymczasowo ograniczyć szkody gospodarcze. Jednak inne surowce, takie jak gaz ziemny, nawozy czy hel, nie mają takich alternatywnych kanałów dostaw ani rezerw strategicznych. Oznacza to, że świat zmierza w kierunku bolesnych niedoborów tych dóbr — oraz produktów, do których są wykorzystywane — jeśli wojna będzie trwać. USA również nie są odporne na te skutki. Choć kraj jako całość jest eksporterem energii, amerykańscy konsumenci nadal płacą ceny światowe. Szok podażowy w Zatoce Perskiej podnosi ceny benzyny, oleju napędowego, paliwa lotniczego, produktów petrochemicznych i transportu — wraz ze wszystkimi wynikającymi z tego zawirowaniami gospodarczymi.

Dlatego obciążenie ekonomiczne, jakie poniosą zwykli Amerykanie w wyniku tej wojny, może znacznie wykraczać poza budżet Pentagonu. A to nadal nie oddaje pełnej skali zagrożenia. Głębszy problem polega na tym, że amerykańska gospodarka jest już znacznie bardziej krucha, niż przyznają politycy i "eksperci” głównego nurtu. Przez dekady Rezerwa Federalna prowadziła agresywną ekspansję kredytową, która doprowadziła do sztucznie niskich stóp procentowych i w efekcie do coraz bardziej zniekształconej struktury produkcji, co nieuchronnie oznacza konieczność korekty (czyli recesji) w pewnym momencie.

Ekspansja kredytowa prowadzi bowiem do błędnych inwestycji - projektów, branż i struktur finansowych niedostosowanych do realnego popytu konsumentów, które wymagają ciągłego dopływu taniego kredytu, by przetrwać. Choć dalsza ekspansja kredytu może chwilowo odsunąć problem w czasie, jednocześnie go pogłębia - a odkładanie nie może trwać wiecznie. Im więcej takich błędnych inwestycji, tym łatwiej o wywołanie korekty.

Już wcześniej dane dotyczące zatrudnienia i wzrostu gospodarczego wskazywały, że gospodarka USA zmierza w stronę recesji. A ze względu na bezprecedensową skalę ekspansji kredytowej po kryzysie z 2008 roku oraz podczas pandemii w latach 2020–2021, będzie to prawdopodobnie poważne załamanie. Jeśli wojna się przeciągnie lub eskaluje, może stać się czynnikiem wyzwalającym kolejną recesję — podobnie jak pęknięcie bańki nieruchomości 19 lat temu czy "lockdowny covidowe" niemal sześć lat temu.

Podsumowując: podobnie jak w przypadku każdego programu rządowego, zadłużony rząd federalny technicznie ma możliwość zmuszenia społeczeństwa - pozbawionego oszczędności, dotkniętego inflacją i finansowo wrażliwego - do poniesienia kosztów tej drogiej, prawdopodobnie inflacyjnej i potencjalnie wywołującej recesję wojny z Iranem. Ale to w żaden sensowny sposób nie oznacza, że naprawdę nas na nią stać.