Wojna przeciwko Iranowi: punkt zwrotny dla Teheranu i porządku międzynarodowego - Patrick Ringgenberg, Forum Geopolitica, 30.03.2026.
W jaki sposób ta wojna przekształca Islamską Republikę, obnaża podwójne standardy porządku międzynarodowego i krystalizuje konflikty cywilizacyjne?
Wprowadzenie – stan rzeczy i dynamika wojny
Podczas gdy wojna wciąż trwa, ostatnie tygodnie stopniowo ujawniły elementy irańskiej strategii, która znajduje się gdzieś pomiędzy wojną totalną, aktywną obroną a stopniową reakcją. Mając kontrolę nad własnym terytorium i harmonogramem działań, Irańczycy łączą cele militarne, gospodarcze i polityczne, stosując strategię etapową i wielowymiarową responsywność. Zadawanie odstraszających strat Izraelowi oraz obecności USA na Bliskim Wschodzie. Stworzenie łańcucha nacisków gospodarczych o efekcie domina – niczym rosyjskie matrioszki – oddziałujących na Stany Zjednoczone, Europę w dużej mierze podporządkowaną USA, monarchie naftowe Zatoki Perskiej, a ostatecznie cały świat, w celu wywołania kumulacji presji na podpalaczy Bliskiego Wschodu. Wyczerpanie, a nawet rozbicie społeczeństwa izraelskiego i ewentualne skierowanie go przeciw polityce własnego rządu. Sprowokowanie kryzysu politycznego w USA, który nieuchronnie nastąpi, gdy – poza rosnącymi cenami paliw – ujawni się prawdziwy koszt wojny. Skala zniszczeń oraz rzeczywista liczba zabitych i rannych, dotąd ukrywanych przez propagandę wojenną i blokady medialne. Na wielu frontach, w różnych horyzontach czasowych – od gospodarczego duszenia państw Zatoki, przez rosnącą podatność Izraela na zagrożenia, po straty amerykańskie i pogorszenie globalnej gospodarki – Iran dąży do stworzenia punktów przełomowych, które pozwolą mu zakończyć wojnę na własnych warunkach.
Dla Irańczyków ich opór stanowi już pierwsze zwycięstwo. Regionalne mocarstwo przeciwstawia się największej potędze świata, wykorzystując wszystkie elementy wojny asymetrycznej, maksymalnie wykorzystując swoje położenie geostrategiczne i globalne powiązania handlowe oraz operując różnymi wymiarami czasu – politycznego, gospodarczego i psychologicznego. Choć Iran ponosi zniszczenia, a jego gospodarka nieuchronnie osłabnie, już teraz wie, że jego zdolności odstraszania są skuteczne i takowymi pozostaną. Jego centralne położenie geograficzne i zasoby naturalne się nie zmienią. Trafność strategii oraz zdolności technologiczne pozostaną i będą rozwijane. Choć Iran nie posiada broni jądrowej, wydarzenia niemal nieuchronnie popychają go ku rozważeniu nuklearnej ochrony – poprzez jej wytworzenie, pozyskanie lub wejście pod parasol nuklearny sojusznika.
Sposób wyjścia z tej wojny pozostaje obecnie niepewny, choć idealnie Iran chciałby kontynuować działania aż do momentu, gdy przeciwnicy okażą formę rezygnacji lub kapitulacji (nawet jeśli ukrytą). Dysponuje już środkami nacisku: trwałą gwarancją nieagresji ze strony USA i Izraela; reparacjami wojennymi (które może wymusić poprzez kontrolę cieśniny Ormuz, eksport surowców i nowe reguły handlu); zniesieniem wieloletnich sankcji amerykańskich; oraz prawem do wzbogacania uranu w ramach układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej – o ile Iran nadal uzna sens jego przestrzegania.
Pod wieloma względami Iran wyjdzie z tej sytuacji zwycięsko niezależnie od scenariusza. Atakując amerykańskie bazy w regionie, chce wypchnąć USA z Bliskiego Wschodu. Albo Amerykanie się wycofają, co pozwoli Iranowi ustanowić nową równowagę sił, albo pozostaną – ale wtedy ich obecność będzie stale narażona na ataki. Cieśnina Ormuz pozostanie pod kontrolą Iranu jako kluczowy atut strategiczny i gospodarczy. Państwa Zatoki, które rozwijały się dzięki marginalizacji Iranu, dostrzegają teraz swoją strukturalną słabość.
Izrael i USA wierzyły, że mogą obalić "reżim islamski”. Odpowiedziało im jednak irańskie "imperium”. Rezultatem będzie regionalne mocarstwo o charakterze islamsko-narodowym, z odnowionymi rewolucyjnymi fundamentami i jeszcze silniej zakorzenioną osią religijno-imperialną. Jednak nawet wychodząc z wojny z podniesioną głową, Iran stanie przed poważnymi wyzwaniami wewnętrznymi: podziałami politycznymi, napięciami społecznymi i problemami gospodarczymi.
Jako kontynuacja artykułu "Dlaczego Iran już wygrał wojnę”, opublikowanego 9 marca 2026 roku, niniejszy tekst ma na celu ukazanie niektórych wniosków płynących z tej wojny: dla Iranu, dla globalnej geopolityki oraz dla kwestii palestyńskiej.
Ponowne ufundowanie Islamskiej Republiki Iranu?
Dekonstrukcja "irańskiego reżimu”.
Jeśli celem było obalenie "irańskiego reżimu” poprzez "uderzenie dekapitujące”. Operacja nie powiodła się już pierwszego dnia. Głównym powodem jest fundamentalna ignorancja co do struktury politycznej Iranu, a szerzej – jego społeczeństwa i kultury, co ujawnia się już w samym użyciu terminu "irański reżim”. Oprócz pewnej pogardy (czy mówimy o "reżimie francuskim” lub "reżimie amerykańskim”?) zawiera on dwa błędne założenia.
Pierwsze z nich zakłada, że Islamska Republika, powstała po rewolucji z 1979 roku, ma niewielką legitymizację, gdyż jest postrzegana jako system sztucznie narzucony i łatwy do obalenia. W rzeczywistości jest to struktura hybrydowa – łącząca demokrację, republikę typu jakobińskiego oraz elementy przywództwa religijnego – ale zakorzeniona w długiej historii politycznej i tradycjach. System parlamentarny wywodzi się z rewolucji konstytucyjnej z 1906 roku, a obecność religii w polityce sięga XVI wieku, kiedy Persja stała się krajem szyickim.
Nowość Islamskiej Republiki polega na instytucjonalizacji religijnego przywództwa w ramach republiki, ale sama idea przewodnictwa ma korzenie sięgające początków islamu szyickiego. Jeszcze wcześniej relacja między władzą a religią była obecna już w starożytności, gdy królowie Achemenidów i Sasanidów wywodzili swoją władzę od boga Ahura Mazdy. Administracja irańska ma natomiast tradycję sięgającą VI wieku p.n.e. i była nośnikiem tożsamości kulturowej przez wieki.
Drugie błędne założenie zakłada, że władza w Iranie jest całkowicie oderwana od społeczeństwa i utrzymuje się wyłącznie dzięki sile. Rzeczywiście istnieje pewien dystans między państwem a obywatelami, mający długą historię, jednak w ostatnich dekadach został on częściowo zmniejszony dzięki industrializacji, urbanizacji oraz powstaniu klasy średniej.
Iran w ciągu ostatnich trzydziestu lat i Iran przyszłości
Wybór reformistycznego prezydenta Mohammada Chatamiego w 1997 roku, a następnie jego reelekcja w 2001 roku, odzwierciedlały kraj znajdujący się w okresie transformacji. Wzrost znaczenia nowych pokoleń, doświadczenia i rozczarowania związane z rewolucją islamską, pojawienie się internetu, rosnąca świadomość wśród elit władzy, że to właśnie nacjonalizm stanowi ostateczny wspólny mianownik Irańczyków, a także polityka prezydenta Rouhaniego wzorowana na modelu chińskim (otwieranie kraju poprzez gospodarkę). Wszystkie te czynniki ukształtowały Iran w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
Zmiana doktryny nastąpiła również w środowiskach konserwatywnych, które przez dwie dekady dążyły do moralizowania społeczeństwa i jego re-islamizacji – dobrowolnie lub siłą. W obliczu drenażu mózgów, emigracji Irańczyków do Turcji oraz pojawienia się młodego pokolenia, które nie znało ani epoki Pahlawich, ani ideałów rewolucyjnych swoich rodziców, nastąpiło stopniowe odejście od tej polityki. Zamiast podejścia czysto represyjnego, kolejne rządy zaczęły rozwijać w kraju to, czego Irańczycy szukali za granicą. Lata 2000 przyniosły rozwój społeczeństwa nastawionego na rozrywkę: powstawanie centrów handlowych na wzór amerykański, rozwój kawiarni, intensyfikację życia kulturalnego (koncerty, teatr, wystawy, kina), a także większą tolerancję wobec alkoholu, prywatnych imprez, stylów noszenia hidżabu czy publicznego okazywania uczuć przez niezamężne pary.
Pod wieloma względami społeczeństwo doświadczyło zarówno pewnej liberalizacji, jak i powstania nowego paradygmatu społeczno-politycznego. Na przykład jeszcze na początku lat 2000 kobiety i mężczyźni musieli siedzieć osobno podczas wesel, a organizacja wspólnych przyjęć była możliwa tylko dzięki korupcji. Dziś niektóre oficjalne instytucje organizują wesela mieszane, choć inne nadal utrzymują separację płci, odpowiadającą bardziej tradycyjnym grupom społecznym, które wciąż stanowią większość.
Lata 2010 przyniosły pojawienie się nowego pokolenia przedsiębiorców – niekoniecznie religijnych, ale głęboko nacjonalistycznych – funkcjonujących w nowym rodzaju kontraktu z państwem: lojalność wobec zasad Islamskiej Republiki w zamian za swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Jest to układ korzystny dla obu stron. Państwo korzysta z działalności firm, przedsiębiorcy się rozwijają, a nacjonalizm pełni funkcję spoiwa łączącego jednostki o różnych poglądach politycznych i religijnych.
Politycznie Islamska Republika przyjęła dyskurs bardziej imperialny niż pan-islamski, bardziej narodowy niż religijny, co ponownie ukazuje złożoność systemu irańskiego – będącego jednocześnie państwem narodowym, republiką imperialną, ojczyzną religijną i krajem wielu religii.
To właśnie taki Iran – kraj w trakcie przemian – został zaatakowany. W świetle tych zmian można zastanawiać się nad jego przyszłym kierunkiem rozwoju. Pewnym punktem odniesienia może być wojna iracko-irańska. Została ona rozpoczęta przez Saddama Husajna, który obawiał się rozprzestrzenienia rewolucji irańskiej na swój kraj. Wbrew oczekiwaniom Iran przetrwał, a wojna stworzyła nowe relacje między państwem, wojskiem a społeczeństwem.
Upadek szacha w 1979 roku pokazał, że armia – mimo swojej siły – nie była w stanie obronić monarchii. W rezultacie powstały Korpus Strażników Rewolucji oraz ochotnicza milicja Basidż. Wojna z Irakiem umożliwiła rozwój Korpusu Strażników Rewolucji w potężną strukturę militarną i przemysłową. Całe pokolenie irańskich elit politycznych i wojskowych wyłoniło się właśnie z tego konfliktu.
Można przypuszczać, że obecne wojny przyniosą podobny efekt. Stare elity odzyskają znaczenie, a nowe pokolenia zostaną ukształtowane przez doświadczenie wojny, zdobywając unikalne kompetencje wojskowe, polityczne i dyplomatyczne. Może to doprowadzić do odnowy Islamskiej Republiki.
Oczywiście rok 1979 nie jest rokiem 2026. Nie da się wymazać zmian społecznych ostatnich dekad. Rosnącego znaczenia nacjonalizmu, procesów sekularyzacji, skutków ruchu "Kobieta, życie, wolność”, problemów gospodarczych czy większej dojrzałości społeczeństwa. Można jednak przypuszczać, że władza będzie wzmacniać narrację oporu wobec agresji USA i Izraela, co doprowadzi do wzrostu dumy narodowej i religijnej, a także do większej militaryzacji państwa.
Istnieje również ryzyko ograniczenia swobód obywatelskich po wojnie. Wzmocnienia kontroli społecznej, nadzoru i cenzury. Może to także osłabić irańskie "soft power”, które i tak było dotąd słabo rozwinięte, mimo potencjału kulturowego kraju.
Przyszłość przywództwa
Kierunek rozwoju państwa będzie w dużej mierze zależał od nowego Najwyższego Przywódcy, Mojtaby Chameneiego (ur. 1969), syna Alego Chameneiego, który zginął pierwszego dnia wojny. Jego wybór zapewnia ciągłość w warunkach kryzysu, choć budzi kontrowersje związane z dziedziczeniem władzy.
Podobnie jak jego ojciec, Mojtaba Chamenei obejmuje stanowisko bardziej z powodów politycznych niż religijnych. W 1989 roku Ali Chamenei również nie spełniał formalnych wymogów religijnych. Konstytucja została zmieniona, aby umożliwić jego wybór.
Ali Chamenei doprowadził do wzmocnienia państwa poprzez oparcie się na Strażnikach Rewolucji oraz integrację duchowieństwa z aparatem państwowym, co doprowadziło do militarno-religijnej równowagi sił. Jego syn może kontynuować te procesy, choć w nowych realiach.
Iran a zachodni neoimperializm
Obecna wojna uwypukla fundamentalną zasadę rewolucji islamskiej: antyimperializm, a mianowicie potępienie globalnego systemu, który pozornie opiera się na regułach, ale w rzeczywistości jest w dużej mierze podporządkowany zachodnio-centrycznej agendzie i narracji. Podczas gdy porządek międzynarodowy zawsze oscylował między próbami regulacji, prawem dżungli a globalnym "centrum handlowym”, obecna wojna jedynie wzmacnia, z irańskiej perspektywy, postrzeganie porządku, który jest pozornie wielostronny, lecz w rzeczywistości fundamentalnie niezrównoważony i jednostronnie zdominowany przez Stany Zjednoczone. Stworzone przez ludzi Zachodu (którzy czerpali inspirację z europejskich koncepcji państwa narodowego i rodzaju stosunków międzypaństwowych ustanowionych przez Traktat Westfalski), instytucje międzynarodowe, prawa i arbitraż mają zmienny charakter. Teoretycznie oparte na prawnej równości, w praktyce zależą od dynamiki władzy, konfiguracji geopolitycznych oraz ekspansjonistycznych lub hegemonicznych ambicji niektórych mocarstw.
W przypadku Iranu kwestia nuklearna ilustruje tę stronniczość prawa międzynarodowego, wykorzystywaną przez najpotężniejsze państwa do realizacji własnych interesów geostrategicznych. Istnieją co najmniej trzy różne standardy: między Koreą Północną (dumną z posiadania bomby i dzięki niej zdolną do negocjacji z pozycji siły), Izraelem (który posiada broń jądrową, ale się do tego nie przyznaje, nie podpisał Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie jest przez nikogo krytykowany za zainicjowanie nuklearyzacji Bliskiego Wschodu) a Iranem, który nie posiada bomby, podpisał Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i poddaje się inspekcjom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ale niewiele w zamian otrzymał i jest traktowany jako "państwo zbójeckie". W istocie, patrząc z perspektywy historii, irańską kwestię nuklearną można interpretować jako pretekst do polityki neoimperialnej, spadkobiercy zachodniego imperializmu na Bliskim Wschodzie, sięgającego co najmniej XIX wieku, i dążącego do kontrolowania, pod byle pretekstem, energetycznego, handlowego i strategicznego skrzyżowania, którym jest Iran.
Retoryka "demokratyzacji” Iranu podlega tej samej ukrytej logice. Istnieje zamiar przyniesienia demokracji do Republiki Islamskiej poprzez bombardowanie zarówno celów cywilnych, jak i wojskowych, podczas gdy nie planuje się żadnych działań wojskowych w celu zdemokratyzowania niemal absolutnej monarchii saudyjskiej. Nawoływanie do bardziej "przyjaznego” reżimu irańskiego (wobec Stanów Zjednoczonych) oznacza nic innego jak sprowadzenie Iranu z powrotem do sfery wpływów USA dla celów geostrategicznych i ekonomicznych. Ma miejsce próba przeciwdziałania wpływom Rosji i chińskim projektom na Bliskim Wschodzie oraz zaspokojenia potrzeb Arabii Saudyjskiej i naftowych monarchii Zatoki Perskiej. Zostałyby one nieuchronnie osłabione i zmarginalizowane, gdyby Iran, historyczna potęga regionalna, rozwinął się do pełni swoich możliwości. Obecna wojna jest pod tym względem wojną neo-imperialną, która tylko potwierdza i wzmacnia analizę ładu międzynarodowego dokonaną przez Iran. Liczy się tylko układ sił. Wymagana jest dobrowolne lub bierne podporządkowanie się Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom, pod groźbą sankcji i wykluczenia. Zachodnio-centryzm systemu podsyca hipokryzję jego retoryki, której motywy przewodnie (prawa człowieka, demokracja itp.) w rzeczywistości legitymizują drapieżne ambicje. Nie jest może przypadkiem, że spośród wszystkich krajów europejskich tylko Hiszpania stanowczo potępiła agresję amerykańsko-izraelską. Założywszy wraz z Portugalią pierwsze imperia kolonialne w XVI wieku, Hiszpania posiada dziś ruchy polityczne wrażliwe na kwestię imperializmu, dla których zachodnia postawa wobec Iranu rzeczywiście wpisuje się w neoimperialny program.
Iran doświadcza zresztą także podziałów w świecie muzułmańskim. 16 marca 2026 r., na dzień przed swoją śmiercią w izraelskim ataku, Ali Larijani wystosował apel do ummy (społeczności muzułmańskiej), wzywając ją do oporu wobec Izraela i Stanów Zjednoczonych. Strategia Iranu wobec amerykańsko-izraelskiego ataku z pewnością przysporzy mu popularności wśród muzułmańskich populacji. Koordynacja między Iranem, Hezbollahem, proirańskimi milicjami w Iraku a Huti w Jemenie tchnęła również nowe życie w "oś oporu”, co do której wielu sądziło, że jest osłabiona i pod kontrolą. Poza regionalnym odrodzeniem sojuszy, zapału i ideałów walki, można jednak wątpić, czy apel do ummy wywrze znaczący wpływ w konstelacji krajów islamskich o zróżnicowanej historii, rywalizujących interesach oraz kulturowo i historycznie odrębnych formach islamu. Od śmierci proroka Mahometa społeczność muzułmańska jest podzielona po liniach religijnych (schizma między sunnitami, szyitami, charydżytami itp.), politycznych (dynastyczna fragmentacja świata muzułmańskiego, a następnie podział na państwa narodowe), etnicznych (świat muzułmański to mozaika ludów) i kulturowych (religia jest zawsze osadzona w kulturze, która kształtuje jej przeżywanie).
W czasie Rewolucji Islamskiej Iran, kierowany pragnieniem wywierania imperialnych wpływów, dążył do stania się światowym przywódcą islamu. Natknął się jednak na realia "real-politik" i podziały w świecie muzułmańskim. Iran jest krajem szyickim, podczas gdy większość świata muzułmańskiego to sunnici. Konwergencja religijna może być możliwa do pewnego stopnia i w określonych okolicznościach, ale nie może przesłonić ani umniejszyć sunnickiego odrzucenia szyizmu ani szyickiego oskarżenia, że sunnizm zboczył z pierwotnej formy islamu. Wojna iracko-irańska była głównym przykładem tych napięć i rzeczywiście pomogła ożywić nacjonalizm irański, który ajatollah Chomeini zamierzał odłożyć na bok w imię większej jedności ummy. Podczas gdy Iran podjął sprawę Palestyńczyków, Organizacja Wyzwolenia Palestyny stanęła po stronie Iraku przeciwko Iranowi. Gdy rewolucjoniści potępiali Izrael jako "państwo syjonistyczne”, placówkę zachodniego imperializmu na Bliskim Wschodzie, Izrael udzielił Iranowi pomocy finansowej i logistycznej w jego wojnie z Irakiem.
Nie można zatem zrozumieć asertywnej suwerenności i protekcjonizmu kulturowego współczesnego Iranu bez wyjścia poza zachodnio-centryczny dyskurs, który rości sobie pretensje do bycia arbitrem cywilizacji, prawa i wartości. Różnorodność kulturowa świata jest codzienną rzeczywistością, ale istnieje kulturowy egocentryzm, który dąży do postrzegania kraju w stylu zachodnim jako ostatecznego modelu państwa, "miary cywilizacji" i punktu odniesienia dla rozwoju społeczno-tożsamościowego. Słuchając lub czytając niezliczone analizy tego konfliktu, nie sposób nie zauważyć, w jak dużym stopniu zdecydowana większość z nich podlega dominującym paradygmatom, mianowicie zachodnio-centrycznemu światopoglądowi i amerykańskiemu paradygmatowi geostrategicznemu. W konsekwencji istnieje quasi-instytucjonalna ignorancja lub niemal systematyczne stronniczość wobec krajów i kultur znajdujących się poza zachodem kręgiem kulturowym, wspierana w najgorszych przypadkach przez islamofobię, ksenofobię kulturową lub imperialistyczną, a nawet kolonialną pogardę.
W świetle obecnego konfliktu i jego relacjonowania w mediach można oczywiście dostrzec wpływ amerykańskich i pro-izraelskich lobby, które od dziesięcioleci w think-tankach, na uniwersytetach i w mediach finansują jednostronne analizy świata, pełne ślepych plam i luk, które dziś służą jako część wojennej machiny towarzyszącej bombom lub zaciemniającej jakiekolwiek niuansowe i pluralistyczne postrzeganie wydarzeń. Ale szerzej rzecz biorąc, istnieje wyobrażenie Iranu, oscylujące między demonizacją a orientalistycznymi kliszami, które stało się habitusem, który większość dziennikarzy i komentatorów telewizyjnych przyjmuje bez refleksji i kwestionowania. Habitus ten wpisuje się w szersze ramy: zachodnio-centryczny paradygmat, zakorzeniony w westernizacji przeprowadzonej przez europejskie imperia kolonialne od XVI wieku, który mimo globalizacji, turystyki i studiów postkolonialnych nadal w dużej mierze wpływa na sfery polityczne i media, nawet w niektórych krajach poza Zachodem. Na skrzyżowaniu fundamentalnych kwestii kwestia palestyńska również nabiera pełnego sensu tylko wtedy, gdy patrzy się na nią przez pryzmat długiej i wieloaspektowej historii.
Wieloaspektowość kwestii palestyńskiej
Geopolityczne, religijne i historyczne skrzyżowanie
7 października 2023 roku Hamas przypuścił atak terrorystyczny na Izrael. Skala i wyrafinowanie ataku były zaskoczeniem, ale tego rodzaju działania nie zaskoczyły tych, którzy nie zapomnieli o istnieniu kwestii palestyńskiej, która pojawiła się w 1948 roku. Zatrzymanie procesu z Oslo po zabójstwie premiera Icchaka Rabina (1995), stopniowa normalizacja stosunków między niektórymi państwami arabsko-muzułmańskimi a Izraelem, kontynuacja izraelskiej działalności osadniczej na Zachodnim Brzegu z naruszeniem wszelkich porozumień, presja demograficzna w Strefie Gazy i całkowita obojętność zachodnich dyplomatów wobec rozwiązania kwestii palestyńskiej – wszystko to mogło jedynie sprowokować wybuch przemocy wśród tych – Palestyńczyków – którzy czuli się stopniowo zapomniani przez wszystkich. Poprzez potrójny efekt wyolbrzymienia, amnezji i nadmiernego uproszczenia, zachodnie media dążyły do sprowadzenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego do ataku z 7 października, wymazując 75 lat historii i wszelką antropologiczną złożoność. Jeśli kryzys izraelsko-palestyński jest tak doniosły, podczas gdy istnieje wiele innych konfliktów, które nie mają ani takiego samego wpływu, ani takiego samego znaczenia, to dlatego, że leży on na przecięciu kilku historycznych, religijnych i cywilizacyjnych linii podziału.
• Podział kolonializm-dekolonizacja. Izrael jest prawdziwą demokracją, ale także prawdziwym państwem kolonialnym, ze wszystkimi tego konsekwencjami w postaci przemocy (militarnej, administracyjnej, sądowniczej, a nawet kulturowej) i radykalnej asymetrii między kolonizatorami a kolonizowanymi. Wieloaspektowy opór Palestyńczyków jest także najnowszym przejawem walk dekolonizacyjnych, które naznaczyły lata 1940–1970. Na konferencji prasowej 27 listopada 1967 r., po wojnie sześciodniowej, Charles de Gaulle stwierdził, że Izrael "organizuje na zajętych przez siebie terytoriach okupację, która nie może odbywać się bez ucisku, represji i wydaleń, a przeciwko niej powstaje tam opór, który on z kolei nazywa terroryzmem”. Wszystko zostało powiedziane i nic się nie zmieniło. Sprowadzanie w ten sposób Hamasu czy Hezbollahu do grup terrorystycznych oznacza ignorowanie historycznej przyczyny ich powstania, źródła i kontekstu przemocy oraz przyjęcie jednowymiarowego spojrzenia, które esencjalizuje Innego, jednocześnie przymykając oko na siebie samego. Jak wiemy, nie ma precyzyjnej definicji terroryzmu, ponieważ realia konfliktu są zawsze wielowymiarowe, a w środowiskach pełnych przemocy i spolaryzowanych łatwo staje się terrorystą w oczach drugiego. Chociaż dane działanie może być zaklasyfikowane jako terrorystyczne w świetle pewnych zasad etycznych lub prawnych, ważne jest również, aby rzucić światło na jego przyczyny, intencje i kontekst ideologiczny: nie po to, by usprawiedliwiać, usprawiedliwiać lub relatywizować, ale ponieważ tylko bezstronna analiza ostatecznie pozwoli nam znaleźć odpowiednie i trwałe rozwiązania, czy to dyplomatyczne, czy militarne.
• Podział między światem chrześcijańskim a islamskim. Od czasu pojawienia się islamu w VII wieku muzułmanie byli postrzegani jako wrogowie militarni, nieustannie prowadzący wojnę w celu rozszerzenia "domu islamu”, oraz jako pro-zelityczni zdobywcy, zagrażający tożsamości chrześcijańskiej i odrębnej kulturze Europy i Zachodu. Celem nie jest tutaj dyskutowanie o tym, co jest fantazją (zachodni muzułmanie jako "piąta kolumna” "wielkiej wymiany” chrześcijaństwa przez islam) czy politycznymi inwektywami (oskarżenia o "islamolewicowość”), ale raczej zauważenie, że pod wieloma względami konflikt izraelsko-palestyński wpisuje się w długotrwałą zachodnią nieufność wobec islamu. W przeciwieństwie do islamu, judaizm nie jest uniwersalną religią zbawienia. Łatwo można zostać muzułmaninem, ale Żydem trzeba się urodzić. Konwersja na judaizm jest procesem równie długim, co wyjątkowym. Ponadto Izrael jest krajem wysoko zwesternizowanym, którego historyczne podstawy w XIX wieku wynikały z imigracji Żydów z Europy Wschodniej, którzy byli kulturowo zeuropeizowani. W porównaniu z islamem, mieszkańcy Zachodu nie czują się zatem zagrożeni żydowskim prozelityzmem (który w istocie nie istnieje) i mogą popierać sprawę syjonistyczną – nawet w jej religijnej formie – bez porzucania chrześcijaństwa. Co więcej, kulturowe znaczenie Żydów w historii Europy, a także zachodni charakter Izraela (pomimo wpływu Żydów ultra-ortodoksyjnych) sprawiają, że mieszkańcy Zachodu najwyraźniej uważają się za bliższych Izraelowi niż jakiemukolwiek państwu muzułmańskiemu. A w każdym razie chętnie łączą siły z Izraelem, odkładając na bok tłumiony antysemityzm i pomimo kolonialnej przemocy Izraela, przeciwko islamowi postrzeganemu jako podstępne i nieuleczalne zagrożenie.
• Zachód kontra Globalne Południe, kraje niezaangażowane i "Wschód". Dla Zachodnich przekonanych o swoim modelu organizacji politycznej i życia społecznego często jest ledwie wyobrażalne, że inni mogą myśleć inaczej, że kraje poza Zachodem mogą mieć inną historię, a wartości, walki czy priorytety jednych nie są (koniecznie) takie same jak drugich. Ludzie Zachodu postrzegają powstanie Izraela jako opatrznościową rekompensatę za traumę Holokaustu, podczas gdy z perspektywy "nie-zachodniej” to powstanie postrzegane jest jako kolonialna niesprawiedliwość popełniona przez zachodni imperializm, powodująca dalsze traumy (Nakba) i symbolizująca odruchową pogardę dla ludności Wschodu i muzułmanów. Konflikt poglądów na kwestię izraelsko-palestyńską, między nadreprezentowaną i nadmiernie nagłośnioną interpretacją zachodnią a alternatywnymi, mniej rozpowszechnionymi i marginalizowanymi punktami widzenia, po raz kolejny wskazuje na rozdźwięk między geopolityczną dominacją krajów zachodnich a "peryferalizacją” państw niezaangażowanych, niezależnie od tego, czy padły ofiarą zachodniego kolonializmu i imperializmu.
• Podział w pamięci, informacji i historiografii. Kiedy muzułmanie powtarzają, że Holokaust to historia europejska i że żaden obóz koncentracyjny nigdy nie splamił krwią ziemi Bliskiego Wschodu, te uwagi – ściśle oparte na faktach – ujawniają fundamentalną przepaść między historiami a różnicami w świadomości historycznej. Negowanie Holokaustu jest w Iranie powszechne, a prezydent Ahmadineżad wystąpił w roli jego rzecznika, opisując Holokaust jako mit. Brak właściwego zrozumienia historii sprawia, że negacjonizm ten zasadniczo dąży do podważenia zachodniego wyłącznego charakteru historii i jej interpretacji. Dla Irańczyków, z których nie wszyscy są negacjonistami, Holokaust jest w każdym razie historią żydowską i europejską, a nie irańską. Postrzegają oni absolutyzację cierpienia Żydów jako monopol historiograficzny, który prowadzi do przesłonięcia cierpienia wszystkich innych, od samych Irańczyków – wojny iracko-irańskiej, przez długo przemilczane cierpienie dwóch wojen światowych – po cierpienie Palestyńczyków w gettach. Wszechobecność izraelskiej perspektywy w zachodnich mediach, polityce, dyplomacji i środowisku akademickim jest zatem postrzegana jako zawłaszczanie historii przez Zachód, z jej kulturowymi, strategicznymi i (geo)politycznymi korzeniami i konsekwencjami. Westernizacja w istocie nie polega jedynie na szerzeniu idei politycznych (liberalne demokracje), technologii (internet), modeli ekonomicznych (kapitalistycznych) czy wzorców konsumpcji (Coca-Cola i spółka) na całym świecie: obejmuje ona również, niekiedy subtelne, narzucanie zachodniocentrycznego rozumienia historii, które czyni z historii Zachodu, jej pisarstwa i interpretacji standard wiedzy, miarę poczucia historii i hermeneutyczny punkt odniesienia dla wydarzeń. Przez dziesięciolecia uniwersytety oferowały niezachodniocentryczne i postkolonialne ujęcia historii, ale prace te, sądząc po zachodnich decyzjach politycznych i stanowiskach dyplomatycznych, mają ostatecznie bardzo niewielki wpływ. Poza tym samo czytanie książek nie ma sensu: trzeba je także przyswajać, tak aby wiedza o innych kulturach nie była wyłącznie katalogiem dat i faktów, ale umiejętnością zrozumienia innej kultury od wewnątrz i w kontekście jej własnej historii.
Propalestyński i antyimperialistyczny Iran
Od 1979 roku Iran obalił paradygmat dyplomatyczny ustanowiony przez króla Mohammada Rezę Pahlawiego. W imię pan-islamskiej polityki i antyimperialistycznej postawy Iran opowiadał się za Palestyńczykami przeciwko izraelskiej kolonizacji. W konsekwencji zdelegitymizował Izrael, nazywany obecnie "państwem syjonistycznym”, które uważa za kraj bezprawnie utworzony przez zachodnią imperialistyczną inżynierię, samousprawiedliwiający się poprzez modernistyczną instrumentalizację judaizmu i anachroniczną interpretację Starego Testamentu, napędzany bezprawną i nieograniczoną ekspansjonistyczną przemocą.
Od lat 2000. ludzie lubili wyobrażać sobie, że Iran dąży do zdobycia bomby atomowej, aby zetrzeć Izrael z mapy, co nie miało sensu ani militarnie, ani politycznie, a ponadto było sprzeczne z imperatywami religijnymi, koranicznymi i teologicznymi. Iran dąży do rozwiązania kolonialnego państwa Izrael, a nie do unicestwienia narodu żydowskiego. Irańczycy, jako muzułmanie, są zresztą zobowiązani do szanowania Żydów, ponieważ Koran wymaga szacunku dla judaizmu. Wreszcie, w teologii szyickiej, wojna obronna jest nakazana, podczas gdy wojna ofensywna jest zakazana, ponieważ tylko Imam, następca proroka Mahometa, może ją wypowiedzieć. Jednak dwunasty Imam, Imam Mahdi, zniknął w 941 roku i powróci dopiero na "końcu czasów". Pod jego nieobecność przywódcy religijni nie mogą przejąć inicjatywy prowadzenia wojny, ponieważ nie posiadają ani autorytetu, ani wiedzy jednego z dwunastu historycznych Imamów. Dlatego antysyjonizm jest powszechny w Iranie i choć może przybierać formę antysemityzmu, powszechny dyskurs potępia izraelski kolonializm bez dążenia do krzywdzenia Żydów lub odrzucania judaizmu.
W Iranie wciąż istnieje społeczność żydowska, głównie w Teheranie, obecnie zmniejszona do kilku tysięcy osób, ale będąca spadkobierczynią tysiącletniej historii na Bliskim Wschodzie. Elementy starożytnej historii Iranu pojawiają się w Starym Testamencie (Księga Estery), a era muzułmańska była świadkiem rozkwitu niezwykłej kultury judeo-perskiej. W epoce Pahlawiego stosunki między Izraelem a Iranem były bardzo dobre (choć nieoficjalne). W latach 50. XX wieku nawiązano nawet współpracę bezpieczeństwa między Izraelem, Iranem i Turcją (organizacja Trident), mającą na celu przeciwdziałanie wpływom panarabizmu. Irańczycy i Izraelczycy dzielą kilka cech kulturowych: nie są ani arabscy, ani tureccy, reprezentują formę kulturowej wyjątkowości na Bliskim Wschodzie, dzieląc starożytną historię (w dużej mierze diasporową dla Żydów) oraz podobną złożoność filozoficzną i kulturową (myśl żydowska i filozofia perska). Nawet z perspektywy religijnej istnieje pewne powinowactwo między Żydami, narodem wybranym prześladowanym przez historię, a szyitami, którzy twierdzą, że praktykują prawdziwy, oryginalny islam i są właśnie z tego powodu prześladowani przez sunnicką większość.
Geopolityczna zmiana dotycząca Izraela, która rozpoczęła się wraz z Rewolucją, ma charakter religijny (obrona muzułmańskich Palestyńczyków przed syjonistycznym kolonializmem), mimo że różnice religijne, etniczne i kulturowe oddzielają irańskich szyitów, pochodzenia indoeuropejskiego, od Palestyńczyków, którzy są Arabami i sunnitami. Obrona Palestyńczyków jest również częścią walki z drapieżną westernizacją, która czerpie z historycznego doświadczenia Irańczyków od początku XIX wieku, od imperializmu anglo-rosyjskiego w Persji po obalenie premiera Mossadegha kierowane przez CIA (1953). Nie wszyscy Irańczycy podzielają tę walkę, mimo że wszyscy domagają się formy suwerenności narodowej i kulturowej. "Ani Palestyna, ani Liban” to popularne hasło od lat 2000. dla tych, którzy chcą umieścić Iran w centrum swoich trosk.
Należy jednak wystrzegać się zarówno uprzedzeń, jak i zbyt naiwnej interpretacji. Fakt, że rząd irański mógł wykorzystać konflikt izraelsko-palestyński do celów polityki wewnętrznej lub dyplomacji międzynarodowej, nie powinien przesłaniać autentycznej empatii dla sprawy palestyńskiej i przekonań jej zwolenników, które zbyt łatwo odrzuca się jako zwykłą ideologię lub polityczne manewry. Jako mniejszość często zagrożona w islamie, szyici odczuwają prawdziwe współczucie dla ludów uciskanych przez potężniejszą władzę. Z drugiej strony, podczas gdy wielu Irańczyków przypisuje napięcia z Izraelem wyborowi militarnej obrony Palestyńczyków kosztem realizmu dyplomatycznego, zrozumiałe jest również, że demonizacja antyimperialistycznego Iranu jest częścią wojny medialnej i propagandowego oportunizmu. Iran nie jest pierwszym krajem, który opowiada się przeciwko kolonializmowi, ale irańskie wsparcie dla Hezbollahu, założonego w 1982 roku po izraelskiej inwazji na południowy Liban, jest darem niebios dla tych, którzy chcą, za pomocą uderzającego, ale nieuczciwego skrótu, przedstawić Iran jako sponsora międzynarodowego terroryzmu. Jednak, powtórzmy, za presją oszczerczą, gospodarczą lub militarną wobec Iranu kryje się fundamentalna kwestia kontroli nad Bliskim Wschodem, którą Stany Zjednoczone częściowo utraciły po Rewolucji Islamskiej w 1979 roku i którą z pewnością stracą jeszcze bardziej w wyniku obecnej wojny.
Iran i Izrael od dawna postrzegani są jako dwaj inteligentni przeciwnicy. Dwa kraje, których przywódcy polityczni i wojskowi znają się na tyle dobrze, by nie przekraczać czerwonych linii ani nie wdawać się w nieodwracalne militarne awantury. Wojny izraelsko-irańskie pokazały nie tyle, że to twierdzenie było fałszywe, co że Benjamin Netanjahu, który ma polityczne wpływy od 1996 roku, znacząco zmienił politykę w Izraelu. Samo społeczeństwo izraelskie uległo zmianie, w szczególności w wyniku zmian politycznych, emigracji Izraelczyków, którzy nie mogli już mieszkać w Izraelu, oraz imigracji do Izraela Żydów o bardziej radykalnych poglądach syjonistycznych. Wojny z 2025 i 2026 roku do pewnego stopnia zdemistyfikowały również Mosad, ujawniając jednocześnie irańskie możliwości, które z powodu uprzedzeń były niedoceniane lub lekceważone. Mimo doświadczenia w przeprowadzaniu nadzwyczajnych operacji technicznych, Mosad nie był jednak w stanie zrozumieć irańskiego społeczeństwa ani natury rządów w Iranie. Ta ignorancja lub ślepota jest podstawową przyczyną jego niepowodzeń, począwszy od prób podżegania społeczeństwa irańskiego do buntu przeciwko rządowi, aż po wojny mające na celu obalenie „irańskiego reżimu” i bałkanizację kraju.
Po 47 latach napięć i dwóch wojnach, z Gazą w ruinach, a Zachodnim Brzegiem ogarniętym brutalną i niesprawiedliwą ekspansją osadniczą, czego możemy się spodziewać po rozwiązaniu dyplomatycznym? Ryzykując, że wypadnę naiwnie pośród tak wielu głosów promujących eschatologię opartą na sile, jedynym trwałym rozwiązaniem jest polityczne, nawet jeśli jest osadzone w nowej „zimnej wojnie” i równowadze napięć gospodarczych i militarnych. Idealnie wymagałoby to powrotu do prawa międzynarodowego i prawnej równości państw. Z jednej strony ograniczenie wyjątkowości Izraela – na skrzyżowaniu ohydnej tragedii (Holokaustu), niezachwianej woli przetrwania, tożsamości religijnej ("naród wybrany”) i wyboru sojuszu geostrategicznego (Izrael, jedyne zachodnie państwo na Bliskim Wschodzie), co pozwala mu na łamanie, przy milczeniu, a nawet błogosławieństwie sojuszników, wszelkich praw – czy to wojennych, czy prawa humanitarnego, czy rezolucji ONZ. Z drugiej strony, uznanie Iranu – kraju od dziesięcioleci objętego sankcjami – za w pełni suwerenne państwo, ani pariasa, ani "państwo zbójeckie”, i ponowne włączenie go do równego i ugruntowanego prawnie dialogu dyplomatycznego.
Utworzenie państwa palestyńskiego, choć bardziej niepewne niż kiedykolwiek, wydaje się jednym z niewielu rozwiązań węzła gordyjskiego obejmującego wiele kwestii i często nie dających się pogodzić czynników. Inicjatywy Donalda Trumpa dotyczące Gazy, które narzucają neokolonialne rozwiązanie problemu kolonialnego, nie mają żadnego znaczenia – ani historycznego, ani prawnego, ani politycznego. Chociaż Izrael nie zniknie, jak życzą sobie niektórzy irańscy przywódcy, Iran nie zostanie obrócony w popiół ani nawet znacząco osłabiony, na co liczą izraelscy przywódcy. W pewnym sensie przyszłość Izraela, skazanego przez niektórych jego przywódców na wieczną wojnę, jest bardziej niepokojąca niż przyszłość Iranu, tysiącletniego kraju, który podniósł się po każdej inwazji. Jeszcze bardziej niepokojący jest wzrost antysemityzmu, podsycany zbrodniami ludobójczymi popełnionymi w Gazie, rewelacjami afery Epsteina, wpływem Izraela na prezydenta Trumpa (za pośrednictwem jego zięcia i córki) lub rażąco proizraelskim nastawieniem mediów, przeciwko któremu cenzura lub wyroki skazujące będą znacznie mniej skuteczne niż międzynarodowe sprawiedliwość i dyplomatyczna uczciwość. Przyszłość jest nieprzewidywalna, ale można przynajmniej założyć, że wszystkie obecnie rozważane scenariusze dla Gazy – izraelska okupacja, zarząd międzynarodowy, plan pokojowy etapowy itp. – zostaną zakwestionowane, jeśli nie wprawione w zakłopotanie, przez równanie postawione przez koniec wojny.
Wnioski – Co jeszcze media powiedzą o Iranie?
Po inwazji USA na Irak w 2003 roku media stanęły w obliczu poważnego kryzysu wiarygodności, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ze względu na ich w dużej mierze prowojenne relacje, które graniczyły z propagandą, a nie dziennikarstwem. Czy to samo stanie się po tej wojnie, biorąc pod uwagę, że większość mediów – na różne sposoby – przyjęła izraelsko-amerykańskie podżeganie do wojny, nie wykazała podstawowego krytycznego osądu i utrwaliła tendencyjny i wprowadzający w błąd obraz sytuacji? Możemy mieć nadzieję na pewien stopień autorefleksji, nie żywiąc jednak złudzeń co do systemu medialnego i jego graczy. Niemniej jednak dla "medioznawców" Iran pozostaje najbardziej niezwykłym "studium przypadku” jakie istnieje. Nie ma innych przykładów we współczesnej historii kraju, który byłby przedmiotem tak długotrwałych i nieustannych kampanii dezinformacji i manipulacji medialnych, tak wpływowych na zbiorową wyobraźnię i tak gwałtownych w swoich konsekwencjach.
Od czasu Rewolucji Islamskiej Iran jest przedmiotem zdecydowanie negatywnych relacji medialnych, z nielicznymi jasnymi punktami: obejmowały one pierwszą kadencję reformistycznego prezydenta Chatamiego w latach 1997–2001, zanim prezydent George W. Bush nazwał Iran częścią „osi zła” (2002), a następnie dwa lata po irańskim porozumieniu nuklearnym (JCPOA) w 2015 roku. Taktyki te zamknęły Iran w redukcyjnej narracji, można badać ich warianty i powtarzające się tematy na przestrzeni dziesięcioleci:
Twierdzić, że Iran jest złożony, ale sprowadzać go do najbardziej ograniczonych analiz, najbardziej uproszczonych ram i najbardziej przestarzałych informacji.
Zamykać Iran w pewnych terminach – "reżim”, "teokracja”, "islamizm” lub "dyktatura” – aby zablokować wszelkie próby szczegółowego wyjaśnienia, uczynić debatę sentymentalną, podważyć wszelkie niuanse i utrwalić pomieszanie terrorystycznego islamizmu Państwa Islamskiego (Daesh) czy Al-Kaidy z Republiką Islamską.
Widzieć "mullów” wszędzie, nawet tam, gdzie ich nie ma, a nawet gdy realizowana polityka lub rozważane realia nie mają nic wspólnego z religią.
Nigdy nie traktować państwa irańskiego jako normalnego państwa, ale zawsze ideologizować jego działania: widzieć populizm, gdy buduje drogi, lub etykietować nawet jego najbardziej świeckie wysiłki dyplomatyczne jako islamistyczne.
Mylenie Iranu z Irakiem lub Afganistanem, zgodnie z utartą zasadą orientalistyczną: na Wschodzie wszystko jest takie samo.
Potępiać "mafię” i "czarne rynki” Gwardii Rewolucyjnej, zapominając, że embargo nielegalnie uniemożliwia Iranowi legalne nabywanie towarów i usług.
Przeprowadzać wywiady tylko z kobietami pragnącymi zdjąć hidżab, ignorując większość kobiet w Iranie, które z różnych powodów (religijnych, kulturowych, tradycjonalistycznych, nacjonalistycznych itp.) kochają hidżab i pragną go nosić – tradycyjny strój o tysiącletniej historii na Wschodzie.
Potępiać dwulicowość irańskich negocjatorów, bez (chęci) zrozumienia, że kontekst i same zasady negocjacji, czy to w kwestiach nuklearnych, czy pokojowych, są stronnicze.
Przeprowadzać wywiady z irańską diasporą na temat Iranu, bez pytania Irańczyków w Iranie, co myślą zarówno o swoim kraju, jak i o tej diasporze.
Przedstawiać Iran jako z natury agresywne państwo, podczas gdy w rzeczywistości, od złupienia Delhi przez Nadira Szaha w 1739 r., Iran (Persja) nie zaatakował żadnego ze swoich sąsiadów: wojny rosyjsko-irańskie (1804–13 i 1826–28) były spowodowane ekspansjonizmem imperium carskiego, a w XX wieku to Saddam Husajn (być może pod wpływem Stanów Zjednoczonych i innych krajów) zaatakował Iran jesienią 1980 roku.
Nagłaśniać wydarzenia z końca grudnia 2025 r. do początku stycznia 2026 r., w których „irański rząd strzela do własnego ludu”, starannie unikając wszelkiej wzmianki o powstańczym klimacie sprowokowanym przez Mossad i CIA.
W obecnym relacjonowaniu konfliktu stereotypy te są dodatkowo wzmacniane przez fantastyczne fabrykowanie rzeczywistości podsycane amerykańsko-izraelskimi utopijnymi ideałami. Tu i ówdzie napotyka się stare uprzedzenia. Celem jest poinformowanie, że Stany Zjednoczone zbombardowały irańskie obiekty, ale podkreślenie, że Irańczycy twierdzą, że zbombardowali izraelskie lub amerykańskie miejsca: zachodnie oświadczenia są traktowane jako prawdziwe, podczas gdy irańskie są zawsze umieszczane w cudzysłowie, ponieważ oczywiście Zachodni nie mogą kłamać, podczas gdy Wschodni nie są zdolni do mówienia prawdy. Poprzez całkowite zniekształcenie wydarzeń Iran jest przedstawiany jako wieczny agresor, nawet gdy jest atakowany, nawet gdy się broni. Jeśli chodzi o Irańczyków z diaspory lub uchodźców w Turcji, należy relacjonować tylko ich wojownicze oświadczenia – te, które mówią, że wojna jest "jedynym sposobem na zmianę reżimu” i że trzeba ją doprowadzić do końca, aby "dokończyć robotę”. Omawiając bombardowania amerykańsko-izraelskie, skupia się na aspektach technicznych, logistycznych lub statystycznych, aby nie wspominać o tysiącach zniszczonych cywilnych infrastruktur w Iranie i ominąć moralne implikacje tych uderzeń – innymi słowy, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości (takie jak celowe bombardowanie szkoły w Minab).
Niektóre narracje sprowadzają się do klasycznej cenzury wojskowej: relacjonowanie zniszczeń w Iranie, a być może w państwach Zatoki, ale prawie nigdy w Izraelu, z wyjątkiem umniejszania ich lub przedstawiania inicjatora konfliktu (Izraela) jako ofiary; wspominanie o tysiącach uderzeń na Iran, bez kwestionowania ich skuteczności lub sukcesu; nagłaśnianie izraelskich ofiar, podczas gdy irańskie zgony są anonimizowane. W programach telewizyjnych lub gazetach przeprowadza się wywiady tylko z "ekspertami” lub "specjalistami”, których paradygmatem jest "reżim irański”, narracją jest "zmiana reżimu”, a perspektywą jest "wyzwolenie narodu irańskiego”. Zapewni się, że bardziej niuansowa analiza uczestnika pozostanie w mniejszości, zostanie odrzucona przez innych specjalistów, zredukowana do zwykłego "świadectwa” lub subtelnie odrzucona z powodu braku empatii wobec doświadczenia irańskiej kobiety potępiającej religijny ucisk mullów. Jeśli chodzi o dyskusję o tym, co uważa się za Iran, nic nie przebije – niezmiennych od dziesięcioleci – wypowiedzi opozycyjnej diaspory, która jest jednak tylko jednym z milionów głosów, dobrowolnie odłączona od Iranu i Irańczyków w Iranie i często reprezentuje tylko siebie.
Dlatego w alternatywnych mediach, takich jak The Grayzone w Stanach Zjednoczonych czy podcasty takie jak Danny Haiphong, Deep Dive, Dialogue Works, Glenn Diesen, Judging Freedom lub Neutrality Studies, można znaleźć odpowiednie, krytyczne analizy. Co więcej, to właśnie w tych mediach od zeszłej jesieni słyszeliśmy zapowiedź i niemal „przepowiednię” tego, co rozgrywa się na naszych oczach: wybuchu totalnej wojny, regionalnej konflagracji, szybkiej eskalacji wymykającej się spod kontroli i braku w administracji USA strategii wyjścia – czy jakiejkolwiek strategii. Dowodzi to, a contrario, że narracja promowana przez media głównego nurtu jest w dużej mierze, a czasami wyłącznie, częścią wojny informacyjnej opartej na ignorancji, mnóstwie uprzedzeń i ideologicznym konstruowaniu wroga (Iranu) do pokonania. Dla tych – naukowców, myślicieli, świadków – zaangażowanych w multilateralne rozumienie wydarzeń, klimat jest z pewnością ponury. Pisanie historii stało się niebezpiecznym sportem: próba analitycznej „neutralności” naraża cię na wrogość wszystkich stron, podczas gdy próba przywrócenia równowagi debacie pogrąża cię pod bezpośrednim ostrzałem cheerleaderek wojny i „zmiany reżimu”. Spróbuj rzucić światło na konflikt rosyjsko-ukraiński w perspektywie długoterminowej (od Kijowa, stolicy Rusi, po porozumienia mińskie z 2014 r.), a zostaniesz nazwany rosyjskim agentem. Wskaż, że konflikt izraelsko-palestyński sięga 1947–48 roku (lub nawet znacznie wcześniej), a zostaniesz nazwany antysemitą lub oskarżony o podsycanie antysemityzmu. Opowiadaj się za wielowymiarowym spojrzeniem na Iran, a zostaniesz oskarżony o "bronienie reżimu irańskiego”.
Obecna wojna okazała się totalna w każdym znaczeniu tego słowa: będąc konfliktem regionalnym o globalnych konsekwencjach gospodarczych, jest również konfliktem o wiedzę, światopoglądy i udostępnianie informacji. Dla historyka kuszące jest racjonalizowanie wydarzeń i decyzji politycznych, ale jasne jest, że rozpoczęcie tej wojny przez Donalda Trumpa opierało się na kombinacji kłamstw, manipulacji, impulsywności i głupoty. Historyk Christopher Clark mówił o „chodzeniu we śnie”, aby opisać złożony łańcuch przyczyn, które doprowadziły do wybuchu I wojny światowej. Moglibyśmy zapożyczyć to samo wyrażenie, dodając do niego niemal halucynacyjną przepaść między (medialnym i politycznym) dyskursem a rzeczywistością oraz praktykę sponsorowanego przez państwo kłamstwa (w Stanach Zjednoczonych) na niespotykaną dotąd skalę. Pod tym względem wojna ta jest wydarzeniem przełomowym w transformacji ładu międzynarodowego i naszego jego rozumienia.