Koniec amerykańskiego imperium - John Gray, The New Statesman, 8.04.2026.

Wojna Donald Trumpa w Iranie zapowiada zniszczenie amerykańskiego autorytetu, a nie jego odnowę.


Przemawiając do republikańskich ustawodawców w swoim klubie golfowym "Trump National Doral" w Miami 9 marca, dziesiątego dnia wojny, Donald Trump określił amerykańską interwencję wojskową w Iranie jako "małą wycieczkę”. Zapytany na konferencji prasowej w ośrodku tego samego dnia, czy była to wycieczka, czy wojna, odpowiedział, że jedno i drugie: "Wycieczka, która uchroni nas przed wojną”. Dodał, że operacja jest "znacznie wyprzedzająca harmonogram” i zakończy się "wkrótce”.

Wycieczka Trumpa okazała się marszem ku katastrofie. Jego "główna operacja bojowa” zmieniła cel – z zablokowania Iranowi możliwości uzyskania potencjału nuklearnego, który rzekomo został "unicestwiony” w czerwcu ubiegłego roku, na odblokowanie Cieśniny Ormuz i przywrócenie sytuacji sprzed rozpoczęcia operacji. Niezależnie od celu, status quo sprzed wojny jest nieodwracalny. Ponowne otwarcie cieśniny dla żeglugi zachodniej siłą militarną prawdopodobnie pociągnęłoby za sobą wysokie straty wśród Amerykanów i oznaczałoby, że cieśnina powróciłaby pod kontrolę Iranu natychmiast po wycofaniu się wojsk amerykańskich.

Trump nie może ogłosić zwycięstwa i odejść, nie oddając kluczowego szlaku żeglugowego Iranowi. Nawet gdyby uzgodniono i wdrożono plan zawieszenia broni, który ponownie otworzyłby cieśninę, taki jak ten, który podobno pojawił się w Pakistanie 6 kwietnia, Teheran miałby (i nadal ma) przewagę. Dzięki udowodnionej zdolności do destabilizowania światowej gospodarki, zbombardowana militarno-teokratyczna dyktatura rozpoczęła ostateczny rozpad imperialnej potęgi USA.

Komisja bezpieczeństwa narodowego irańskiego parlamentu zatwierdziła propozycje wprowadzenia opłat dla statków przepływających przez cieśninę, oferując bezpieczny przejazd jednostkom z krajów przyjaznych i niezaangażowanych. W kpiącym wpisie na platformie X przewodniczący komisji bezpieczeństwa narodowego parlamentu, Ebrahim Azizi, napisał:

"Trump w końcu osiągnął swoje marzenie o ‘zmianie reżimu’ – ale w morskim reżimie regionu! Cieśnina Ormuz z pewnością zostanie otwarta, ale nie dla was. Będzie otwarta dla tych, którzy przestrzegają nowych praw Iranu. 47 lat gościnności dobiegło końca na zawsze.”

Irańskie państwo, monetyzując to, co przez niemal pół wieku było otwartym międzynarodowym szlakiem wodnym, stało się właścicielem kluczowego ogniwa globalnego łańcucha dostaw.

Iran okazał się dobrze przygotowany do konfliktu, w który wplątał się Trump. 18 marca bezprecedensowy atak rakietowo-dronowy na Ras Laffan Industrial City w Katarze (największy na świecie ośrodek produkcji LNG) spowodował szkody, których naprawa według Katarczyków zajmie od trzech do pięciu lat. Zdolność Iranu do uderzania w wartościowe cele USA potwierdził atak z 27 marca na bazę lotniczą Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej, w którym zniszczono kluczowy samolot systemu wczesnego ostrzegania i kontroli. Nieudany atak na bazę brytyjsko-amerykańską na Diego Garcia na Oceanie Indyjskim, około 2400 mil od wybrzeża Iranu, ujawnił nieoczekiwane możliwości balistyczne. Zestrzelenie amerykańskiego myśliwca 3 kwietnia podważyło twierdzenia Trumpa, że obrona powietrzna Iranu została "w 100 procentach zniszczona”. Katapultowany pilot – uratowany po dramatycznej operacji – unaocznia zagrożenia tej wojny.

Ryzyko operacji Epic Fury nie było nieprzewidywalne. Doświadczeni wojskowi w USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach wielokrotnie symulowali konflikt z Iranem. Trump został ostrzeżony i zdecydował się nie słuchać. Do 30 marca groził na Truth Social, że jeśli porozumienie nie zostanie "wkrótce osiągnięte”, a cieśnina nie zostanie natychmiast otwarta, "zakończymy nasz uroczy ‘pobyt’ w Iranie wysadzeniem i całkowitym zniszczeniem wszystkich elektrowni, szybów naftowych i wyspy Kharg (a być może także zakładów odsalania!)". Dzień później "Wall Street Journal” informował, że rozważa zakończenie wojny nawet kosztem pozostawienia cieśniny zamkniętej.

Przez Cieśninę Ormuz przepływa około jedna piąta światowej ropy. Nie trzeba zatapiać statków, by uczynić ją niebezpieczną – wystarczy wiarygodne zagrożenie. Iran "uzbroił” rynek ubezpieczeń Lloyd's of London. W połączeniu z blokadą cieśniny Bab al-Mandab przez Huti, około jedna czwarta globalnych dostaw ropy mogłaby zostać zablokowana. Skutkiem byłyby poważne niedobory kluczowych składników żywności, półprzewodników i tworzyw sztucznych, zahamowanie wzrostu gospodarczego i globalna stagflacja.

Obecna katastrofa nie jest wynikiem błędu strategicznego. W swojej pracy "The March of Folly" (1984) historyczka Barbara Tuchman opisała, jak rządy uporczywie realizują politykę sprzeczną z ich własnymi interesami, mimo że dostępne i znane im są lepsze alternatywy. Trojanie, wybierając widowisko ponad roztropność, wprowadzili greckiego drewnianego konia za swoje mury. Nadmierna pewność siebie i rozrzutne wydatki papieży renesansu napędzały reformację protestancką. Uparta duma rządu Jerzego III sprowokowała bunt i utratę amerykańskich kolonii brytyjskich. Odmowa przyznania się do niemożności wygrania wojny doprowadziła do upokarzającej klęski w Wietnamie. Pycha, samooszukiwanie się i korupcja nieubłaganie prowadziły do ​​ruiny.

Wszystkie te oznaki szaleństwa są widoczne w wojnie Trumpa z Iranem. Prezydent i jego otoczenie wyobrażali sobie, że dekapitacja przywódców – "pozbycie się niektórych ludzi”, jak to ujął w homilii wygłoszonej w klubie golfowym – doprowadzi do upadku reżimu. Ale Teheran to nie Caracas, z którego prezydent Nicolás Maduro i jego żona zostali ewakuowani w ramach specjalnej operacji 3 stycznia, a Wenezuela przekazana wiceprzewodniczącej Delcy Rodríguez. Rząd Iranu jest wielowarstwowy i – pomimo morderczych represji wobec milionów ludzi tęskniących za zachodnim stylem życia – głęboko zakorzeniony w społeczeństwie. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) zarządza imperium biznesowym obejmującym sektor naftowy, telekomunikacyjny, budowlany i bankowy. Milicje Basidż, ochotnicze siły paramilitarne wykorzystywane do tłumienia oporu w kraju, otrzymują państwowe świadczenia i pracę w firmach powiązanych z IRGC. Fundacje religijne i elity duchowne kontrolują miliardy dolarów aktywów skonfiskowanych dysydentom i mniejszościom. Dla tych grup przegrana wojna oznacza utratę majątku, środków do życia, a być może i życia. Będą walczyć na śmierć i życie. Niektórzy mogą powitać śmierć w boju jako okazję do męczeństwa – trwałego i wciąż silnego elementu szyickiego islamu. Biały Dom pomija te fakty, podobnie jak biegłość Iranu w tanich technikach wojny asymetrycznej.

Korupcja odgrywa tu istotną rolę. Na kilka godzin przed wspólnymi atakami USA i Izraela z 28 lutego, w których zginął najwyższy przywódca, ajatollah Ali Chamenei, na stronach takich jak Polymarket, opartym na kryptowalutach, częściowo offshore'owym "rynku predykcyjnym”, na którym gracze mogą obstawiać wyniki różnych wydarzeń, od wyników sportowych po ataki rakietowe, obstawiano liczne zakłady. W marcu tego roku, seria zakładów na minuty przed ogłoszeniem wojny przez Biały Dom, przyniosła anonimowym traderom setki milionów dolarów. 23 marca w ciągu kilku minut zmieniły właściciela tysiące kontraktów terminowych na ropę naftową o łącznej wartości nominalnej około 1,5 miliarda dolarów – wolumen obrotu był około 16 razy wyższy niż średnia dzienna. Nie ma dowodów na to, że Trump, jego współpracownicy lub rodzina czerpią zyski z tych transakcji, ale nieuchronnym wnioskiem jest to, że osoby z wewnątrz wykorzystują poufne informacje dla osobistych korzyści.

Wojna Trumpa to szaleństwo w dokładnie takim sensie, w jakim rozumie ją Barbara Tuchman. Politycznie może mu to tylko zaszkodzić, podnosząc ceny benzyny na stacjach i pogarszając jego malejące szanse w listopadowych wyborach uzupełniających. Lekceważy jego obietnice wyborcze o "końcu z wiecznymi wojnami” i alienuje go od neo-izolacjonistycznego skrzydła America First jego rozpadającej się bazy w partii MAGA, wzmacniając pozycję jego rywala, J.D. Vance'a. Na arenie międzynarodowej jego wyprawa może go jedynie zmarginalizować. Nawet europejska prawica – Marine Le Pen, Giorgia Meloni, Alternatywa dla Niemiec – dystansują się.

Na Bliskim Wschodzie wojna podważyła finansowe fundamenty hegemonii USA. Gwarancja ochrony była podstawą systemu petrodolara ustanowionego na początku lat 70., kiedy porozumienie z Bretton Woods z 1944 roku, ustanawiające dolara jako globalną walutę rezerwową, załamało się pod ciężarem ogromnych amerykańskich wydatków na wojnę w Wietnamie. Potrzebując wsparcia dla słabnącego dolara, administracja Nixona zleciła Henry'emu Kissingerowi wynegocjowanie "quid pro quo" z Arabią Saudyjską. Rezultatem był system petrodolara, w którym Królestwo zgodziło się wyceniać swój eksport ropy wyłącznie w dolarach, które następnie mogły być refinansowane w ramach zakupu długu federalnego. Bez petrodolara rosnący deficyt budżetowy USA staje się coraz trudniejszy utrzymania.

Niektórzy sugerują, że wojna Trumpa podąża za ukrytym planem. Celem jest powstrzymanie wzrostu potęgi Chin. Operacja "Absolute Resolve" w Wenezueli zakłóciła chiński import ropy z tego południowoamerykańskiego kraju, a Stany Zjednoczone przekierowują przepływy do amerykańskich rafinerii na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Kiedy, co wydaje się prawdopodobne, Kuba w nadchodzących miesiącach znajdzie się w amerykańskiej strefie wpływów, będzie to kolejny cios dla chińskich wpływów. Pekin zainwestował znaczne środki w kubańską infrastrukturę, w tym w cyber-bezpieczeństwo i systemy nadzoru.

Zakładając, że taka strategia w ogóle istnieje, rezultaty są mieszane. Jako główny importer ropy, Chiny znajdują się pod pewną presją. W przeciwieństwie do Rosji, która korzysta na wyższych cenach, Pekin potrzebuje ropy, aby utrzymać swoją gospodarkę zorientowaną na eksport. Jednak jako największy odbiorca ropy naftowej Iranu, Chiny są jednym z krajów, którym pozwolono przejść przez cieśninę i płacą "myto" w juanach – co stanowi bezpośrednie wyzwanie dla petrodolara.

Pod pewnymi względami państwa Zatoki Perskiej są bardziej kruche niż Bejrut przed jego upadkiem po wybuchu wojny domowej w Libanie w 1975 roku. Pociski nadal przebijają się przez ich obronę powietrzną, a ich "premia bezpieczeństwa" zostaje utracona. Dubaj i inne miasta Zjednoczonych Emiratów Arabskich powoli zmieniają się w krajobrazy rodem z Ballarda: opuszczone hotele, osuszone baseny i porzucone samochody zasypane piaskiem. Wszystkie one są uzależnione od niestabilnych zakładów odsalania wody (pomimo własnych niedoborów wody, Iran jest od nich mniej zależny). Apokaliptyczny scenariusz masowej ewakuacji, ucieczki ludności i ogromnego kryzysu uchodźczego nie jest nierealny.

Bez względu na to, jak zakończy się wojna, jej rezultatem będzie ponowne pojawienie się Iranu jako mocarstwa. Obalenie Saddama Husajna i jego świeckiej dyktatury partii Baas miało wzmocnić Teheran i uczynić go dominującym graczem na szyickim Iraku. Dziś wzrost potęgi Iranu jest znacznie większy.

Jako arbiter przejścia przez cieśninę Ormuz, Iran stał się decydującą siłą w globalnej gospodarce naftowej. Biorąc pod uwagę transport i przemysł, odnawialne źródła energii zaspokajają jedynie ułamek zapotrzebowania energetycznego ludzkości. Globalizacja w obecnej formie jest produktem ubocznym węglowodorów. Wymagając wydobycia na dużą skalę minerałów wykorzystywanych do produkcji baterii i magnesów, odnawialne źródła energii same w sobie są pochodnymi paliw kopalnych. Chiny kontrolują te łańcuchy dostaw, często utrzymując w nich niemal monopol, i najwyraźniej zwiększają wydobycie węgla. Jakakolwiek zielona transformacja jest odległą perspektywą. Tymczasem Iran będzie najważniejszym graczem na rynkach energii.

Wyprawa Trumpa zakończyła się w ślepym zaułku. Jeśli wycofa się z Bliskiego Wschodu, państwa, które były pod ochroną USA, będą wahać się między neutralnością a tworzeniem koalicji przeciwko odradzającemu się Iranowi. Bardziej zagrożone niż przed wojną, Izrael i Arabia Saudyjska, Bahrajn i Oman będą żonglować wieloma zagrożeniami. Jeśli zdecyduje się "dokończyć robotę” i rozpocznie operację lądową, USA zostaną wciągnięte w katastrofę większą niż Wietnam, Afganistan i Irak razem wzięte.

W swoim orędziu prezydenckim z 1 kwietnia Trump zagroził zbombardowaniem Iranu "z powrotem do epoki kamienia łupanego, gdzie jego miejsce”. Sformułowanie to nawiązuje do słów generała Curtisa LeMaya, który w swoich wspomnieniach „Mission with LeMay” (1965) wspominał, że radził, aby Wietnam Północny został "zbombardowany z powrotem do epoki kamienia łupanego”. Plan LeMaya zakładał zaatakowanie fabryk, portów i mostów. Trump zagroził 6 kwietnia atakiem na mosty, elektrownie, a być może także na zakłady uzdatniania wody. On również poniesie porażkę, której nie da się już naprawić, a strata strategiczna będzie nieodwracalna.

Kardynalną konsekwencją wojny będzie śmierć idei amerykańskiego imperium. Założone ideowo jako "miasto na wzgórzu", które pozostawiło za sobą imperia Europy, Stany Zjednoczone, rzekomo odrzucały wszystko, co trąciło potęgą imperialną. Ale do czasu I wojny światowej zdobyły kilka terytoriów, które funkcjonowały jako kolonie w tradycyjnym europejskim sensie – liczne małe wyspy Karaibów i Pacyfiku (1856), Alaskę (1867), Hawaje (1898), Filipiny (1898) oraz Strefę Kanału Panamskiego (1903). To właśnie do tego staroświeckiego porządku imperialnego Trump zamierza powrócić, wskrzeszając doktrynę Monroe’a, potwierdzając zwierzchnictwo Ameryki nad całą półkulą. W XX wieku idea imperium zmutowała wraz z żarliwym promowaniem przez Woodrowa Wilsona "samostanowienia narodów” na konferencji pokojowej w Wersalu w 1919 roku. Projekcja amerykańskiego modelu rządów stała się projektem antyimperialnym, rzekomo promującym prawa i aspiracje wszystkich narodów. Pod przykrywką historycznych tożsamości, w każdym człowieku drzemał ideał Amerykanina.

Jakaś wersja tej fantazyjnej idei kształtuje katastrofę, która ma miejsce dzisiaj. Nieustanne bombardowania z powietrza nie uwalniają wyimaginowanego wewnętrznego Amerykanina i nie jednoczą ludności przeciwko ich rządom, niezależnie od tego, jak represyjne by one nie były. Zwłaszcza gdy celem ataku jest infrastruktura cywilna. Jednoczą ją przeciwko najeźdźcy. Kiedy Trump ogłasza, że ​​"zgotuje im piekło [sic]”, wyraża tę samą ideę, co amerykański dowódca, który powiedział o wietnamskim mieście w 1965 roku: "Konieczne stało się zniszczenie miasta, aby je uratować”. Kontynuacja w Iranie, o ile nastąpi, będzie podobna.

To nie tylko przypadek ignorowania lekcji historii. Wojna Trumpa wygląda raczej na przykład tego, co Zygmunt Freud opisał jako przymus powtarzania – nieświadomy proces, w którym umysł odgrywa to, czego nie jest w stanie prawidłowo zapamiętać. Choć jest istotą chwili, Trump zdaje się kierować impulsem do ponownego wyobrażenia sobie przeszłości i potwierdzenia amerykańskiej – i własnej – wielkości. Nawet gdy kieruje kulę burzącą do historycznego wschodniego skrzydła Białego Domu, aby zbudować monumentalną salę balową, która może nigdy nie powstać, wydaje się zdeterminowany, by zburzyć globalny porządek, którego nie udało mu się odtworzyć na swoje podobieństwo. Kiedy infantylna fantazja o wszechmocy zderza się z nieustępliwą rzeczywistością, reakcją jest nieokiełznana wściekłość. Psychopatologia może być w tym momencie bardziej pouczająca niż geopolityka. W głębszym sensie, niż się powszechnie uważa, Donald Trump nie wie, co robi. Szepczący Trumpa, tacy jak sekretarz generalny NATO Mark Rutte, wierzą, że potrafią wstrzyknąć odrobinę rozsądku do jego rozważań. Logika Trumpa jest jednak instynktowna, a nie racjonalna. Jak pokazało zniesienie sankcji na rosyjską ropę, darzy on Putina swoistą mieszanką tyranii i oligarchii. Odprężenie w stosunkach z Rosją stworzy wiele lukratywnych możliwości biznesowych. Choć NATO może istnieć tylko z nazwy, sojusz transatlantycki jest w praktyce niefunkcjonalny. Ameryka powraca do swojej trajektorii sprzed 1914 roku jako cywilizacja odrębna od Europy.

W Wielkiej Brytanii domyślną postawą jest przeczekanie burzy, aż do powrotu zdrowego rozsądku do Waszyngtonu. Nie wyjaśniono, dlaczego Putin lub Xi Jinping mieliby wykazywać się podobną cierpliwością. Czyż może być lepszy moment na ich działanie? Zaostrzenie wojny hybrydowej w słabo bronionej Europie da Putinowi przewagę w każdym porozumieniu pokojowym na Ukrainie. Skoro Trump przeniósł zasoby wojskowe z Azji i Pacyfiku na Bliski Wschód i wyczerpał zapasy amunicji, Xi może przejąć Tajwan bez oddania strzału. Mówi się o "anglo-gaullizmie", w którym Wielka Brytania polega na sobie i europejskich sojusznikach w kwestii bezpieczeństwa. Oczywiście, zakłada to znacznie wyższe wydatki na obronę, i to wkrótce. Jednak odbudowa brytyjskiego potencjału obronnego wymaga reindustrializacji gospodarki, co może zająć dekady. Bez realnego planu, brytyjski gaullizm pozostaje jedynie mrzonką.

Ta mała eskapada Trumpa stanowi punkt bez powrotu w procesie utraty przez Amerykę pozycji światowej potęgi. W jakim świecie tak dziwaczna postać mogłaby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych – i to dwukrotnie? Cóż, w naszym świecie – tym, który stworzyli nasi władcy, a potem pokazali, że go nie rozumieją, gdy odrzucili go jako przejściową anomalię. Trump może rujnować wszystko, czego się dotknie, ale jego status postaci o znaczeniu historycznym jest niepodważalny. Czyżby prowadził Amerykę ku kolejnej zmianie reżimu, zapowiadanej przez toksycznego oszusta, Tuckera Carlsona, i elokwentnego lewicowego populistę, Zohrana Mamdaniego? Oni również należą do naszego świata.