Ceny złota i surowców gwałtownie wzrosną - Alasdair Macleod, Macleod Finance Substack, 15 kwietnia 2026.
Nie daj się zwieść rynkowej stagnacji. Wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie są traktowane poważnie na rynkach finansowych, podczas gdy w rzeczywistości spychają globalną gospodarkę w przepaść.
Ceny złota i srebra osiągnęły jakiś czas temu najniższy poziom i rosną. Cały kompleks surowcowy, napędzany energią, zakłada marszowe buty i wyrusza na "wyższe pastwiska". To reakcja na blokadę Morza Omańskiego przez USA. Dostawy metali nieszlachetnych i srebra do kopalń są zagrożone przez wysokie koszty energii i niedobory niezbędnych chemikaliów, takich jak kwas siarkowy. Wpływ na ceny konsumenckie jest poważnie niedoceniany.
Ograniczenia dotyczą nie tylko dostaw energii i produktów końcowych, takich jak kwas siarkowy i nawozy. Inni krajowi eksporterzy tych kluczowych surowców gromadzą swoje zapasy, wycofując je z rynków światowych. Istnieją oznaki, że Chiny również zaostrzają politykę wobec srebra i pierwiastków ziem rzadkich. Dlaczego miałyby robić inaczej?
Papierowe ceny nie oddają rzeczywistego wpływu. Ropa brent z natychmiastową dostawą FOB (Free On Board) Europa Północna jest notowany na poziomie 145–150 dolarów, czyli o ponad 50% powyżej kontraktów terminowych, według dzisiejszego "Daily Telegraph”. Zastanów się nad tym przez chwilę.
A jednak rynki ignorują rzeczywistość, mimo że blokada się nasila.
Wygląda na to, że wojna z Iranem, przynajmniej ze strony USA, przeszła od bombardowań dywanowych do ekonomicznego wyniszczania. Izrael wydaje się chcieć dalej łamać zawieszenie broni, więc nie jest to jednoznaczna sytuacja. Jednak poprzez zatrzymanie eksportu Iranu do Chin, to właśnie Chiny znajdują się teraz w centrum wydarzeń. Mogą jednak przeczekać ten moment, mając ogromne zapasy ropy naftowej i alternatywne źródła zaopatrzenia.
Stało się to grą w "cykora" z całym światem, której Ameryka raczej nie wygra. Oznacza to świadomą politykę wystawienia globalnej gospodarki (oraz własnej gospodarki USA) na poważne ryzyko.
We wcześniejszym artykule wskazałem, że szok naftowy z lat 1973–1974 doprowadził do połączenia recesji gospodarczej i szoku inflacyjnego, osiągającego szczyt na poziomie 11,1% w 1974 roku w USA, 24,2% w 1975 roku w Wielkiej Brytanii, 13,7% we Francji w 1974 roku oraz 23,2% w Japonii w 1974 roku. Choć procentowo tamten szok naftowy był dotąd większy niż obecny, obecny ma bardziej rozległe konsekwencje. Przy długu publicznym Japonii wynoszącym 255% PKB i stopach procentowych poniżej 1%, Japonia - będąca światowym eksporterem kapitału - znajduje się w najtrudniejszej sytuacji. W 1973 roku była w znacznie lepszej kondycji finansowej, a mimo to doświadczyła inflacji na poziomie 23,2%.
Jeszcze jedna rzecz do przemyślenia.
Inflacja cen konsumpcyjnych wynika z prób rządów uniknięcia skutków gospodarczych szoku naftowego - spadku aktywności gospodarczej i gwałtownego wzrostu bezrobocia. Drukują one pieniądz i rezerwy bankowe, aby zapewnić dostępność kredytu potrzebnego do zapłacenia wyższych cen, a presja polityczna nie pozostawia alternatywy wobec wprowadzania kontroli cen na dobra podstawowe. Połączenie ograniczania podaży poprzez tłumienie cen oraz dewaluacji waluty prowadzi do wyższego ryzyka kredytowego, wyższych rentowności obligacji oraz wyższych cen złota. Wszystko to odzwierciedla spadek siły nabywczej walut.
Dlaczego więc do tej pory nie znajduje to odzwierciedlenia na rynkach?
Wydaje się, że istnieją dwie główne odpowiedzi. Pierwsza to taka, że inwestorzy i giełdowi handlarze są mentalnie przywiązani do wcześniejszego status quo. Widzieliśmy to podczas kryzysu lat 2008–2009. Było oczywiste, że nadchodzi poważny kryzys na rynku nieruchomości napędzany nadmiernym kredytem i tzw. "kredytami dla kłamców", co potwierdzą widzowie "The Big Short”. Krótkie pozycje Michaela Burry’ego były silnie "wyciskane”. Zanim ospałe środowisko Wall Street dostrzegło kryzys, a indeks S&P spadł o połowę.
Druga odpowiedź jest taka, że establishment - od Międzynarodowego Funduszu Walutowego w dół - nie chce wywołać paniki. W ostatnich dniach MFW zrewidował swoje prognozy gospodarcze, uwzględniając kryzys irański. Zmienił prognozę wzrostu dla gospodarki USA z 2,4% do 2,3%. Przewiduje się, że Japonia, która importuje 90% swojej ropy z Zatoki Perskiej, nie odczuje żadnego wpływu. Wielka Brytania otrzymała największą obniżkę prognozy - do 0,5%.
Dobre żarty.
Powinniśmy wiedzieć, jak Michael Burry musiał się czuć na początku 2008 roku. Sytuacja dzisiaj jest równie surrealistyczna. "Coś" wywoła nagły powrót do rzeczywistości, a korekta rynku odmieni życie inwestorów, i to w bardzo niekorzystny sposób. Poza narastającym kryzysem kredytowym, najbardziej prawdopodobnym kandydatem są prawdopodobnie Huti blokujący Morze Czerwone, a w zasadzie Kanał Sueski. Dodatkowe 6 milionów baryłek dziennie z terminalu Yanbu w Arabii Saudyjskiej zostałoby wycofanych z rynku.
Cena złota podwoiła się w 1974 roku z 90 do 200 dolarów w odpowiedzi na szok naftowy. Tym razem relacja długu publicznego do PKB wzrosła średnio ponad dwukrotnie od połowy lat siedemdziesiątych, stawiając te gospodarki w znacznie bardziej niebezpiecznej sytuacji. Co więcej, banki centralne na całym świecie boją się dolara i innych walut G7, dlatego skupują cały kruszec, jaki uda im się zdobyć.
Co gorsza, inwestorzy, którzy w pełni zainwestowali w "status quo ante", nie posiadają prawie żadnego złota i stoją nadzy w obliczu tego, co ich czeka. Warto wycofać się z kredytów, w tym z walut fiducjarnych, i skorzystać z ochrony prawdziwego pieniądza.
To właśnie to mówi nam rosnąca cena złota.