Działania prezydenta Trumpa w związku z wojną z Iranem charakteryzuje nieortodoksyjne, maksymalistyczne podejście, wahające się między wrogością a próbami pojednania - Josh Dawsey, The Wall Street Journal, 18.04.2026.
Wydawało się, że apetyt Donalda Trumpa na ryzyko się wyczerpał, a jego obawy narastały. Był Wielki Piątek, popołudnie w niemal pustym skrzydle zachodnim Białego Domu, wkrótce po tym, jak prezydent dowiedział się o zestrzeleniu amerykańskiego samolotu w Iranie i zaginięciu dwóch lotników. Trump godzinami krzyczał na swoich doradców. "Europejczycy nie pomagają”, powtarzał wielokrotnie. Średnia cena benzyny wynosiła 4,09 dolara. W jego głowie wciąż przewijały się obrazy irańskiego kryzysu zakładników z 1979 roku – jednej z największych porażek prezydentury w ostatnich czasach – jak twierdzą osoby, które z nim rozmawiały.
"Jeśli spojrzysz na to, co stało się z Jimmym Carterem… z helikopterami i zakładnikami, kosztowało ich to wybory” – powiedział Trump w marcu. – "Co za bałagan.”
Trump zażądał, by wojsko natychmiast ich uratowało. Jednak USA nie prowadziły operacji lądowych w Iranie od czasu obalenia rządu, które doprowadziło do kryzysu zakładników, i trzeba było ustalić, jak wejść w niebezpieczny irański teren i uniknąć tamtejszej armii. Doradcy trzymali prezydenta z dala od pokoju sytuacyjnego, gdy otrzymywali aktualizacje minuta po minucie. Uważali, że jego niecierpliwość nie pomoże, zamiast tego informując go w kluczowych momentach - powiedział wysoki urzędnik administracji.

Zdj. Wrak zniszczonego amerykańskiego samolotu transportowego i dwóch śmigłowców na pustyni.
Zdjęcie opublikowane na oficjalnym kanale Telegram Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Iranu pokazuje amerykański samolot transportowy i dwa śmigłowce zniszczone podczas misji ratunkowej mającej na celu odnalezienie jednego z amerykańskich lotników.
Pierwszy lotnik został szybko odnaleziony. Dopiero późnym wieczorem w sobotę Trump otrzymał informację, że drugi został uratowany w ryzykownej operacji ewakuacyjnej. To, co mogło stać się najgorszym momentem dwóch kadencji Trumpa, nie nastąpiło. Po drugiej w nocy Trump również poszedł spać.
Sześć godzin później prezydent znów, pełen pewności siebie, wykonał kolejną ryzykowną zagrywkę, by osłabić irańską kontrolę nad jej najważniejszym narzędziem nacisku — cieśniną Ormuz. "Otwórzcie tą cholerną cieśninę, wy szaleńcy, albo będziecie żyć w piekle” - napisał w mediach społecznościowych w niedzielę wielkanocną z Białego Domu, dodając do wpisu islamską modlitwę.
Prezydent, który uwielbia dramaty, stosuje jeszcze bardziej intensywną wersję swojego nieortodoksyjnego, maksymalistycznego podejścia do nowej sytuacji — prowadzenia wojny. Waha się między podejściem agresywnym i pojednawczym, za kulisami zmagając się z tym, jak bardzo sprawy mogą pójść nie tak.
Jednocześnie prezydent czasami traci skupienie, spędzając czas na szczegółach planów budowy sali balowej w Białym Domu lub na zbiórkach funduszy przed wyborami połówkowymi (US midterm elections) i mówiąc doradcom, że chce przejść do innych tematów. Zmaga się też z własnym strachem przed wysyłaniem żołnierzy w miejsca zagrożenia, gdzie część zostanie ranna, a część nie wróci do domu, podobnie jak inni prezydenci w czasie wojen - twierdzą osoby znające sprawę.
Sprzeciwiał się wysłaniu amerykańskich żołnierzy do zajęcia wyspy Kharg, punktu startowego dla 90% irańskiego eksportu ropy. Choć zapewniano go, że misja się powiedzie, a zajęcie terytorium da USA dostęp do cieśniny, obawiał się zbyt wysokich strat amerykańskich. "Będą jak kaczki na strzelnicy” - powiedział prezydent.
Mimo to wygłaszał ryzykowne deklaracje bez konsultacji z zespołem bezpieczeństwa narodowego - w tym o planach zniszczenia irańskiej cywilizacji - twierdząc, że sprawianie wrażenia nieprzewidywalnego może skłonić Iran do negocjacji. W pewnym momencie zastanawiał się nawet, czy powinien przyznać sobie najwyższe odznaczenie wojskowe - Medal Honoru.
Trump prowadził kampanię, obiecując zakończenie wojen zagranicznych, ale założył, że może rozwiązać (przy użyciu amerykańskiej siły powietrznej i morskiej) problem bezpieczeństwa narodowego, który od dekad sprawiał trudności siedmiu poprzednim prezydentom. Teraz zawieszenie broni stoi pod znakiem zapytania, kluczowy szlak handlowy został zamknięty na wiele tygodni, a irański reżim został zastąpiony przez radykalnych nowych przywódców. Wszystko to grozi wydłużeniem operacji, którą Trump wielokrotnie zapowiadał jako sześciotygodniową, terminu już niedotrzymanego od rozpoczęcia wojny 28 lutego.
Urzędnicy Białego Domu twierdzili, że ich zdaniem w najbliższych dniach może dojść do przełomu w negocjacjach z Iranem, i rozważają kolejne rozmowy w Pakistanie.
Impulsywny styl prezydenta nigdy wcześniej nie był testowany w trakcie długotrwałego konfliktu zbrojnego. W przeciwieństwie do udanej operacji w Wenezueli, która wzmocniła jego pewność siebie, Trump mierzy się w Iranie z bardziej nieustępliwym przeciwnikiem, który jak dotąd nie chce ustąpić wobec jego żądań.
"Jesteśmy świadkami zdumiewających sukcesów militarnych, które nie składają się na zwycięstwo, i to leży bezpośrednio po stronie prezydenta oraz sposobu, w jaki wybrał wykonywanie swojej pracy - brak uwagi na szczegóły i brak planowania”. - Kori Schake, starsza analityczka konserwatywnego think tanku American Enterprise Institute, która służyła w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego za prezydenta George’a W. Busha.

Wkrótce po świątecznym wpisie Trumpa doradcy odbierali telefony od republikańskich senatorów i liderów chrześcijańskich. Pytali: dlaczego powiedział „Niech będzie chwała Allahowi” w poranek Wielkanocy? Dlaczego użył wulgaryzmu? Trump w prywatnych rozmowach przeklina bardzo często, ale publicznie i w mediach społecznościowych zwykle to kontroluje.
Gdy jeden z doradców później zapytał go o to, Trump powiedział, że pomysł z „Allahem” wymyślił sam. Stwierdził, że chciał sprawiać wrażenie jak najbardziej niestabilnego i obraźliwego, wierząc, że może to skłonić Iran do negocjacji — jak twierdzili wysocy urzędnicy administracji. Według niego był to język, który Irańczycy zrozumieją. Jednocześnie martwił się konsekwencjami. „Jak to się odbiera?” — pytał doradców. (Przewodniczący irańskiego parlamentu nazwał tę groźbę lekkomyślną.)
We wtorek po Wielkanocy wydał najbardziej dramatyczne ultimatum swojej prezydentury, oświadczając, że jeśli Iran nie zawrze porozumienia w ciągu 12 godzin, zginie cała cywilizacja.
Ponownie był to wpis improwizowany, a nie element planu bezpieczeństwa narodowego — twierdzili urzędnicy administracji.

Ludzie w USA i na świecie byli przejęci strachem i dezorientacją co do tego, co prezydent zamierza zrobić. W kuluarach najwyżsi doradcy uznali ten ruch za sposób na przyspieszenie negocjacji w wojnie, którą prezydent desperacko chciał zakończyć. Sekretarz stanu Marco Rubio prywatnie mówił innym, że taki język może faktycznie skłonić Iran do rozmów.
Według doradców Trump naprawdę chciał przestraszyć Iran i zakończyć konflikt. Na mniej niż 90 minut przed upływem swojego ultimatum ogłosił kruchy dwutygodniowy rozejm.
"Prezydent Trump z dumą prowadził kampanię, obiecując odebranie irańskiemu reżimowi możliwości zdobycia broni jądrowej, co właśnie realizuje ta szlachetna operacja” — powiedziała Karoline Leavitt, rzeczniczka Białego Domu. Dodała, że prezydent "pozostał stabilnym liderem, którego nasz kraj potrzebuje”.
Trump uważnie śledzi przebieg wojny, mierząc liczbę zniszczonych celów irańskich jako kluczowy wskaźnik sukcesu - twierdzili urzędnicy.
Decyzja Trumpa o zaangażowaniu się w wojnę zaskoczyła wielu, którzy znali go najlepiej. "Krew i piach” - powiedział doradcom podczas swojej pierwszej kadencji, opisując region i tłumacząc, dlaczego nie chce angażować się w żaden konflikt na Bliskim Wschodzie.
Po przekonującej lutowej odprawie od premiera Izraela Benjamina Netanjahu w Situation Room oraz po rozmowach z grupą sojuszników, w tym senatorem Lindseyem Grahamem (republikanin, Karolina Południowa), powiedział, że ufa wojsku, iż "da sobie radę”. Zwrócił uwagę doradcom na to, jak szybko "zwyciężono” w Wenezueli, gdzie USA w ciągu kilku godzin miały obalić prezydenta i zastąpić go bardziej uległym zastępcą.
W Iranie wojna rozpoczęła się od uśmiercenia najwyższego przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego, i innych czołowych irańskich urzędników. Trumpowi każdego ranka pokazywano klipy z oszałamiającymi eksplozjami na terenie Iranu. Doradcy twierdzili, że Trump zwrócił im uwagę na imponujące osiągnięcia armii, zdając się być pod wrażeniem skali bombardowań.
Trump jednak zrobił niewiele, aby przekonać amerykańską opinię publiczną do wojny. Wkrótce poczuł frustrację, że jego administracja nie otrzymuje równie pozytywnych opinii z zewnątrz. Leavitt stwierdziła, że jego frustracja wynikała z - jej zdaniem - niesprawiedliwego sposobu relacjonowania wydarzeń w administracji. Jego zespół pokazał mu wyniki sondaży z listopadowych wyborów uzupełniających, pokazujące że wojna osłabia kandydatów republikańskich.
Mimo to sam Trump nie dążył do reelekcji. Uważał, że zwycięstwo nad Iranem da mu szansę na przekształcenie porządku globalnego w sposób, którego nie udało mu się osiągnąć podczas pierwszej kadencji - twierdzą dwaj wysocy urzędnicy. Według osoby, która słyszała jego wypowiedzi, Trump na początku operacji wojskowej powiedział, że jeśli zrobimy to dobrze, uratujemy świat.
Zamknięcie cieśniny odcięło około 20% światowych dostaw ropy naftowej, co spowodowało niepokój prezesów firm energetycznych. W połowie marca sekretarz ds. energii Chris Wright pojawił się na posiedzeniu zarządu Amerykańskiego Instytutu Naftowego (American Petroleum Institute), głównej grupy lobbingowej przemysłu naftowego, i powiedział, że wojna zakończy się w ciągu kilku tygodni, według osób obecnych na spotkaniu. Przywódcy energetyczni obawiali się, że wojna podniesie ceny znacznie bardziej, niż Biały Dom zdawał się to dostrzegać, jeśli Trump będzie kontynuował eskalację, zgodną z jego retoryką - twierdzą osoby zaznajomione ze sprawą.
Trump wahał się, jak twierdzą osoby z jego otoczenia, między rozważaniem ekonomicznych obaw podczas rozmów z doradcami (w tym z Wrightem i sekretarzem skarbu Scottem Bessentem) a twierdzeniem, że zamierza kontynuować wojnę. Powiedział doradcom, że muszą obserwować rynki, a jego słowa często rynkami poruszały.
Trump jednak szybko zaczął rozważać, jak działania militarne mogą przerodzić się w katastrofę.
Przemawiając do republikańskich prawodawców w Doral na Florydzie, nieco ponad tydzień po rozpoczęciu wojny, Trump wymienił nazwiska demokratycznych prezydentów, którzy nadzorowali katastrofy w polityce zagranicznej, w tym wycofanie wojsk z Afganistanu za prezydentury Joe Bidena. Następnie skupił się na nieudanej próbie Cartera, mającej na celu uwolnienie amerykańskich zakładników przetrzymywanych przez ten sam irański reżim, który własnie bombardował.
Kraje europejskie i sojusz NATO odmówiły przyłączenia się do kampanii Trumpa przeciwko Iranowi i pomocy w siłowym otwarciu cieśniny, co często spotykało się z gniewem Trumpa.
Rozgniewał się na brytyjskiego premiera Keira Starmera za to, że zwlekał z zezwoleniem siłom zbrojnym USA na korzystanie z brytyjskich baz i szyderczo kpił z prezydenta Francji, nazywając go "Emmanuelem”, przeciągając sylaby z przesadnym francuskim akcentem, podczas spotkań w Białym Domu, po tym jak obaj spierali się zarówno o wojnę, jak i o żonę Emmanuela Macrona. Kiedy sekretarz generalny NATO Mark Rutte przybył do Waszyngtonu na początku kwietnia na wcześniej zaplanowane spotkanie, Trump powiedział później swoim urzędnikom, że była to w dużej mierze strata czasu. Rutte nie był w stanie zmusić członków NATO do pomocy.
Cieśnina była źródłem szczególnej frustracji. Zanim Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę, Trump powiedział swojej ekipie, że rząd Iranu prawdopodobnie skapituluje przed zamknięciem cieśniny i że nawet gdyby Teheran próbował, wojsko amerykańskie mogłoby sobie z tym poradzić. Niektórzy doradcy prezydenta byli zaskoczeni, że ruch tankowców tak szybko ustał po rozpoczęciu bombardowania.
Od tamtej pory Trump z podziwem przyglądał się łatwości, z jaką zamknięto cieśninę. Facet z dronem może ją zamknąć, powiedział Trump ludziom, wyrażając spóźnioną irytację, że kluczowy szlak wodny jest tak wrażliwy. Publicznie wahał się między żądaniem wsparcia sojuszników w jego otwarciu a twierdzeniem, że Stany Zjednoczone nie potrzebują ani nie chcą pomocy wojskowej.
Pod koniec marca – około tydzień przed zestrzeleniem samolotu przez Irańczyków – Trump nakazał swojemu zespołowi negocjacyjnemu znalezienie sposobu na rozpoczęcie rozmów. Na początku kwietnia cena benzyny wzrosła o ponad 1 dolara za galon, a liderzy branży obawiali się, że rynek nadal nie wycenił odpowiednio ryzyka, jakie wojna stanowiła dla dostaw ropy. Prezydent, dzięki swojej sile charakteru, skutecznie obniżał ceny ropy, ale rzeczywistość wkrótce miała nadejść. Powiedziano im jednak, że Trump jest gotów ponieść polityczne konsekwencje wyższych cen przez krótki okres.
Sprzeczne impulsy prezydenta, ujawniające się w porannych wpisach, niepokoiły jego współpracowników, którzy coraz bardziej obawiali się, że wojna staje się politycznym ciężarem. Odbierał liczne telefony od dziennikarzy, mówiąc portalowi Axios, że w Iranie "praktycznie nie ma już czego atakować”, oraz skarżąc się włoskiej gazecie na swoją dawną przyjaciółkę, premier Włoch Giorgię Meloni. W wielkanocnym wywiadzie dla "Journal” stwierdził, że mógłby uderzyć w "każdą elektrownię” w Iranie. Oznaczałoby to atak na infrastrukturę cywilną i mogłoby naruszać międzynarodowe prawo dotyczące zbrodni wojennych.
Najbliżsi współpracownicy Trumpa na zmianę przekonywali prezydenta, by ograniczył improwizowane wywiady. Utwierdzały one opinię publiczną w przekonaniu, że wysyła sprzeczne sygnały. Czasami Trump żartował z Leavitt, że rozmawiał z dziennikarzem i wywołał wielkie poruszenie, ale będzie musiała poczekać, by dowiedzieć się, o co chodzi. Na pewien czas zgodził się je ograniczyć, lecz wkrótce do nich wrócił.
Niektórzy doradcy namawiali go do wygłoszenia orędzia do narodu. Szefowa personelu Białego Domu, Susie Wiles, uważała, że to uspokoi kraj, dając do zrozumienia, że Trump ma plan. Początkowo nie był zainteresowany. Co powie? Nie mógł ogłosić zwycięstwa. Nie wiedział, dokąd to prowadzi. Ostatecznie namówiono go do wygłoszenia przemówienia 1 kwietnia, a salę wypełnili asystenci i zewnętrzni doradcy, mając nadzieję, że go zachęcą.
Stany Zjednoczone odniosły sukces na polu bitwy, a ich cele militarne zostaną osiągnięte "wkrótce”, powiedział sceptycznym Amerykanom. Przemówienie, które nie wyjaśniło, jak Stany Zjednoczone wyjdą z wojny, nie zwiększyło poparcia społecznego.
Ratunek minuta po minucie
Powtarzające się kryzysy wywołane wojną doprowadziły do gorączkowych działań wewnątrz administracji.
Przez 24 godziny podczas weekendu wielkanocnego zespół Trumpa łączył się z Situation Room: wiceprezydent JD Vance z Camp David, a Wiles ze swojego domu na Florydzie. Otrzymywali niemal minutowe raporty z postępów. O wkroczeniu wojska do Iranu, o samolotach ratunkowych grzęznących w piasku, o próbach odwrócenia uwagi Irańczyków. Ostatniego lotnika nazywali kryptonimem.
Trump nie brał udziału w spotkaniu, ale otrzymywał aktualizacje telefonicznie. Po późniejszej groźbie Trumpa o zniszczeniu irańskiej cywilizacji urzędnicy Białego Domu rozmawiali z partnerami z Pakistanu o mediowaniu zawieszenia broni. Trump był zbyt rozgniewany na Europejczyków, by którykolwiek z nich mógł pełnić tę rolę - powiedzieli urzędnicy administracji.
Gdy świat czekał na wyznaczony przez prezydenta termin godziny 20:00, Trump przerzucał się między tematami - mówili doradcy. Rozmawiał z urzędnikami o poparciu w wyborach stanowych w Indianie. Jego zespół przygotowywał się do wyborów połówkowych. Słuchał urzędników mówiących o kryptowalutach i polityce sztucznej inteligencji.
Pytał również Wiles oraz Steve’a Witkoffa, głównego negocjatora USA z Iranem, o sytuację. "Doprowadźcie ich do porozumienia” - powtarzał Witkoffowi. Obawy Białego Domu dotyczące zagrożeń bezpieczeństwa wzrosły - mówili doradcy.
Na przykład w ostatnich tygodniach Trump i jego zespół zauważyli wzmożone środki bezpieczeństwa. W bezchmurną kwietniową noc w Mar-a-Lago, wszystkie parasole stały na patio w nietypowym układzie, relacjonowali goście. Członkowie klubu zostali poinformowani, że podjęto działania mające na celu ograniczenie widoczności dronów, powiedział jeden z członków klubu Mar-a-Lago.
Rubio opowiedział innym o tym, jak stał przed swoim domem w kompleksie wojskowym, w którym mieszka, i obserwował podejrzanego drona. Zespoły ochrony Secret Service zostały powiększone i wyposażone w broń, której urzędnicy Białego Domu nigdy wcześniej nie widzieli.
Pomimo napiętych momentów, Trump powiedział również doradcom, że chce rozmawiać na inne tematy i zobaczyć, jak media skupiają się na innych kwestiach. Kiedy goście pojawili się na spotkaniu z przedstawicielami Centrum Kennedy'ego w marcu, prezydent wziął niektórych z nich na stronę, aby porozmawiać o sali balowej, którą buduje na terenie Białego Domu. Wyciągnięto rysunki przedstawiające dużą dziurę w ziemi. Był zdumiony, ile rzeczy można pod nią zbudować. Doradcy powiedzieli, że odbywa kilka spotkań w tygodniu na ten temat i postrzega siebie jako generalnego wykonawcę.
Myślał też o zbiórce funduszy na wybory połówkowe. Kilka godzin po rozpoczęciu wojny, w ostatnią sobotę lutego, był na zbiórce funduszy w Mar-a-Lago. Kiedy część personelu zapytała, czy powinni ją odwołać, Trump powiedział, że i tak będzie musiał zjeść kolację.
Podczas innego spotkania, po groźbie zniszczenia irańskiej cywilizacji, Trump stał w Białym Domu z darczyńcami i najwyższymi współpracownikami na przyjęciu poprzedzającym obchody 250-lecia Ameryki tego lata. Zastanawiał się, czy przyznać sobie najwyższe odznaczenie wojskowe - Medal Honoru, przyznawany za odwagę, męstwo i poświęcenie - według osób obecnych na przyjęciu.
Opowiedział następnie historię o tym, dlaczego, jak twierdził, na to zasłużył: W swojej pierwszej kadencji, gdy leciał do Iraku z niespodziewaną świąteczną wizytą u żołnierzy, jego odrzutowiec zniżył lot w ciemności, kierując się na nieoświetlony pas startowy. Dramatycznie odliczał kroki do lądowania i wspominał, jak bardzo się bał. Piloci, jak powiedział, nieustannie go uspokajali i wylądowali bezpiecznie.
Nie mógł otrzymać medalu, gdyż radca prawny Białego Domu David Warrington, który stał nieopodal na uroczystości, nie wyraził na to zgody.
Leavitt, rzeczniczka Białego Domu, powiedziała, że żartował.