Dlaczego populizm Trumpa poniósł porażkę - Ryan McMaken, Mises Wire, 22.04.2026.
Donald Trump kandydował na urząd prezydenta jako populista i wygrał jako populista. Wszyscy "zwyczajowi podejrzani” (usual suspects) - tacy jak Hillary Clinton - potępiali go jako populistę. Polityczny podręcznik, którym posługiwała się jego kampania, serwował wyborcom typowo populistyczne hasła. To znaczy: Trump obiecywał służyć "zwykłym ludziom”, walcząc z klasą rządzącą, "osuszając bagno”, karząc skorumpowanych, kończąc rządowy system uprzywilejowania i ogólnie rzucając klucz w tryby maszyny wyzysku klasy rządzącej. Jednak teraz, gdy do końca kadencji Trumpa pozostały jeszcze prawie trzy lata, jest całkiem jasne, że Trump nie zrobi nic, co mogłoby faktycznie pokrzyżować plany rządzącej elicie.
Pomijając częściowe zwycięstwo w kwestii imigracji (a odłożył tę sprawę na dalszy plan, by skupić się na swojej polityce "Izrael przede wszystkim”), Trump poniósł porażkę we wszystkich pozostałych sprawach. Mówię "porażkę”, gdyż jest to porażka z punktu widzenia tych, którzy pragnęli znaczącej zmiany w sposobie, w jaki Waszyngton zarządza swoją "farmą podatkową” znaną jako "Ameryka”. Porażkę tę widać w tym, że wydatki rządowe są wyższe niż kiedykolwiek, polityka pieniężna jest jak zwykle inflacyjna, a nie wprowadzono żadnych znaczących zmian legislacyjnych, które choćby w najmniejszym stopniu utrudniałyby życie rządzącym elitom. Trump albo nie chciał, albo nie był w stanie przełożyć swojego sukcesu wyborczego z 2024 roku na jakikolwiek trwały program legislacyjny. Zamiast tego Trump zdecydował się pójść na łatwiznę i rządzić dekretami, co oznacza, że jego zmiany zostaną łatwo cofnięte kilka minut po zaprzysiężeniu jego następcy (który prawie na pewno będzie demokratą). Co więcej, podczas gdy Trump pracuje nad rozszerzeniem prerogatyw prezydenta, następny demokrata przejmie rząd federalny, który będzie jeszcze potężniejszy niż w momencie objęcia urzędu przez Trumpa.
W rezultacie prezydentura Trumpa jest ogromnym sukcesem z perspektywy rządzących elit, które faktycznie kontrolują rząd USA. Kim są te elity? To połączona grupa urzędników rządowych i grup interesów, które wykorzystują wzajemnie korzystną sieć relacji klient-patron, aby zapewnić ciągły przepływ zasobów od ogółu społeczeństwa (podatników) do rządzących elit.
W ujęciu instytucjonalnym elity rządzące obejmują stały rząd – tj. "państwo administracyjne” (administrative state) lub "głęboki państwo” (deep state) – po stronie "patronów”. Po stronie "klientów” znajdują się kluczowe grupy interesów, takie jak kontrahenci wojskowi, związki zawodowe, Izrael, firmy technologiczne z Doliny Krzemowej, duże fundacje "charytatywne”, duże instytucje finansowe i inne. Z perspektywy tej sieci polityka partyjna jest w dużej mierze nieistotna, gdyż żadna z partii nie stanowi znaczącego zagrożenia dla żadnego z tych interesów. Tylko w przypadku ogromnej zmiany w opinii publicznej – i gdy część sieci rządzącej stanie się politycznie "radioaktywna" – jedna lub więcej partii zacznie odcinać jedną lub więcej ugruntowanych grup interesów od finansowanych przez podatników zasobów. Należy jednak zauważyć, że nie zagraża to ogólnie elitom rządzącym. Zmienia to po prostu skład elit kontrolujących reżim.
Obecnie nie ulega wątpliwości, że elity rządzące zwyciężyły nad wszelkimi siłami populizmu, które mogłyby stanowić zagrożenie dla status quo za rządów Trumpa. W końcu Trump przybył do Waszyngtonu, obiecując realizację populistycznego programu skierowanego przeciwko "głębokiemu państwu”. Jednak już po około 90 dniach jego administracja przekształciła się w typową prezydenturę popierającą establishment, która podwoiła wysiłki na rzecz wspierania wszystkich zwyczajowych grup interesów sprzyjających establishmentowi. Wzywa on do historycznie ogromnego wzrostu wydatków na kompleks militarno-przemysłowy. Ma to na celu przekupienie wielu grup interesów, takich jak "państwo inwigilacyjne" (surveillance state), które wzbogaca miliarderów pokroju Petera Thiela. Chce on ogromnych nowych programów budżetowych dla dostawców broni, takich jak Raytheon. Opowiada się za odnowieniem państwa szpiegowskiego skupionego wokół FISA (Foreign Intelligence Surveillance Act). Promuje niekończącą się wojnę na korzyść państwa Izrael, być może najpotężniejszej grupy interesów w Waszyngtonie. Rezerwa Federalna jest tak potężna jak zawsze, a Trump domaga się co najmniej tak samo inflacyjnej polityki łatwego pieniądza, jak trzej poprzedni prezydenci, z których wszyscy byli rozrzutni, jeśli chodzi o politykę monetarną i fiskalną.
Oczywiście, niektóre strategie "wojny kulturowej” uległy zmianie. W kwestiach takich jak aborcja i federalne finansowanie najbardziej propagandowych programów LGBT, wprowadzono kilka korekt w polityce federalnej. Jednak polityka wojny kulturowej zawsze była jedynie dodatkiem dla elit rządzących. Wojna kulturowa stworzyła iluzję, że władza polityczna faktycznie przechodzi z rąk do rąk w każdym cyklu wyborczym. W rzeczywistości partyjne spory w wojnie kulturowej nie stanowią zagrożenia dla systemu, który zapewnia ciągłe wykorzystywanie podatników przez "stały rząd" (permanent government) i grupy interesów. Nominacje sędziowskie zapewniają elitom rządzącym podobną ochronę. To znaczy, Demokraci i Republikanie mianują sędziów o różnym profilu, ale sędziowie federalni, którzy są dosłownie pracownikami rządu federalnego, niemal z definicji nigdy nie będą wydawać orzeczeń, które delegitymizują lub fundamentalnie kwestionują zdolność rządu federalnego do swobodnego działania i łatwego dostępu do środków podatników. Pod tym względem (i pod każdym innym) nominacje sędziowskie Trumpa są dokładnie tym, czego oczekiwalibyśmy od każdej administracji republikańskiej.
Nie ulega wątpliwości, że obecna fala populizmu w stylu Trumpa jest całkowitą porażką, a skala tej porażki będzie stawać się coraz bardziej widoczna wraz z upływem czasu. Sprowadziła się ona w zasadzie jedynie do dalszego wzmocnienia władzy wykonawczej, tak aby w przyszłości obie partie polityczne mogły z niej pełniej i łatwiej korzystać we współpracy z rządzącymi elitami.
Co więcej, kontrola elit nad systemem wyborczym – poprzez procesy nominacji partyjnych i ograniczenia prawne dotyczące partii trzecich – pokazuje jeden z powodów, dla których ten rodzaj populizmu nie ma szans na sukces w krótkim okresie. Partie po prostu nie zamierzają nominować i wystawiać kandydata, który byłby prawdziwie antyreżimowy. Żaden masowy ruch populistyczny nie uzyska kandydata, który nie zostanie uznany za co najmniej znośnego przez tych, którzy decydują o partyjnych nominacjach.
Ale populizm w stylu Trumpa nie ma szans na sukces w dłuższej perspektywie. Dzieje się tak, bo jest on w istocie populizmem proreżimowym, a zatem zasadniczo utrwala status quo. Ten styl populizmu zakłada, że demokracja "działa”, że status quo prawne ram reżimu jest dobry, a rząd federalny powinien pozostać "zjednoczony”, nienaruszony i generalnie silny. Oznacza to, że w tym toku myślenia błędem jest chęć demontażu rządu federalnego lub opowiadanie się za jego "ograniczoną władzą”. Ten typ populizmu mówi nam raczej, że centralizacja władzy i jej zwiększanie to dobry pomysł – a prawdziwym celem jest po prostu sprawowanie tej władzy.
W jednej z odmian tej teorii - preferowanej przez paleokonserwatystę Sama Francisa - zakłada się, że wystarczy, by wystarczająca liczba rozgniewanych Amerykanów z klasy robotniczej i obszarów wiejskich zagłosowała za przywróceniem dawnych "dobrych czasów", a wtedy rządząca elita podda się i przekaże stery rządu federalnego nowo wybranym figurantom.
Cóż, ta wizja zwycięstwa wyborczego klasy robotniczej zasadniczo spełniła się w 2024 roku. Zwycięska koalicja Trumpa opierała się w dużej mierze na mężczyznach z "klasy robotniczej” bez wyższego wykształcenia, zwłaszcza na obszarach wiejskich. Plan Francisa zadziałał, a ci tak zwani "radykałowie ze środkowej Ameryki” odnieśli ogólnokrajowe zwycięstwo. I nic z tego nie wyszło. Jeśli już, to przekształciło się w militarystyczny reżim typu "Izrael na pierwszym miejscu, Ameryka na ostatnim”, który obecnie w przeważającej mierze koncentruje się na bezsensownych wojnach na Bliskim Wschodzie, podczas gdy głębokie państwo pozostaje w pełni u władzy. Wydatki federalne rosną, państwo inwigilacyjne jest silniejsze niż kiedykolwiek, a reżim będzie tylko znacznie potężniejszy i gotowy do użycia przeciwko ludziom, którzy głosowali na Trumpa. W planie Francisa kluczowe znaczenie ma silna władza federalna, aby konserwatyści mogli ją wykorzystać do przeprowadzenia pewnego rodzaju rewolucji zatwierdzonej przez wyborców. Ale ten plan zadziała tylko wtedy, gdy ci "dobrzy” będą nadal wygrywać wybory. A to się nie wydarzy.
W rzeczywistości te same elity rządzące, które sprawowały władzę przed zaprzysiężeniem Trumpa, pozostają dziś mocno u władzy. I będą ją sprawować również za rządów obecnej administracji.
Problem z tego rodzaju populizmem nie polega na tym, że jest on beznadziejnie naiwny w kwestii funkcjonowania elit rządzących i demokracji. Głównym problemem jest to, że jest to populizm zasadniczo sprzyjający reżimowi. Oczywiście, tego typu populiści będą narzekać, że rząd federalny jest "zbyt rozbudowany”, "skorumpowany” lub w inny sposób działa nieprawidłowo. Jednak skargi te rzadko osiągają poziom kwestionowania fundamentalnej użyteczności reżimu lub jego legitymizacji. Na każdą skargę dotyczącą skorumpowanego charakteru reżimu populiści ci będą powtarzać oklepane frazesy o potrzebie "jedności” i "przywrócenia zaufania do Ameryki”. Co więcej, każdy, kto faktycznie sprzeciwia się reżimowi i wzywa do jego likwidacji, jest piętnowany jako "nienawidzący Ameryki”.
Dla tych populistów jednak "nienawidzenie Ameryki” jest po prostu synonimem nienawidzenia reżimu. I to właśnie dlatego ten rodzaj populizmu nigdy nie przyniesie nic dobrego. Jest on zasadniczo przeciwny jakiejkolwiek radykalnej opozycji wobec reżimu. W oczach tego rodzaju populistów nienawiść do reżimu jest czymś złym. Sprzeciw wobec państwa amerykańskiego jest dopuszczalny tylko wtedy, gdy zarzuty nie osiągają poziomu rzeczywistej chęci jego likwidacji – na przykład poprzez secesję. Zamiast tego ten rodzaj populizmu ma romantyczny charakter, licząc na wyimaginowany przyszły "złoty wiek" dobrych rządów tego samego reżimu i elity rządzącej, które systematycznie niszczyły to, za czym tęsknią populiści.
Ta niechęć do rzeczywistego sprzeciwu wobec państwa i jego władzy jest przewidywalna u ludzi, którzy wyobrażają sobie, że pewnego dnia będą sprawować władzę państwową, aby służyć swoim populistycznym celom. Po co sprzeciwiać się władzy państwowej, skoro tak naprawdę chcesz ją przejąć dla siebie? Nie jest to bynajmniej nowość obserwowalna u współczesnych amerykańskich populistów. Podobną postawę możemy dostrzec u burżuazyjnych zwolenników rewolucji francuskiej. Jednym z wyjaśnień, dlaczego rewolucja doprowadziła jedynie do niekontrolowanej ekspansji władzy państwowej, jest to, że burżuazyjna klasa średnia nie popierała rewolucji przede wszystkim w celu ograniczenia władzy państwa centralnego. Zgodnie z tym poglądem głównym interesem burżuazji było po prostu otwarcie dla niej niezliczonych stanowisk rządowych francuskiego reżimu oraz jego systemu patronatu. Wcześniej te lukratywne korzyści były dostępne wyłącznie dla szlachty, duchowieństwa i innych uprzywilejowanych grup społecznych.
Z drugiej strony, jeśli celem jest obalenie władzy reżimu, jedynym realnym rozwiązaniem jest całkowita opozycja wobec reżimu i stojących za nim elit rządzących. Prawdziwa opozycja oznacza przynajmniej odmowę uznania reżimu za legalny oraz brak pokładania nadziei na zmianę w preferowanych przez reżim, kontrolowanych przez państwo formach uczestnictwa politycznego, takich jak głosowanie. Prawdziwy sprzeciw wobec państwa oznacza popieranie demontażu i rozbicia aparatu państwowego na mniejsze części. Tylko dzięki tej metodzie "władza może kontrolować władzę" poprzez tworzenie nowych, mniejszych państw na bazie tego starego. Pozwala to na stworzenie kontr-elit i instytucji rządowych poza status quo, znajdującego się pod kontrolą elit. Prawdziwa opozycja oznacza porzucenie zwykłej propagandy reżimu, która opiera się na wezwaniach do "jedności narodowej”, "miłości do Ameryki” i "rządów prawa”.
To właśnie tu toczy się prawdziwa bitwa idei. Prawdziwa bitwa polega na obnażeniu amerykańskiego państwa takim, jakim jest: nielegalnym, skorumpowanym, nie do uratowania, niemoralnym i zdecydowanie zbyt rozrośniętym. To pociągnie za sobą nieustanne apele o rozczłonkowanie "państwa reżimowego" na części składowe, municypalizację kraju, decentralizację jego potęgi militarnej oraz obalenia mitu, że władza państwowa może służyć "dobru”. Stanowi to kontrast z letnimi, bezpiecznymi apelami o zjednoczoną Amerykę – którą ma wprowadzić kolejna grupa populistów w stylu Trumpa, którzy "zagłosują mocniej” i jakimś sposobem odniosą sukces tam, gdzie dzisiejsi populiści Trumpa ponieśli tak sromotną porażkę. Obecny styl pro-reżimowego populizmu jedynie utrwala status quo, a właśnie to podoba się rządzącym elitom.