Fukuyama się mylił. Historia się nie skończyła - Thiago V. S. Coelho, Mises Institute, 6.05.2026.
Słynny zakład Francisa Fukuyamy nie polegał na tym, że wydarzenia się zatrzymają, lecz na tym, że zachodnia liberalna demokracja wyłoniła się jako punkt kulminacyjny ideologicznej ewolucji ludzkości i ostateczna forma rządów. Teza ta zawsze niosła ze sobą posmak triumfalistycznego zmęczenia. Zimna wojna dobiegła końca, sowiecka alternatywa upadła, a "menedżerskie państwo" narodowe świata atlantyckiego przedstawiało się jako dojrzała forma historii. Jednak porażka jednego potwornego rywala nigdy nie dowiodła, że nie ma już lepszego porządku politycznego do odkrycia. Dowiodła jedynie, że dyktatura marksizmu-leninizmu to ślepa uliczka.
Z perspektywy libertariańskiej prawdziwy błąd jest subtelniejszy niż zwykła nadmierna pewność siebie. Fukuyama pomylił ważne zwycięstwo liberałów z dopełnieniem liberalizmu. Murray Rothbard w swojej książce "Left and Right: The Prospects for Liberty” potraktował klasyczny liberalizm nie jako centrową ostoję, lecz jako radykalną siłę historyczną, atakującą monarchię, kastę, merkantylizm i wojnę. Liberalizm był partią postępu, bo zburzył stary porządek. Poszerzył przestrzeń dla kontraktu społecznego, mobilności, pokoju i wzrostu poziomu życia. Jeśli tak właśnie przedstawiał się liberalizm w najlepszym wydaniu, to nie ma sensu traktować współczesnego państwa – wciąż monopolistycznego, wciąż wyzyskującego, wciąż zorganizowanego wokół przymusu – jako ostatecznego celu liberalnego projektu, a nie kolejnego przystanku między hierarchią a wolnością.
Jason Lee Byas zbliża się do prawdy, opisując libertarianizm jako "radykalny liberalizm”. Jego zdaniem liberalizm, w swoim poważnym znaczeniu, bierze początek z wiary w pokojową, przynoszącą wynik dodatni współpracę oraz ze strachu przed wpływem władzy na relacje międzyludzkie. Rzeczywiste interesy ludzi mogą się zgrać dzięki dobrowolnej wymianie i obywatelskim stowarzyszeniom. To dominacja burzy tę harmonię. Z tego powodu głównym wrogiem nie jest po prostu ten czy inny władca, partia czy ideologia, ale sama dominacja. Abstrakcyjna relacja społeczna, która przekształca współpracę w dowodzenie. Porządek polityczny, który wciąż opiera się na podatkach, przymusie granicznym, monopolu policyjnym i zalegalizowanym podporządkowaniu, może być łagodniejszy niż despotyzm, ale nie jest ukoronowaniem historii. Wciąż jest przesiąknięty tą samą logiką, którą radykalny liberalizm ma przezwyciężyć.
Esej Nathan Goodman o anarchizmie jako radykalnym liberalizmie jeszcze bardziej wyostrza tę krytykę. Odwołując się do Don Lavoie, Goodman argumentuje, że demokracji nie należy redukować do okresowego głosowania nad aparatem przymusu. Demokracja to, bardziej fundamentalnie, otwartość: publiczna debata, krytyka, perswazja, ujawnianie informacji oraz rozproszona inteligencja społeczeństwa, któremu pozwala się swobodnie mówić i organizować. W tym sensie prawdziwa demokracja jest policentryczna, a nie monocentryczna. Żyje w działalności sygnalistów (whistleblowers), dziennikarstwie śledczym, protestach, wzajemnej pomocy i nieplanowanych interakcjach obywateli. A nie tylko w głosach wyborczych oddawanych na urzędników, którzy następnie monopolizują stanowienie prawa i użycie siły. Jeśli to prawda, to współczesna liberalna demokracja wyraźnie nie jest końcem historii. Jest ciasnym, etatystycznym przybliżeniem czegoś znacznie bogatszego. Otwartego społeczeństwa, w którym głos polityczny i koordynacja społeczna są radykalnie zdecentralizowane.
Ma to znaczenie, albowiem rzeczywiste liberalne demokracje nie są jedynie neutralnymi ramami wolności. Opis państwa autorstwa Rothbarda pozostaje druzgocący. Państwo jest drapieżne, żyje nie z produkcji, lecz z wywłaszczenia, i przetrwa, przekonując opinię publiczną do mylenia jego interesów z własnymi. Analiza faszyzmu autorstwa Rodericka T. Longa dodaje kolejne ostrzeżenie. Współczesne systemy polityczne nie poruszają się wyłącznie między wolnością a jawnym totalitaryzmem. Popadają również w korporacyjne hybrydy, w których nominalnie prywatny majątek zostaje wpleciony w państwowy przywilej poprzez kartelizację i partnerstwa publiczno-prywatne. Gdy dostrzeże się tę tendencję, domniemana ostateczność liberalnej demokracji zaczyna przypominać ideologiczny kamuflaż. System wyborów, na który nakłada się ekstrakcję, biurokrację, subsydia, monopol i przywileje, nie jest ostatnim słowem w rządzie. Jest to niestabilny kompromis ze starym, drapieżnym porządkiem.
Richard M. Ebeling, objaśniając poglądy Ludwiga von Misesa, wskazuje na lepszy standard oceny instytucji. Właściwym kryterium nie jest to, czy dany reżim nazywa siebie demokratycznym, konstytucyjnym czy nowoczesnym. Pytanie brzmi, czy sprzyja on pokojowej społecznej współpracy. Liberalizm Misesa, tak jak przedstawia go Ebeling, traktuje podział pracy, własność prywatną, handel i wolność wyboru jako podstawę cywilizacji, ponieważ przekształcają one potencjalnych antagonistów w kolaborantów. Zgodnie z tym standardem lepsze formy polityczne pozostają nie tylko możliwe, ale wręcz pilnie potrzebne. Bardziej zdecentralizowane prawo, więcej dobrowolnych świadczeń, silniejsza wolność zrzeszania się, swobodniejsza migracja, mniej militaryzmu i instytucje, które dają ludziom więcej przestrzeni do rozwiązywania problemów bez proszenia o zgodę suwerennego centrum. Argument libertariański nie głosi, że liberalna demokracja była bezwartościowa. Chodzi o to, że pokojową współpracę można zinstytucjonalizować pełniej, niż pozwala na to państwo narodowe.
Étienne de La Boétie w swoim klasycznym dziele "Rozprawa o dobrowolnej niewoli” podaje ostatni powód, dla którego Fukuyama był przedwczesny. Władza jest mniej trwała, niż się wydaje. Państwa trwają, ponieważ ludzie im ulegają, internalizują je, słuchają i je powielają. Cofnięcie tej zgody sprawia, że potężna struktura nagle staje się krucha. Byas porusza pokrewny temat, twierdząc, że wrogiem nie jest trwała klasa potępionych osób, lecz chory sposób wzajemnych relacji. Oznacza to, że historia nie może się skończyć, dopóki ludzie będą zdolni do odrzucenia bezprawnej władzy i budowania bardziej wolnych alternatyw. Przyszłość jest wciąż otwarta. Podporządkowanie nie jest prawem natury. Jest nawykiem, wspieranym przez instytucje, który można podważyć, wykorzenić i zastąpić.
A zatem Fukuyama nie miał racji co do końca historii. Miał rację, że liberalizm pokonał potężnych wrogów. Mylił się, zakładając, że biurokratyczne, terytorialne, zdolne do wojny państwo, które przetrwało tę walkę, stało się zatem niezrównaną formą życia politycznego. Libertariańska odpowiedź nie jest nostalgią za monarchią, nie jest romantyzmem za dyktaturą, ani obojętnością wobec liberalnych zdobyczy. To żądanie radykalizacji tych zdobyczy. Pytanie, jak wyglądałyby wolność, demokracja i współpraca, gdyby nie były już ograniczone monopolistycznym rządem. Historia się nie skończyła. Ludzie nadal są zdolni odkrywać instytucje mniej przymusowe, bardziej otwarte i bardziej cywilizowane niż państwa, które dziś uzurpują sobie prawo do rządzenia nimi.