Pamiętaj: w kryzysie każdy będzie uważał się za "tych dobrych” - Charles Hugh Smith, OfTwoMinds, 14.05.2026.
Wkraczamy w epokę, w której w obliczu ostatecznej próby nieporuszalne przeszkody zderzą się z siłami nie do powstrzymania. Wszelkiego rodzaju prawdy i złudzenia zostaną zmiecione z powierzchni ziemi, gdy odkładanie problemów na później (kicking the can down the road) przerodzi się w desperacką walkę o uniknięcie upadku. Walkę, która wywoła skutki drugiego rzędu, których zdesperowani nie przewidzieli. Jedyne możliwe reakcje na tym późnym etapie są jeszcze bardziej desperackie, więc desperacja sama się napędza.
Poprzednie epoki desperacji instytucjonalno-państwowej to: 1) Wielki Kryzys lat 30., 2) kryzys paliwowy z lat 1973–1974 oraz 3) inflacyjna recesja z lat 1980–1982. Desperacja w latach 30. była naprawdę poważna. Zakaz prywatnego posiadania złota poza kolekcjonowaniem monet, próby przebudowy Sądu Najwyższego, jeden nowy program federalny po drugim, cięcia wynagrodzeń pracowników miejskich (aby utrzymać zatrudnienie jak największej liczby osób, na ile pozwalały kurczące się dochody) i tak dalej.
Desperacja lat 70. i 80. była relatywnie węższa, ale w tamtym czasie wydawała się poważna. Racjonowanie paliwa i kontrola płac i cen w latach 70. Następnie gwałtowny wzrost rentowności obligacji i stóp procentowych na początku lat 80., który wywołał miliony zwolnień w sektorach wrażliwych na stopy procentowe, takich jak motoryzacja i budownictwo mieszkaniowe.
Twarde polityki lat 70. i 80. zadziałały i były relatywnie krótkotrwałe. Kryzysy trwały około dwóch lat, po czym sytuacja wracała do normy.
Twarde polityki lat 30. nie zadziałały, a desperacja przekształciła się w rozpacz. Oficjalny optymizm nadal był podtrzymywany, ale z biegiem dekady brzmiał coraz bardziej fałszywie.
Biorąc pod uwagę współczesny splot sił dezintegrujących, czyli wzajemnie wzmacniający się polikryzys, nadzieje na krótkotrwałą recesję i szybki powrót do "wzrostu” mogą okazać się płonne. Jeśli inflacja i niedobory się nasilą, standardowe sztuczki – obniżenie stóp procentowych do zera, zalanie sektora finansowego kredytami/płynnością, większanie federalnych "kiełbasianych” wydatków itd. – nie tylko zawiodą, ale okażą się kontrproduktywne, napędzając siły inflacyjne nie w aktywach, które wzbogacają, ale w realnych dobrach i usługach, które zubożają.
Rozmiar państwa federalnego (oraz rządów stanowych i lokalnych) był w latach 30. stosunkowo niewielki w porównaniu z dzisiejszym. 36% PKB w USA (23% federalne, 13% stanowe/lokalne), a w wielu krajach rozwiniętych znacznie więcej. Warto zauważyć, że w recesji PKB spada, a wydatki państwa mają tendencję do wzrostu, aby kompensować kurczenie się wydatków sektora prywatnego. Ten wskaźnik może więc bardzo szybko rosnąć.
W pewnym sensie mało kto kwestionuje, że państwo jest narodem. Naród definiuje się poprzez strukturę prawną państwa i jego zdolność do egzekwowania tej struktury. Jeśli państwo upadnie, naród znajdzie się w opłakanym stanie.
Jeśli finanse państwa wejdą w samonapędzającą się spiralę śmierci, desperacja szybko osiągnie poziom, w którym nic nie będzie wykluczone. Żadne ekstremum nie będzie zbyt ekstremalne. Typową samonapędzającą się spiralą śmierci jest kryzys walutowy, w którym waluta traci na wartości tak szybko, że wszyscy jej posiadacze chcą ją wymienić na inną formę wartości. Taka sprzedaż jest samonapędzająca.
To jednak nie wyczerpuje możliwości utraty stabilności finansów państwa, zarówno finansowej, jak i politycznej. Powolny kryzys może przekształcić się w gwałtowny kryzys, niczym lawina, na którą nikt nie jest przygotowany.
Państwa stoją przed nierozwiązywalnym dylematem: potężne interesy dominujące decyzje państwowe uznają wyższe podatki na korporacje, fundusze powiernicze, fundacje i bogatych za nieakceptowalne, podczas gdy społeczeństwo żyjące z państwowej hojności za nieakceptowalne uznaje głębokie cięcia.
Silnie działa "efekt świeżości" (recency bias): po dekadach "wzrostu” i rosnących wydatków państwa wszystko, co przypomina dyscyplinę lub poświęcenie, jest odrzucane jako zbędne. Dlaczego nie możemy po prostu kontynuować tego, co robiliśmy przez ostatnie 17 lat, gdzie aktywa gwałtownie rosną, a państwo wydaje coraz więcej z roku na rok?
Prowadzi to do iluzorycznego "rozwiązania” polegającego na odkładaniu problemów na później. Sztuczki polityki pieniężnej, fiskalne sztuczki, pozorne korekty polityczne przedstawiane jako "rozwiązania” itd. Ta magia może podtrzymywać iluzję stabilności przez lata, ale skoro każda taka sztuczka ostatecznie pogarsza problem, ten iluzoryczny "sposób” w rzeczywistości przyspiesza moment zderzenia, gdy wszyscy siadają przy uczcie konsekwencji.
Ci, którym powierzono zadanie ratowania finansów państwa przed załamaniem, będą postrzegać siebie jako absolutnie dobrych ludzi, którzy pracują nad ratowaniem kraju przed chciwymi pasożytami, spekulantami, finansistami i tymi, którzy gromadzą bogactwo zdobyte w czasach, gdy państwo mogło sobie pozwolić na hojność. Teraz, gdy sytuacja jest zagrożona, zabawa i gry się skończyły i musimy zrobić wszystko, co konieczne, aby uratować naród – czyli państwo.

Grafika powyżej pokazuje, że systemy nie upadają nagle, lecz najpierw stopniowo zużywają ukryte rezerwy stabilności ("bufory"), podczas gdy na powierzchni wszystko wygląda jeszcze normalnie. Buforami są między innymi zaufanie społeczne, stabilność finansowa, zdolność do absorbowania kryzysów i wiara w instytucje. Każdy kryzys nie niszczy systemu od razu, lecz zmusza go do zużywania części tych rezerw, aby utrzymać pozory stabilności. Dlatego widoczny poziom destabilizacji może być niewielki, mimo że realna odporność systemu gwałtownie spada. Okresy "odbicia” lub "powrotu do normalności” często nie odbudowują bufora, lecz zużywają jego ostatnie zasoby. W efekcie system może wyglądać stabilnie dokładnie wtedy, gdy staje się najbardziej kruchy. Punkt "We are here” oznacza fazę, w której struktura nadal działa, ale jest już bardzo podatna na kolejny wstrząs. Gdy bufor zostanie wyczerpany, nawet relatywnie niewielki kryzys może uruchomić gwałtowne i nieodwracalne załamanie. Od tego momentu system traci zdolność do samo-stabilizacji i przechodzi w fazę chaosu lub rozpadu. Główna teza brzmi. To nie pierwszy kryzys niszczy system, lecz długotrwałe wyczerpywanie jego ukrytej odporności.
Bogaci próbujący unikać nowych podatków będą uważać się za "tych dobrych". Ciężko pracowaliśmy na nasz majątek, tworzyliśmy miejsca pracy i innowacje, które przyniosły korzyści narodowi. Dlaczego mamy oddawać nasz ciężko zarobiony majątek skorumpowanemu, rozrzutnemu państwu?
Na niższych szczeblach gospodarki ci unikający podatków również będą się uważać za "tych dobrych”. Po prostu próbuję utrzymać rodzinę, a to bogaci powinni ponosić koszty, bo mają już wystarczająco dużo.
Ci egzekwujący wywłaszczenia oraz podatki rozwiną wewnętrzną spójność i esprit de corps typu "my kontra oni” - ostatecznych "dobrych”, którzy muszą znosić obie grupy chciwych pasożytów. Pasożytów żerujących na państwie i pasożytów unikających obowiązku obywatelskiego. Ich tolerancja dla samozwańczych "dobrych ludzi” protestujących przeciwko cięciom wydatków i podwyżkom podatków będzie początkowo niska, a potem jeszcze niższa.
Państwo ma dwa monopole, które musi chronić za wszelką cenę. Monopol na określanie prawnego środka płatniczego i monopol na przemoc. Gdy więc NSA (National Security Agency) otrzymuje zadanie wyłapywania przestępców oszukujących państwo, milionerów unikających podatków, a inne agencje federalne zajmują się sprowadzaniem z powrotem tych, którzy uciekli za granicę, są oni awangardą "dobrych ludzi”, próbujących uratować naród przed terminalnym rozkładem społeczeństwa, które utraciło poczucie obywatelskiego obowiązku wymagającego poświęcenia i oszczędności.
Jeśli dojdzie do ostateczności, żadna opcja nie będzie wykluczona. Będzie za późno, by narzekać, że jesteśmy jednymi z "tych dobrych". Pieniądze od państwa przestaną płynąć, a skrytki depozytowe i zagraniczne konta zostaną otwarte siłą. W miarę jak narastają krzyki rozpaczy, żądania zamknięcia rajów podatkowych dla super-bogatych sięgną zenitu, a ktokolwiek będzie odpowiedzialny za ratowanie kraju, będzie miał plan, który odwróci porządek i priorytety bogactwa i władzy.
Super-bogaci są bezpieczni, dopóki nie zostaną uznani za kluczową przeszkodę w ratowaniu państwa. Obecnie nikt nie uważa, że może dojść do sytuacji, w której nic nie będzie wykluczone w zakresie użycia siły. Państwa, które zbyt długo zwlekają, odkrywają, że ich zdolność użycia siły jest niewystarczająca do uratowania państwa, a to będzie coraz bardziej ciążyć tym, którzy mają obowiązek chronić państwo przed finansowym upadkiem.
Ironia polega na tym, że siły chroniące własne interesy poprzez odkładanie problemów na później przyspieszają zderzenie nieruchomych obiektów z niepowstrzymanymi siłami. Ci, którzy uważają, że poradzą sobie dobrze w razie upadku państwa, zatęsknią za czasami, gdy mogli narzekać na podatek od drugiego domu o wartości powyżej 5 milionów dolarów.
Nie mówię, że "to lubię” albo że to nieuniknione. Mówię, że im dłużej iluzoryczne "rozwiązania” polegające na odkładaniu problemów są zastępowane rzeczywistymi rozwiązaniami, tym bardziej prawdopodobny staje się kryzys spójności finansowej państwa. Zakłady o to, kto wygra – nieruchome obiekty czy nieodparte siły – mogą być sytuacją bez wyjścia.