Przejdź do treści

Wojna bez pokoju – strategia USA ma niewiele wspólnego z Trumpem - Peter Hanseler, Forum Geopolitica, 3.05.2026

Trump nie jest panem własnej polityki. Jest jedynie figurantem wdrażającym strategię przy użyciu nieprzyjemnych środków. Strategię mającą na celu utrzymanie hegemonii, która ostatecznie wymierzona będzie przeciwko Chinom i Rosji - i prawdopodobnie zakończy się porażką, ponieważ USA popełniły ogromne błędy kalkulacyjne.


Wprowadzenie

Kiedy pisałem artykuł "Wojna bez pokoju" w listopadzie 2022 roku, moje myśli koncentrowały się na wojnie na Ukrainie. Opisałem definiującą całe stulecie powieść Lwa Tołstoja "Wojna i pokój” jednym zdaniem: epicka opowieść, w której splata się wiele historii, wokół których niczym róże oplatające pawilon rozwija się historia miłosna. Ostatecznie Natasza i Pierre odnajdują się nawzajem. Historia, która mimo ogromnej rzezi wojen napoleońskich znajduje romantyczne zakończenie - szczęśliwy finał w rosyjskim stylu.

"Historia nie jest naprawdę kompletna, dopóki nie przybierze najgorszego możliwego obrotu”

W przeciwieństwie do tego przypomniałem sobie szwajcarskiego pisarza Friedricha Dürrenmatta, który kiedyś powiedział, że historia jest naprawdę opowiedziana dopiero wtedy, gdy przybierze najgorszy możliwy obrót. W listopadzie 2022 roku wciąż żywiłem nadzieję, że konflikt na Ukrainie zakończy się szczęśliwie. Dziś muszę przyznać, że Dürrenmatt - znacznie mniej romantyczny niż Tołstoj - prawdopodobnie może mieć rację. Wojna na Ukrainie nie tylko nadal trwa, ale przemoc i ludobójstwo rozciągają się obecnie na cały Bliski Wschód. W tym kontekście USA i Izrael błędnie oceniły siłę militarną Iranu, opierając się na niezrozumiałym przekonaniu, że można wygrać samymi nalotami, bez wojny lądowej. I to mimo faktu, że szczególnie historia Ameryki pokazuje, iż nigdy się to nie sprawdziło. Kontrolując Cieśninę Ormuz, Irańczycy dysponują gospodarczą dźwignią, która odebrała Zachodowi wszystkie rzekome atuty i prawdopodobnie wzmocni Chiny oraz Rosję, zamiast je osłabić, jak pierwotnie zakładał amerykański scenariusz.

Amerykańscy prezydenci jako rekwizyty – Trump nie jest wyjątkiem

Za każdym razem, gdy od II wojny światowej wybierano nowego prezydenta, obiecywał on wyborcom większy dobrobyt, lepsze życie, więcej pokoju i więcej demokracji. Obietnice te regularnie pozostawały niespełnione i wydaje się, że Noam Chomsky ma rację. Żaden prezydent od II wojny światowej nie był w stanie realnie wpływać na politykę zagraniczną USA. To bogaci i wpływowi pociągający za sznurki - którzy nie są wybierani, lecz obsadzają kluczowe instytucje rządowe i pozarządowe swoimi "wysłannikami” i określani są mianem "deep state” (głębokiego państwa) - rozdają karty.

John Fizgerald Kennedy był wyjątkiem wśród prezydentów. Zdeterminowany, by osiągnąć swoje cele, mimo wszelkich przeciwności. Po katastrofie w Zatoce Świń zwolnił Allena Dullesa. Zamierzał rozmontować CIA. Sprzeciwiał się eskalacji wojny w Wietnamie. Nakazał zarejestrowanie American Zionist Council (AZC) — poprzednika AIPAC - jako zagranicznego agenta i próbował uniemożliwić Izraelowi zdobycie bomby atomowej.

Krótko mówiąc - nie wykonywał poleceń "głębokiego państwa" i został usunięty. Wielu ludzi wie, a przynajmniej podejrzewa, że właśnie tak się stało, lecz nawet dziś dokumenty mogące ujawnić prawdę pozostają pod kluczem. Prawdopodobnie nie po to, by chronić konkretne osoby — zapewne wszyscy już nie żyją. Raczej dlatego, że pełne ujawnienie faktów pokazałoby, iż system rzeczywiście działa w opisany sposób. Dokumentalne potwierdzenie tego, co właśnie opisano, mogłoby trwale, być może nieodwracalnie, zaszkodzić wizerunkowi i wiarygodności rządu USA — a właściwie całości amerykańskiego "systemu demokratycznego”. Można jedynie spekulować o wynikających z tego konsekwencjach.

Trump znajduje się w tej samej sytuacji co jego poprzednicy. Brakuje mu charyzmy JFK-a, przez co nie będzie w stanie nawet nadać wydarzeniom pozytywnego wydźwięku. Nie zawiedzie swoich zwolenników. To, czym faktycznie różni się od swoich poprzedników, to sposób komunikacji. Żaden prezydent nigdy nie komunikował się w ten sposób. Nie postrzega siebie jako sługi ludu, ale chce przejść do historii jako największy, co raczej mu się nie uda. Podczas każdego publicznego wystąpienia lub w każdym tweecie na Truth Social nie tylko ujawnia swoją niekompetencję, ale także wypowiada się w sposób, który nie wytrzymuje nawet najbardziej powierzchownej analizy. Jego popularność stanowi ostry kontrast w stosunku do jego egocentryzmu. Obecnie jego poparcie wynosi zaledwie 38%. Co więcej, informacje dotyczące Epsteina oraz sposób, w jaki zostały one ujawnione, budzą wątpliwości, które jeszcze bardziej podważają jego wiarygodność. Trump różni się zatem od swoich poprzedników tym, że działa (nawet) bardziej nieprzewidywalnie i ujawnia prymitywność oraz brak złożoności w myśleniu, co jest prawdopodobnie bezprecedensowe i stanowi zagrożenie dla narodu.

Upadek amerykańskiego snu

Po zakończeniu każdych wyborów prezydenckich Amerykanom przedstawia się nowego zwycięzcę, który twierdzi, że będzie realizował politykę zadowalającą większość społeczeństwa. Przeciętny Amerykanin ma proste pragnienia – niekoniecznie typowo amerykańskie, ale takie, które prawdopodobnie podziela większość ludzi na całym świecie: dobre życie dla siebie i swojej rodziny, aby mogli realizować amerykański sen. Jednak Amerykanie są oszukiwani od 75 lat, a jako dowód wystarczy jeden wykres. W 1950 r. ponad 50% zamężnych Amerykanów mogło pozwolić sobie na dom, spełnienie amerykańskiego marzenia i założenie rodziny, a 65% wszystkich matek mogło pozostać w domu z dziećmi. Dzisiaj odsetek ten spadł do 15%. Pomimo faktu, że większość dzisiejszych rodzin to gospodarstwa domowe z dwoma źródłami dochodów, tylko 12% rodzin stać na dom przed ukończeniem 30. roku życia. To mówi wszystko o upadku amerykańskiego marzenia.

Z drugiej strony widzimy koncentrację bogactwa w rękach najbogatszego 1% społeczeństwa, który posiada dziś 31,7% majątku, podczas gdy dolne 50% posiada około 2,5%.

Od II wojny światowej amerykańscy prezydenci najwyraźniej nie troszczyli się o dobro przeciętnego obywatela. Nie ma racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego ludzie do dziś tym osobom wierzą i ufają.

Jako wniosek pośredni możemy więc stwierdzić, że wpływ prezydenta USA jest celowo znikomy, a rzeczywiste interesy amerykańskiego społeczeństwa były deptane przez każdą administrację przez ostatnie 75 lat.

Kłamstwa, oszustwa, kradzież i wojna jako środki utrzymania hegemonii

Długoterminowa strategia utrzymania amerykańskiej hegemonii byłaby niemożliwa do wdrożenia, gdyby każdy nowy prezydent mógł swobodnie realizować własną agendę, która mogłaby obejmować nawet przyzwoite traktowanie własnego społeczeństwa i innych krajów.

Utrzymanie hegemonii wymaga całkowitego lekceważenia interesów własnej ludności, a w polityce zagranicznej: wojen, zbrodni wojennych, ludobójstwa i zdrady, gdyż hegemonia USA nie może zostać osiągnięta poprzez uczciwą grę ani w kraju, ani za granicą. Amerykańskie fundamenty przemysłowe, finansowe i gospodarcze były od 1945 roku niszczone przez wojny, korupcję i szczególnie nieodwracalną deindustrializację. Mike Pompeo, były dyrektor CIA, potwierdził takie zachowanie, gdy z dumą ogłosił 15 kwietnia 2019 roku:

"Kłamaliśmy, oszukiwaliśmy, kradliśmy"

Stany Zjednoczone nie używają siły jako ostateczności, lecz często jako panaceum. Najpóźniej wtedy, gdy druga strona nie podporządkuje się natychmiast i całkowicie nieproporcjonalnym żądaniom hegemona. Liczby mówią same za siebie. Congressional Research Service udokumentował setki przypadków użycia amerykańskich sił zbrojnych za granicą od 1798 roku, przy czym duża część z nich miała miejsce po 1945 roku. Tylko w latach 1991–2022 odnotowano 251 interwencji wojskowych. Inne źródła wskazują, że USA zainicjowały 201 z 248 konfliktów zbrojnych od II wojny światowej. Szczegółowy - i z pewnością niepełny - wykaz można znaleźć na Wikipedii.

Większość Amerykanów nie zna tych danych. Ludzie wolą mówić o operacjach policyjnych lub bezpieczeństwa prowadzonych wyłącznie dla ochrony obywateli USA. W oczach ogółu amerykańskiej opinii publicznej wojna koreańska, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, wojna w Afganistanie oraz wojna w Iraku z 2003 roku są oficjalnie uznawane za wojny. Pozostałe "interwencje" już niekoniecznie.

Te astronomiczne kwoty związane z wojnami pochłaniają oszałamiające sumy pieniędzy. Trump stwierdził, iż Stany Zjednoczone nie są w stanie w pełni sfinansować rządowych programów zdrowotnych i socjalnych, takich jak Medicare, Medicaid i opieka nad dziećmi, ponieważ koszty trwających operacji wojskowych są zbyt wysokie, powołując się w szczególności na "wojny” i potrzebę "ochrony wojskowej”.

Korupcja na niewyobrażalnym poziomie

Brutalne i nieuczciwe zachowanie USA wobec wszystkich — w tym własnych obywateli — wymaga bardzo specyficznego rodzaju personelu, który najwyraźniej łatwo znaleźć. Osoby te działają zgodnie z mottem: "kłamać, oszukiwać i kraść”. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że USA są jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata. Oczywiście USA nie mają żadnych oporów przed oskarżaniem innych państw o korupcję i uchwalaniem ustaw antykorupcyjnych, aby odwrócić uwagę od własnej korupcji.

Korupcja jest najbardziej widoczna w produkcji zbrojeniowej. Równoważne systemy uzbrojenia kosztują nawet dziesięć razy więcej, gdy pochodzą z USA. Na przykład śmigłowiec szturmowy Apache kosztuje dziesięć razy więcej niż jego rosyjski odpowiednik Kamow KA-52. Oba są uznawane przez ekspertów za maszyny o porównywalnym potencjale. Rezultat jest katastrofalny. USA, które mają najwyższe wydatki wojskowe na świecie - według Departamentu Obrony USA planowane na 2027 rok na poziomie 1,5 biliona dolarów - jak dotąd poniosły porażkę w działaniach przeciwko Iranowi, którego budżet wojskowy wynosi nieco ponad 9 miliardów dolarów.

"W Rosji korupcja jest problemem; w USA jest modelem biznesowym.”

Korupcja osiągnęła nowe szczyty podczas trwającej wojny z Iranem, gdy członkowie wewnętrznego kręgu administracji Trumpa wzbogacali się dzięki insider tradingowi. Odnoszę się tutaj do szczegółowego wpisu Petera Girnusa, który nie tylko dokumentuje te przestępstwa, ale także zauważa, że władze nic z nimi nie robią. To wyraźny znak, że korupcja stała się zinstytucjonalizowana.

Korupcja istnieje wszędzie. Nawet w Szwajcarii, która często uchodzi za tak czystą. Jeśli ludziom daje się możliwość kradzieży, znaczna część społeczeństwa ulegnie pokusie nielegalnych pieniędzy, zwłaszcza gdy ryzyko złapania jest stosunkowo niskie. W Rosji na przykład korupcja jest ogromnym problemem. W USA natomiast jest modelem biznesowym. W Rosji korupcja jest konsekwentnie zwalczana i publicznie ujawniana przez władze. Znam Rosję od 30 lat i mogę potwierdzić, że korupcja spadła, choć nie została jeszcze wyeliminowana.

Rosyjskie władze nie unikają ścigania nawet wpływowych osób i zamykania ich w więzieniu. Warto wspomnieć następującą sprawę. Krótko po objęciu urzędu przez ministra obrony Biełousowa wszyscy zastępcy poprzedniego ministra obrony zostali uznani za winnych korupcji na znaczną skalę. Najbardziej "znanym” przykładem jest Timur Iwanow. Został już skazany na 13 lat więzienia w odrębnej sprawie. Dotyczyła ona zakupu strategicznie ważnych promów kerczeńskich łączących Krym, a także sprzeniewierzenia środków z banku Interkommerz. Dodatkowo oskarżono go o przyjęcie łapówek o łącznej wartości 1,4 miliarda rubli. W kwietniu 2026 roku rozpoczął się przeciwko niemu kolejny proces.

Zinstytucjonalizowana korupcja w USA jest nie tylko frustrująca dla wszystkich przestrzegających zasad i prawa, ale ostatecznie przyspiesza upadek USA, ponieważ przestępstwa te podnoszą ceny w dotkniętych sektorach - takich jak przemysł obronny. Co więcej, z powodu korupcji w przemyśle obronnym produkuje się nie najlepszą broń, lecz tą wytwarzaną przez producentów, którzy najskuteczniej przekupują decydentów. Prowadzi to do powstawania wielu amerykańskich systemów uzbrojenia, które mimo astronomicznych kosztów są gorsze od zagranicznych odpowiedników. Eksperci często podają F-35 jako przykład.

Niezdrowe sojusze

Aby osiągnąć swoje cele, Stany Zjednoczone zawsze sprzymierzały się z podejrzanymi przywódcami. Jest to konieczność, ponieważ przywódcy dbający o dobrobyt własnych krajów nie pasują do celów USA w tych państwach i są zastępowani w wyniku zamachów stanu i przewrotów przez bardziej "odpowiednie" osoby. Aby przytoczyć tylko jeden przykład związany z wojną w Iranie, wspomnę o szachu Persji, dla którego poświęcono demokratycznie wybranego prezydenta Mossadegha w ramach operacji CIA/MI6 "Ajax”. Amerykanie przekazali szachowi miliardy dolarów za wyprzedaż irańskich zasobów i wspierali jego utrzymanie się przy władzy poprzez celowe utworzenie tajnej policji SAVAK, która działała z brutalnością porównywalną do Gestapo. Wsparcie dla tych działań pochodziło od Mossadu. Sojusz ten rzuca haniebne światło na dzisiejsze działania Izraela w Strefie Gazy i Libanie, a także na niemiecką pomoc w tych działaniach. Większość Irańczyków nadal żyła w ubóstwie. Kiedy szach został obalony w 1979 roku, zbuntowali się nie tylko z powodu biedy, ale także z powodu westernizacji kraju, która uraziła wielu pobożnych Irańczyków. Od tego czasu Iran jest jednym ze śmiertelnych wrogów USA.

Nawet jako sojusznicy Amerykanie są całkowicie niewiarygodni i zdradzieccy. Weźmy Saddama Husajna, który był pielęgnowany i wspierany przez USA. Otrzymywał pożyczki i broń do wojny z Iranem w 1980 roku, by zostać usuniętym, gdy przestał być użyteczny dla USA.

Najbardziej odrażającym sojuszem, jaki zawarły Stany Zjednoczone, jest jednak ten z Izraelem. Od momentu proklamacji państwa Izrael w 1948 roku - wbrew rezolucji ONZ nr 181 z 1947 roku, w której wezwano do rozwiązania opartego na dwóch państwach - Stany Zjednoczone wspierają Izrael pomimo prowadzonych przez niego nielegalnych wojen, wysiedleń, morderstw i aktów ludobójstwa. Mordowanie Palestyńczyków nie odbywało się "za kulisami” dla szerszej opinii publicznej na świecie, nawet w okresie od 1948 do 2023 roku. Jednak od co najmniej października 2023 r. nikt nie mógł przeoczyć tego ludobójstwa, przy najbardziej aktywnym współudziale Stanów Zjednoczonych. W zachodnich mediach to ludobójstwo nie istnieje. Jest to znak, że syjoniści całkowicie kontrolują zachodnią prasę – w tym szwajcarską – poprzez płatności lub szantaż.

Nie wyobrażam sobie, aby w perspektywie średnio- i długoterminowej nie miało to katastrofalnych konsekwencji dla Stanów Zjednoczonych i wszystkich zachodnich mediów.

Mimo wszystko — to nie wystarcza

Pomimo wszystkich wysiłków USA - całkowitego lekceważenia interesów własnego społeczeństwa, sojuszu z ludobójczymi psychopatami w Izraelu, zabicia milionów cywilów na całym świecie i permanentnego stanu wojny - perspektywy utrzymania statusu hegemonicznego nie wyglądają dobrze.

USA wydają się popełnić poważny strategiczny błąd. Amerykanie już przegrali wojnę z Iranem. Nie są zdolni do trwałego osłabienia Iranu z powietrza, nie mówiąc już o rzuceniu go na kolana. Arogancja, pycha i naiwność, a także wiara w izraelskie zapewnienia, że Iran można łatwo pokonać, doprowadziły do zignorowania ostrzeżeń w Pentagonie, które bardziej realistycznie oceniały możliwości Iranu. Profesor Mersheimer mówił o tym szczegółowo u sędziego Napolitano. Według niego przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generał Dan Caine, ostrzegał Trumpa przed tą eskapadą. Trump jednak posłuchał Netanjahu i Pete’a Hegsetha, z których żaden nie posiada użytecznego wykształcenia wojskowego. Mersheimer kontynuował: żadnej wojny nigdy nie wygrano z powietrza. I tym razem nie jest inaczej.

Blokada USA nie jest ani trwała, ani skuteczna i nie może taka być, biorąc pod uwagę ogromne terytorium wymagające monitorowania oraz fakt, że amerykańskie okręty praktycznie giną na tym obszarze. Według Larry’ego Johnsona, dziesiątkom irańskich statków udało się przedostać mimo blokady. Co więcej, USA szkodzą tym działaniem swoim sojusznikom. Z drugiej strony długoterminowa kontrola Iranu nad tą cieśniną wydaje się stosunkowo łatwa do wyegzekwowania zarówno militarnie, jak i - co nie mniej ważne - prawnie. To ironiczny rezultat tej wojny, biorąc pod uwagę, że Ormuz był swobodnie i otwarcie dostępny dla wszystkich aż do amerykańsko-irańskiej eskalacji.

Obecne de facto zawieszenie broni ogranicza się do Iranu i USA. Jest ono jednak już naruszane przez amerykańską blokadę morską, gdyż blokada uznawana jest za akt wojny. Izrael - ku niczyjemu zaskoczeniu - nie przestrzega zawieszenia broni na Zachodnim Brzegu, w Gazie ani w Libanie. W ich własnym przekonaniu nie są do tego zobowiązani. Już w sierpniu 2025 roku Smotrich ogłosił:

"Prawo międzynarodowe nie dotyczy Żydów… i na tym polega różnica między narodem wybranym a innymi.”

A zatem nie ma żadnego zawieszenia broni. Wojna trwa. Milczą jedynie irańska i amerykańska broń.

Zakończenie

Stany Zjednoczone, które od 1945 roku nieprzerwanie sprawują hegemonię, nie są w stanie utrzymać swojej interpretacji tego statusu – nieuzasadnionej żadnym mandatem – w pokojowy sposób poprzez uczciwą rywalizację z resztą świata. Obecny przywódca hegemonii, który doszedł do władzy dzięki obietnicom pokoju, stosuje środki, które jeszcze niedawno byłyby – i nadal powinny być – uznawane za niedopuszczalne i haniebne. Wydaje się zatem, że głębokie państwo wyniosło na tron w Waszyngtonie we właściwym czasie właściwego człowieka. Człowieka, którego umysł jest tak zdominowany przez patologiczny narcyzm, że nie jest on zdolny do autorefleksji. Zaczęło się od szantażowania konkurentów (Chiny) i sojuszników (Europa) za pomocą ceł mających zrekompensować brak konkurencyjności Stanów Zjednoczonych. Następnie próbował on wyłudzić od Europy cały aspirujący do niepodległości kraj (Grenlandię). Następnie porwał prezydenta Maduro w Wenezueli, aby uzyskać dostęp do największych na świecie potwierdzonych zasobów ropy naftowej, by ostatecznie połączyć siły z psychopatami w Tel Awiwie w ataku na cywilizację, która nie zaatakowała żadnego innego kraju od czasu powstania Stanów Zjednoczonych jako narodu.

Gdyby mu się to udało, przyszłe podręczniki historii – które, jak powszechnie wiadomo, piszą zwycięzcy – mogłyby potraktować takie działania łagodnie, mimo że nie różnią się one w niczym od działań nazistów. Jak to zawsze bywa w historii świata, strony niezaangażowane bezpośrednio w konflikt stoją z boku i obserwują, jak rozgrywają się okrutne wydarzenia, a potem, gdy zwycięzca staje się przewidywalny, opowiadają się po jego stronie. Widać to już w krajach Zatoki Perskiej, których receptą na sukces zawsze był oportunizm. Bezkręgowy kanclerz Niemiec Merz, który początkowo pochwalał wojnę z Iranem, już mówi o strategicznych błędach Ameryki i konieczności zawarcia pokoju z Rosjanami, nawet jeśli Ukraina będzie musiała oddać część terytorium. Wyczuwa, że wiatr się zmienia, a wraz z nim zmienia się również flaga tego kapryśnego kanclerza.

Chiny, wraz ze swoim sojusznikiem Rosją – głównym celem ataków Stanów Zjednoczonych – swoim powściągliwym podejściem dają do zrozumienia, że nie zamierzają porzucić Iranu. Na podstawie dostępnych mi informacji nie mogę z całą pewnością potwierdzić, że wsparcie chińskie i rosyjskie obejmuje dostawy broni oraz wywiad satelitarny, ale wydaje się, że tak właśnie jest. Uważam zarówno Rosjan, jak i Chińczyków za lojalnych sojuszników Iranu. Persja ma dla nich obu kluczowe znaczenie, zatem zakładam, że będą konsekwentnie wspierać Iran, co ostatecznie nie wyklucza bezpośredniego konfliktu zbrojnego między Chinami i Rosją z jednej strony, a Stanami Zjednoczonymi z drugiej. Wydaje się, że Chiny i Rosja wierzą, iż Iran może samodzielnie zwyciężyć w tym konflikcie, aby zapobiec bezpośredniemu starciu ze Stanami Zjednoczonymi. Wzywając do zawieszenia broni, Stany Zjednoczone wydają się grać na czas, aby sprowadzić więcej zaopatrzenia wojskowego na Bliski Wschód, co - zgodnie z danymi Flightradar - rzeczywiście ma miejsce przez całą dobę.

"Wojna bez pokoju rzeczywiście wydaje się być na porządku dziennym”.

Mamy więc do czynienia z pewnym siebie Iranem, który nie widzi powodu, by podczas negocjacji odstępować od postulatów swojego 10-punktowego planu, do którego Trump początkowo podchodził przychylnie. Amerykę, która może czuć się zmuszona udowodnić światu, że jest najsilniejsza. Oraz Chiny i Rosję, które wydają się zdecydowane nie porzucić Iranu pod żadnym pozorem. Prawdziwy węzeł gordyjski, który prędzej eksploduje, niż zostanie rozwiązany zręcznymi dyplomatycznymi palcami. Wojna bez pokoju rzeczywiście wydaje się być na porządku dziennym.