Gdy system zawodzi, naturalnym skutkiem ubocznym jest wściekłość - James Hickman, Schiff Sovereign, 13.06.2026.

Późnym poniedziałkowym wieczorem, na cichej ulicy mieszkalnej w północnym Belfaście w Irlandii Północnej, pewien mężczyzna przycisnął sąsiada do chodnika i dosłownie próbował odciąć mu głowę kuchennym nożem.


Świadkowie krzyczeli, że próbuje go zdekapitować, zanim ktoś zainterweniował. Ofiara przeżyła, choć straciła lewe oko. A w ciągu kilku godzin nagranie obiegło cały świat.

Sprawcą uwiecznionym na nagraniu jest Hadi Alodid, 30-letni sudański azylant, który w 2023 roku przyleciał z Paryża do Dublina, przejechał autobusem przez całkowicie niekontrolowaną granicę do Belfastu i po przybyciu złożył wniosek o azyl. W ciągu kilku miesięcy otrzymał zgodę na pozostanie w kraju na co najmniej pięć lat. Hadi Alodid został teraz oskarżony o usiłowanie zabójstwa.

Jednak dla reżimowych mediów relacjonujących tę sprawę określenie "usiłowanie zabójstwa” było zdecydowanie zbyt surowe. Przecież biedny Sudańczyk najwyraźniej miał "trudną przeszłość” i uciekł przed "opresyjnym reżimem”.

Dlatego terminologia stosowana przez NPR, CNN, "Washington Post” itd. szybko zmieniła się na określenia takie jak "domniemany atak” albo, w najgorszym przypadku, "atak nożem”.

Gniew wśród Irlandczyków narastał i następnej nocy wybuchły zamieszki. Ale pierwsza minister Irlandii Północnej, Michelle O’Neill, zachowała swoje najostrzejsze słowa — nie dla sudańskiego przestępcy, lecz dla rozgniewanego tłumu. Określiła ich gniew jako "czysty bandytyzm”.

Zwróćcie uwagę na zmieniające się definicje lewicy: próba odcięcia głowy lokalnemu obywatelowi przez afrykańskiego migranta była 'domniemanym atakiem”. Ludzie, którzy są tym oburzeni, dopuszczają się "czystego bandytyzmu"

Ale to nie jedyne definicje, które zmieniły się w tym tygodniu. W ramach służby publicznej oto reszta waszej aktualizacji słownictwa.

W Albany w stanie Nowy Jork ustawodawcy właśnie przyjęli ustawę zastępującą słowo "matka” określeniem "rodzic będący w ciąży”, a "ojciec” określeniem "rodzic niebędący w ciąży” w całym stanowym prawie dotyczącym sądów rodzinnych i opieki nad dziećmi.

Lewica zaktualizowała również definicję terminu "nazista”. Wszyscy przyzwyczailiśmy się, że tego słowa używa się do określania każdego, kto kwestionuje politykę imigracyjną lub popiera wolność słowa.

Ale teraz lewica jasno określiła, że "nazista” nie obejmuje ludzi, którzy mają dosłowne nazistowskie tatuaże, takich jak Graham Platner, nowy demokratyczny kandydat do Senatu z Maine. Niedawno pojawiło się kilka historii, w których byłe partnerki Platnera opisywały go jako osobę stosującą przemoc fizyczną. Inne osoby określały go jako poniżającego kobiety i notorycznie niewiernego - oprócz wcześniejszych doniesień o seksualnie jednoznacznych wiadomościach, które wysyłał do innych kobiet, będąc w małżeństwie.

Mimo to we wtorek wygrał prawybory. "Wszyscy mamy szkielety w szafie i wszyscy popełnialiśmy błędy” - wyjaśnił jeden z jego zwolenników. Senator Bernie Sanders zasugerował: "może musimy okazać trochę przebaczenia”.

Przebaczenie jest wspaniałą zasadą. Pamiętajmy zatem, iż w 2018 roku pojedyncze, niepotwierdzone oskarżenie dotyczące imprezy domowej w 1982 roku uznano za powód dyskwalifikujący kandydaturę Bretta Kavanaugha do Sądu Najwyższego USA.

Zaktualizowana definicja wydaje się brzmieć tak: każdy ma przeszłość - chyba że został nominowany przez niewłaściwą partię, wtedy czterdziestoletnia plotka wystarczy, aby go oczernić.

A potem jest Los Angeles, gdzie "ochrona demokracji” doczekała się corocznej rewizji.

Spencer Pratt, osobowość telewizyjna reality show, który kandydował na burmistrza, zakończył noc wyborczą dziewięć punktów przed radną Nithyą Raman, zdobywając drugie miejsce kwalifikujące do drugiej tury. Następnego dnia jego przewaga przekroczyła 40 000 głosów.

Potem zaczęły napływać głosy korespondencyjne… liczone przytłaczającą przewagą na korzyść Raman. Prawie tydzień po dniu wyborów wyprzedziła Pratta i miała prawie 22 000 głosów przewagi, gdy media ogłosiły wynik.

Mniej niż tydzień przed wyborami gubernator Gavin Newsom podpisał ustawę, która sprawiła, że nielegalne stało się dla obserwatorów wyborczych kwestionowanie pracy osób liczących głosy, jeśli podpis na karcie korespondencyjnej budzi wątpliwości. Oznacza to, że urzędnicy hrabstwa w Kalifornii mają teraz ostateczną decyzję, które podpisy są uznawane, czyli które karty są uznawane. I nikt nie może ich zakwestionować.

Więc mówi się nam, że mamy wierzyć, iż wielotygodniowe liczenie głosów - z dramatyczną zmianą wyniku w trakcie liczenia - jest całkowicie normalnym sposobem przeprowadzania wyborów. Zadawanie pytań na ten temat to "zaprzeczanie wyborom”. A uczynienie nielegalnym kwestionowania metody liczenia kart to "ochrona demokracji”.

W tym właśnie rzecz. Ludzie nie są aż tak głupi. Wiedzą, że są robieni w konia. I są wściekli.

Politycy o tym wiedzą. Być może dlatego policja w miejscach takich jak Wielka Brytania dokonuje około 33 aresztowań dziennie za wiadomości internetowe uznane za "rażąco obraźliwe” lub mogące powodować "irytację” albo "niepokój”. Innymi słowy, muszą kryminalizować wolność słowa, aby trzymać swoich krytyków w ryzach.

A w tym tygodniu, gdy Belfast płonął, szef policji Irlandii Północnej zobowiązał się ścigać nie tylko uczestników zamieszek, ale także "tych, którzy podżegają i zachęcają do tego” w internecie, używając "każdego przepisu prawa, każdego zasobu i każdej dostępnej taktyki”.

Bądźmy szczerzy — palenie własnej dzielnicy to fatalny pomysł i niczego nie rozwiąże. Ale jest to naturalna reakcja na poczucie bezradności i braku wpływu. W całej Wielkiej Brytanii ludzie zmęczeni zniszczeniem swojej cywilizacji walczą wszelkimi dostępnymi środkami. Wielu z nich nie ufa już procesowi wyborczemu – wyobrażam sobie, że tak samo czuje się teraz wielu mieszkańców Los Angeles.

W Belfaście decyzja o zakwaterowaniu afrykańskich "uchodźców" nie należy nawet do lokalnych polityków. To brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Londynie decyduje, kto i gdzie osiedli się w Irlandii Północnej.

Nie ma więc kogo odwołać ani referendum, które można by unieważnić. Są po prostu skazani na głupców, którzy wciąż narzucają im coraz więcej uchodźców. Jak właśnie przypomniał wszystkim szef policji, narzekanie na to w internecie może być przestępstwem. Wściekłość jest naturalnym skutkiem ubocznym tego wszystkiego.

Kiedy czujesz, że twój głos się nie liczy, albo dosłownie NIE JEST liczony, trudno uwierzyć, że demokracja jest rozwiązaniem. A kiedy problem jest tak poważny, jak potencjalna śmierć w twoim rodzinnym mieście – a policja aresztuje osoby, które się na to skarżą – wściekłość staje się jedynym językiem, jaki ludzie czują, że im pozostał.