Ludzie są w stanie znieść prawdę! - Peter Hanseler, Forum Geopolitica, 4.07.2026.
Europa odrzuca pokój z Rosją i dąży do wojny. Stany Zjednoczone i Izrael chcą wojen z wieloma państwami – refleksje.
Wprowadzenie
W 1959 roku Ingeborg Bachmann doszła do wniosku, że prawda jest czymś, z czym ludzie powinni się utożsamiać, albowiem są w stanie ją znieść, niezależnie od tego, jak niewygodna może być. Literatura, argumentowała, nie powinna ani ukrywać, ani upiększać prawdy.
Tym bardziej dotyczy to mediów, które od lat nie wywiązują się ze swojego obowiązku jako czwartej władzy. Świat zmierza ku nowej wojnie światowej, a większość ludzkości nie jest w stanie ocenić poziomu ryzyka i szans, gdy media zniekształcają fakty poprzez swoją propagandę w taki sposób, że prawda rozpływa się w coraz gęstszej mgle. Ogłupienie osiągnęło taki poziom, że nawet politycy na Zachodzie wierzą propagandzie własnych mediów i działają zgodnie z nią. Fałsz, który rozpowszechniają politycy, nie jest już przez nich postrzegane jako kłamstwa. W większości przypadków ich intelekt po prostu do tego nie wystarcza. Należy stwierdzić, że politycy stali się przede wszystkim "ambasadorami” coraz niższego poziomu edukacji – i nadal pełnią tę rolę – w wyniku czego stali się ofiarami własnej propagandy.
W tym artykule podjęto próbę pokazania, że nadal można oddzielić ziarno od plew, bo prawda wciąż jest ukryta wśród śmieci pojawiających się w doniesieniach medialnych.
Nie zapominajmy o złu
W artykule "Czy zło zwycięży?” zastanawiałem się, kto tak naprawdę kształtuje wydarzenia geopolityczne na świecie. Omawiałem "City of London” oraz "Rothschildów” jako przykłady sił sterujących światem zza kulis. Są one zatem również odpowiedzialne za wojny, zamachy stanu i inne wstrząsy w naszym świecie. Nawet niewielka część akt Epsteina, która ujrzała światło dzienne, dała pewne wyobrażenie o powiązaniach ludzi sprawujących władzę. Na przykład rodzina Rothschildów ponownie znalazła się w centrum uwagi opinii publicznej. Ta sama rodzina, która od zakończenia II wojny światowej usilnie starała się przekonać świat, że nie wywiera już na niego żadnego wpływu i zajmuje się jedynie prowadzeniem kilku prywatnych banków, muzeów i winnic. Nie powinno dziwić, że dyskusja o zawartości akt Epsteina - ani o ich kolejnych publikacjach - całkowicie zniknęła z mediów. Można więc zasadnie zapytać, kto je kontroluje.
Nawiasem mówiąc, "głębokie państwo” (deep state) nie jest pojęciem propagowanym przez garstkę dziwaków. Już w 2017 roku prezydent Putin mówił o nim całkowicie otwarcie:
"Prezydenci się zmieniają… A potem przychodzą elegancko ubrani mężczyźni w ciemnych garniturach z teczkami. Zaczynają wyjaśniać, jak naprawdę działa system… i wszystko natychmiast się zmienia." - prezydent Putin, 2017
Media
Kontrola jest sprawowana albo bezpośrednio przez akcjonariuszy, albo pośrednio poprzez wpływy polityczne lub gospodarcze. Na przykład poprzez kontrolowanie przychodów z reklam, tworzenie czarnych list czy manipulowanie liczbą wyświetleń kanałów na YouTube. Kontrola nad mediami w kolektywnym Zachodzie jest de facto całkowita. To niemałe osiągnięcie.
Zastanówmy się nad tym. Wolność słowa jest głośno wychwalana przez polityków i media przy każdej możliwej okazji, niezależnie od tego, czy jest to stosowne. Praktycznie "jednym tchem” jest ona jednak ograniczana poprzez równie głośne potępianie rozpowszechniania "fake newsów” i "mowy nienawiści” - czyli przejawów autentycznej wolności słowa - a następnie definiowanie ich jako przestępstw i ściganie ich dla własnych korzyści politycznych.
Ostatecznie to państwo definiuje, czym są "fake newsy” i "mowa nienawiści”. W rezultacie prawo, które przestaje być absolutne i zostaje zrelatywizowane, załamuje się pod ciężarem tych ograniczeń. W Niemczech pożądany kierunek polityczny orzeczeń sądowych zapewnia się poprzez polityczne mianowanie sędziów Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Proces wyboru sędziów do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przebiega w podobny sposób.
Konsekwencje tych ograniczeń są zamierzone i oczywiste. Analitycy wyrażający nawet najlepiej uargumentowane opinie, które nie odpowiadają rządzącym, są pozbawiani swoich praw i przedstawiani jako przestępcy bez zachowania należytego procesu prawnego. Wybraną metodą są na przykład sankcje Unii Europejskiej, które pierwotnie miały być stosowane wobec terrorystów, a obecnie - przy poparciu opinii publicznej - nakładane są na najbardziej obiektywnych ekspertów, takich jak szwajcarski obywatel (a więc obywatel spoza UE) Jacques Baud. Skutkiem tego ukierunkowanego wpływu politycznego są przekazy w tradycyjnych mediach, które nie mają już nic wspólnego z prawdą, a często całkowicie ją odwracają.
Wszystkie kryzysy geopolityczne mają jedno źródło
Wszystkie konflikty zbrojne na świecie należy postrzegać jako jeden pakiet, kompleksową strategię. Ci sami ludzie, którzy podsycają wojnę z Iranem i brutalnie tworzą "Wielki Izrael”, są również odpowiedzialni za konflikt na Ukrainie i wojnę między Europą a Rosją, która prawdopodobnie wkrótce wybuchnie. Wiele innych konfliktów, takich jak te w Afryce, również jest częścią tej strategii. Wszystko jest ze sobą powiązane, a fakt, że dziennikarze bronią wojny – prowadzonej przy użyciu metod o charakterze ludobójczym – przeciwko Iranowi, Libanowi i Gazie, jednocześnie popierając działania Rosji na Ukrainie, świadczy o braku zrozumienia kwestii geopolitycznych. Siły wywołujące i podsycające te konflikty są identyczne. Zrozumienie tego faktu bardzo pomaga w ogarnięciu ogólnej sytuacji geopolitycznej.
Ogólny obraz nie jest trudny do zrozumienia. Po setkach lat kolonialnego panowania nad resztą świata "kolektywny Zachód" przegrał już gospodarczy wyścig z Globalnym Południem. O ile wojny prowadzone przez ostatnie 500 lat dotyczyły tego, kto na Zachodzie będzie dzierżył berło hegemonii nad kolonialnym imperium, o tyle dzisiejsze konflikty dotyczą tego, czy kolektywny Zachód zdoła utrzymać swoje kolonialne imperium. Przewidywaliśmy wiele indywidualnych konfliktów trwających dekady, ale bez wojny światowej. Ta stosunkowo optymistyczna teza wydaje się obecnie chwiać, gdyż agresja między mocarstwami narasta z dnia na dzień, a kolektywny Zachód nie chce wyzbyć się arogancji kolonialnego władcy i całkowicie przecenia siebie, posługując się fałszywymi argumentami.
Budżet obronny jako miara siły militarnej jest błędnym argumentem
Od dziesięcioleci Amerykanie przekonują świat, że dysponują najsilniejszymi siłami zbrojnymi na świecie. Twierdzenie to wspiera astronomiczna kwota - budżet wojskowy wynoszący nie mniej niż 1,5 biliona dolarów amerykańskich. To dziesięć razy więcej niż rosyjski budżet wojskowy, a nawet około 190 razy więcej niż budżet wojskowy Iranu, który w 2024 roku wynosił 7,89 miliarda dolarów. NATO, z wyłączeniem Stanów Zjednoczonych, wydało 608 miliardów dolarów.
Mimo to Stany Zjednoczone - wraz z Izraelem - poniosły porażkę zarówno w wojnie dwunastodniowej, jak i w trwającym konflikcie, który wymknął się spod kontroli. NATO, wspólnie z USA, ponosi porażkę na Ukrainie. Gigantyczne budżety wojskowe Zachodu są wyraźnym dowodem na to, że tamtejsze siły zbrojne nie zostały zaprojektowane do obrony wolności, lecz do generowania jak największych zysków. W rezultacie system uzbrojenia na Zachodzie uznawany jest za udany wtedy, gdy można go sprzedać - za możliwie najwyższą cenę - własnym siłom zbrojnym lub armiom państw trzecich.
W 2024 roku porównaliśmy dwa śmigłowce bojowe uznawane przez ekspertów za równoważne. Rosyjski Kamow Ka-52 i amerykański AH-64 Apache. Apache kosztuje 155 milionów dolarów, natomiast Kamow — 16 milionów. Co więcej, zachodnie systemy uzbrojenia produkowane są praktycznie w homeopatycznych ilościach i nie ma możliwości zwiększenia produkcji do poziomu pozwalającego długotrwale wspierać przedłużający się konflikt. Są zbyt drogie, zbyt skomplikowane, a dodatkowo opierają się na potencjale przemysłowym, który już praktycznie nie istnieje.
W średnim okresie Stany Zjednoczone nie będą w stanie produkować wysokiej jakości sprzętu wojskowego w wystarczających ilościach i rozsądnych kosztach, ponieważ stoją obecnie przed wielowymiarowym problemem. Po pierwsze, brakuje woli, gdyż podstawowym celem kompleksu wojskowo-przemysłowego jest osiąganie zysków. Po drugie, po trzydziestu latach deindustrializacji USA nie dysponują już bazą przemysłową niezbędną do produkcji uzbrojenia w ilościach wymaganych podczas wojny.
W rzeczywistości najważniejsze pozostaje osiąganie zysków. Obiektywni obserwatorzy powinni zdawać sobie sprawę, że taka strategia w sytuacji kryzysowej musi zakończyć się katastrofą - co zostało już pokazane na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie. Zdaniem różnych ekspertów Zachód pozostaje co najmniej dekadę za swoimi konkurentami zarówno w dziedzinie technologii rakietowych, jak i dronów.
Przykładowo Iran, którego wydatki na obronność są około dwieście razy niższe od amerykańskich, dysponuje niezwykle trudnymi do przechwycenia pociskami hipersonicznymi. Tymczasem kolektywny Zachód nadal nie posiada operacyjnej broni hipersonicznej. Krytycy przypisują ten stan rzeczy połączeniu pogoni za zyskiem, arogancji oraz korupcji w kompleksie wojskowo-przemysłowym.
Jeśli Zachód chce w przyszłości operować na równych prawach w sferze wojskowej, musiałby przeprowadzić gruntowną reformę kompleksu wojskowo-przemysłowego – co wydaje się zadaniem niemal niemożliwym do zrealizowania, biorąc pod uwagę istniejący układ sił gospodarczych i politycznych. Przemysł ten jest kontrolowany przez grupy omówione powyżej.
Brak woli walki na Zachodzie
Jak kolektywny Zachód reaguje na przegrane wojny? Zwiększa wydatki wojskowe, nie rozwiązując koniecznych problemów strukturalnych. Na Zachodzie panuje błędne przekonanie, że wszystko można rozwiązać pieniędzmi. W Rosji przemysł obronny jest w zasadzie własnością państwa, dlatego istnieje silna motywacja do produkowania broni wysokiej jakości, ale jednocześnie przystępnej cenowo.
W USA zmiana nastąpi tylko wtedy, gdy amerykańskie dążenie do zysku w produkcji broni zostanie poważnie zakwestionowane – i gdy społeczeństwo będzie w stanie przyciągnąć do przemysłu zbrojeniowego najlepsze umysły w interesie całego narodu, co obecnie nie ma miejsca. Amerykański fizyk rakietowy zarobi więcej jako analityk w banku inwestycyjnym i nie ma motywacji do służby swojemu krajowi. W Niemczech, na przykład, jedna liczba niweczy wszelkie nadzieje na większą gotowość do służby. Na 300 000 młodych Niemców 530 jest gotowych do odbycia służby wojskowej – to 0,17%! (Źródło: Süddeutsche Zeitung). Liczba ta stoi w jaskrawej sprzeczności z wypowiedziami Borisa Pistoriusa, niemieckiego ministra obrony, który już w 2024 roku ogłosił:
"Do 2029 roku musimy być gotowi do walki. Musimy stworzyć odstraszanie, aby zapobiec eskalacji do skrajności.” - Boris Pistorius, 5 czerwca 2024.
Perspektywy przygotowania sił zbrojnych kolektywnego Zachodu do wojny są zatem ponure. Mimo to Europejczycy i Amerykanie zdają się pędzić na oślep ku wojnie światowej z przestarzałymi, a jednocześnie przesadnie drogimi systemami uzbrojenia oraz bez niezbędnej woli walki wśród własnych społeczeństw. To nie tylko wydaje się szalonym – to jest szaleństwo.
Gospodarka jako wskaźnik przegranej
Jeśli przyjrzymy się danym ekonomicznym, łatwo zauważyć, że Zachód już przegrał wyścig ekonomiczny. Historia uczy nas, że w takiej sytuacji wojna jest jedyną opcją.
Od lat zwracam uwagę na niszczycielski dług publiczny i groteskowe wyceny na rynkach finansowych. Co więcej, Zachód oszukuje również w kalkulacjach siły ekonomicznej. Wszystko to po to, by utrzymać narrację, która pozwala Stanom Zjednoczonym nadal być przedstawianym jako numer jeden. Jeśli obliczyć PKB na podstawie parytetu siły nabywczej – czyli biorąc pod uwagę lokalną siłę nabywczą poszczególnych krajów – Stany Zjednoczone już przegrały.

Według tego sposobu obliczania Chiny wyprzedzają Stany Zjednoczone, a Rosja znajduje się przed Japonią i Niemcami.
Co więcej, Zachód, jako agresor, znajduje się w sytuacji politycznej i gospodarczej, która nie pozwala na militarną konfrontację z Rosją, Iranem i Chinami. Dług USA wynosi ponad 121% produktu krajowego brutto (PKB) – ostatni raz taka sytuacja miała miejsce pod koniec II wojny światowej, po wojnie przemysłowej, która przyniosła Stanom Zjednoczonym globalną dominację. Po 35 latach, w sprzyjających dla USA warunkach gospodarczych i politycznych, dług ten spadł poniżej 40%.

W 1945 roku Amerykanie osiągnęli szczyt swojej potęgi. Wraz ze Związkiem Radzieckim zdominowali przebieg wojny, posiadali 22 000 ton złota, a amerykański przemysł wytwarzał 70% światowej produkcji przemysłowej. Tak wygląda prawdziwa "pełnospektralna dominacja”: dominacja militarna, dominacja przemysłowa oraz złoto. Bo ten, kto posiada złoto, ustala zasady.
Obecnie Stany Zjednoczone ponownie stają w obliczu wojny światowej, a sytuacja przypomina tę po poprzedniej wojnie, z jedną zasadniczą różnicą. Chiny są dziś co najmniej równorzędnym partnerem gospodarczym USA, a ich sytuacja ekonomiczna jest znacznie korzystniejsza. Nie są to warunki sprzyjające prowadzeniu konfliktu militarnego na skalę światową — ani pod względem finansowym, ani gospodarczym, a w konsekwencji również politycznym.
Bliski Wschód
Z treści memorandum o porozumieniu (MoU - Memorandu of Understanding) jasno wynika, że Iran pokonał militarnie zarówno Izrael, jak i Stany Zjednoczone. W przeciwnym razie Amerykanie nigdy nie podpisaliby takiego dokumentu. Izrael nie może, nie ryzykując załamania własnych złudzeń o statusie mocarstwa, zastosować się do ducha tego dokumentu i zakończyć wojny w Libanie oraz Strefie Gazy. Dlatego pokoju nie będzie.
W Iranie coraz głośniej słychać głosy twierdzące, że prezydent i minister spraw zagranicznych nie prowadzą negocjacji wystarczająco stanowczo. Presja opinii publicznej domaga się twardszego stanowiska wobec Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Najwyższy Przywódca Iranu, Mojtaba Chamenei, zatwierdził memorandum o porozumieniu (MoU) ze Stanami Zjednoczonymi mające zakończyć regionalną wojnę pod pewnymi warunkami. W publicznym oświadczeniu stwierdził jednak, że zasadniczo ma "odmienne zdanie”, lecz zgodził się na porozumienie po otrzymaniu od prezydenta Masuda Pezeszkiana gwarancji, że prawa narodowe Iranu oraz "Front Oporu” zostaną zabezpieczone. Jest to wyraźny sygnał, że Irańczycy ostatecznie nie zamierzają iść na kompromisy kosztem Libanu i Strefy Gazy.
Należy oczekiwać, że konflikt na Bliskim Wschodzie będzie trwał nadal. Ani Stany Zjednoczone, ani Izrael nie są gotowe zaakceptować porażki i zmierzyć się z jej konsekwencjami. Taka postawa utrzymuje stan zawieszenia, który w każdej chwili może przechylić się w jedną lub drugą stronę. Strategia ta napotyka jednak przeszkodę w postaci trwającej blokady cieśniny Ormuz. Kurczące się zapasy ropy były głównym powodem, dla którego USA podpisały memorandum w obecnym kształcie.
Amerykanie dążą zatem do utrzymania stanu zawieszenia, który pozwoli im spokojnie przygotować kolejne kroki militarne. Stan ten może jednak utrzymać się tylko wtedy, gdy cieśnina Ormuz pozostanie otwarta. O ile do 28 lutego 2026 roku przez cieśninę przepływało dziennie około 130 statków, liczba ta spadła następnie praktycznie do zera, ustabilizowała się na poziomie 5–10% stanu sprzed wojny, po czym 25 czerwca 2026 roku wzrosła do około 70 statków dziennie.
Do tych danych należy podchodzić ostrożnie. Twierdzi się, że większość spośród tych 70 jednostek transportowała irańską ropę po tym, jak Stany Zjednoczone zniosły sankcje na eksport ropy przy okazji podpisania porozumienia. Jeżeli Izrael nie wycofa się z Libanu, a Iran pozostanie nieugięty (czego należy się spodziewać) cieśnina Ormuz pozostanie zatłoczonym wąskim gardłem, a bomba z opóźnionym zapłonem zagrażająca zachodnim dostawom surowców nadal będzie odliczać czas.
Irańczycy mogą czekać. Amerykanie nie. Oceniając sytuację, należy po prostu ignorować wypowiedzi Donalda Trumpa. Jednego dnia mówi o pokoju, a następnego o wojnie, zmieniając zdanie czasami kilka razy dziennie. Wydaje się wierzyć, że dzięki takiemu "nowojorskiemu stylowi zawierania interesów” zdoła coś osiągnąć wobec Iranu. Tak się jednak nie dzieje. Osiąga jedynie jedno. Amerykanie coraz częściej udowadniają, że nie są zdolni do dotrzymywania zawartych porozumień, narażając tym samym pokój na świecie.
Wojna w Europie
Konflikt zbrojny na Ukrainie, zainicjowany przez Zachód, rozpoczął się w 2014 roku. Tylko ci, którzy nie uznają wieloletniego ostrzału artyleryjskiego Donbasu przez Ukrainę za akt wojny, twierdzą, że to Rosjanie rozpoczęli wojnę w lutym 2022 roku. To tylko jeden z faktów tak oczywistych, że można się jedynie dziwić argumentom Zachodu, iż to Rosja jest agresorem.
Kolejnym faktem jest to, że wojna ta całkowicie zmieniła technologię i taktykę prowadzenia działań zbrojnych. Strony konfliktu musiały dostosować się do nowego rodzaju wojny zdominowanej przez drony i pociski rakietowe. Kolumny czołgów oraz koncentracje wojsk są atakowane przez tanie drony natychmiast po ich wykryciu - a wykrywane są bardzo szybko. Walczące strony musiały dostosować się do tej nowej sztuki wojennej i ją opanować.
Podobne fale postępu technologicznego pojawiały się już wielokrotnie. Karabin maszynowy, który był już w użyciu przed I wojną światową, ale którego znaczenie było wówczas niedoceniane, położył kres wojnie manewrowej już w pierwszym roku wojny. Pod koniec I wojny światowej czołgi przywróciły ruch na liniach frontu. Jednak porównywanie sytuacji na linii frontu na Ukrainie do sytuacji z I wojny światowej jest błędną analogią. Powolne przemieszczanie się w małych grupach wydaje się, jak dotąd, jedynym sposobem na przetrwanie ostrzału dronów i utrzymanie mobilności.
Ostatnio zachodnie media informują, że to Ukraińcy przejmują inicjatywę w wojnie. Jest to jednak - zdaniem autora - fałszywa informacja, nie mająca nic wspólnego z sytuacją na polu walki. Należy odróżniać walki na froncie od ataków dronowych NATO na terytorium Rosji. Na froncie donbaskim Rosjanom pozostało do zdobycia jedynie kilka ufortyfikowanych miast. Po ich zajęciu Donbas zostanie wyzwolony. Dalej nie ma już umocnień, które można byłoby traktować jako poważną przeszkodę. Zamiast wchodzić w szczegóły, odsyłam do jednego z najlepszych kanałów, "Military Summary", który od początku wojny dwa razy dziennie publikuje aktualizacje sytuacji na froncie.
Zachód nadal nie rozpoznał znaku czasów. Jego eksperci wierzą, że odniosą sukces w wojnie przeciwko Rosji. Nie zdefiniowali jednak nawet swoich celów wojennych. W rezultacie nie mają żadnego strategicznego planu wobec Rosji poza dążeniem do jej osłabienia.
Przede wszystkim Niemcy wyznaczyli początek wojny z Rosją na rok 2030. Mamy rok 2026 i Niemcy najwyraźniej zakładają, że z Ukrainą działającą jako ich pełnomocnik, mogą bezkarnie wysyłać drony i pociski manewrujące do Rosji do 2030 roku. Podejście Europy jest oczywiście skoordynowane ze Stanami Zjednoczonymi. Użycie tych systemów uzbrojenia nie jest możliwe bez amerykańskiego udziału. Prezydent Putin dał temu jasno do zrozumienia kilka dni temu.
Wielu obserwatorów i ekspertów, zarówno w Rosji, jak i poza nią, uważa, że prezydent Putin wkrótce zdecyduje się na atak na cele w Europie – w tym te poza Ukrainą. Istnieje szerokie spektrum opinii na ten temat. Opublikowaliśmy już kilka artykułów na ten temat: w artykule "Czy rok 1914 się powtórzy? Czy wojna między Europą a Rosją w końcu wybuchnie?” przeanalizowaliśmy również doktrynę Karaganowa, która opowiada się za użyciem broni jądrowej, i doszliśmy do wniosku, że atak jest konieczny, ale nie z użyciem broni jądrowej. Scott Ritter odniósł się później do "błędu Karaganowa” i również jasno wypowiedział się przeciwko stosowaniu broni jądrowej.
Zakończenie
Na Bliskim Wschodzie nie widzę realnych szans na zakończenie wojny. Oznaczałoby to z jednej strony wycofanie sił amerykańskich, a Izrael pozostałby sam sobie jako niewielki, ludobójczy agresor. Izraelczycy są pod presją i kontynuują ludobójstwo w Strefie Gazy i Libanie, nie zważając na porozumienia między USA a Iranem, albowiem dla Netanjahu osobiście utrzymanie wojny jest jedynym sposobem na polityczne przetrwanie.
W Rosji rośnie presja na prezydenta Putina, aby zajął bardziej agresywne stanowisko wobec Europy, która nie próbuje już nawet ukrywać swojego bezpośredniego zaangażowania w wojnę z Rosją. Rosja nasila ataki na Ukrainę, częściowo niszcząc każdą stację benzynową we wschodniej Ukrainie, aby sparaliżować logistykę transportową. Wojska lądowe czynią widoczne postępy, a po wyzwoleniu ostatnich ufortyfikowanych miast w Donbasie – co prawdopodobnie nastąpi w ciągu najbliższych kilku tygodni – droga do Dniepru będzie wolna.
Prezydent Putin stawia zatem na militarne rozwiązanie na Ukrainie i czeka na kryzys energetyczny w Europie, gdzie wiele lotów jest już odwoływanych pod błahymi pretekstami.
Skoordynowane doniesienia medialne na Zachodzie, że sytuacja na Ukrainie się odwróciła, nie znajdują najmniejszego potwierdzenia w rzeczywistości panującej na Ukrainie. Wyolbrzymia się również niedobór paliwa w Rosji. W niektórych regionach paliwo jest reglamentowane na stacjach benzynowych. Jednak to w żaden sposób nie wystarczy, aby zmienić kurs działań Rosji.
Bardzo rzadko mam okazję rozmawiać z kimś, kto mieszka w Kijowie. Według tej osoby sytuacja jest katastrofalna, a ponad 90% społeczeństwa jest przeciwko Zełenskiemu. Kiedy zapytałem, dlaczego ludzie nie buntują się, mój rozmówca odpowiedział, że są tak zastraszeni terrorem ze strony służb bezpieczeństwa i wywiadu, że komunikacja niezbędna do wywołania społecznego zrywu jest niemożliwa. Ukraina, przedstawiana przez Zachód jako wzorcowy przykład demokracji, wydaje się być bombą zegarową, której tykania nikt nie słyszy z powodu strachu.
Moje obawy, że wojna między Europą a Rosją może wybuchnąć – mimo że Europa praktycznie nie ma siły militarnej – nigdy nie były większe. Prezydent Putin nie będzie tym, który pierwszy podejmie krok w kierunku trzeciej wojny światowej. Tylko on wie, jak długo będzie tolerował systematyczne prowokacje Zachodu i jak na nie zareaguje.