Ameryka kończy 250 lat. Gdy miała 125, wydawało się, że to koniec - James Hickman, Schiff Sovereign, 3.07.2026.

Po południu 6 września 1901 roku prezydent William McKinley stał w rzędzie powitalnym na Wystawie Panamerykańskiej w Buffalo w stanie Nowy Jork, ściskając dłonie tłumowi życzących mu dobrze ludzi.


Jedną z osób w tłumie był młody mężczyzna o nazwisku Leon Czołgosz (potomek polskich imigrantów, urodzony w Alpenie, Michigan), który cierpliwie czekał z rewolwerem owiniętym chustką do nosa. Gdy dotarł na początek kolejki, dwukrotnie strzelił prezydentowi w brzuch. McKinley zmarł osiem dni później, a Czolgosz, bezrobotny robotnik fabryczny, został stracony na krześle elektrycznym, nie okazując najmniejszego śladu skruchy. Utrzymywał, że jego obowiązkiem było zgładzenie symbolu ucisku.

Czolgosz nie był obłąkanym szaleńcem, lecz raczej produktem swoich czasów. Ameryka roku 1901 miała za sobą 125 lat historii - dokładnie połowę drogi między Deklaracją Niepodległości a dniem dzisiejszym. I choć gospodarka Stanów Zjednoczonych była już wówczas największą na świecie, rok 1901 nie sprawiał wrażenia momentu, w którym naród pewnym krokiem wkraczał w "Amerykańskie Stulecie".

Amerykański system finansowy przechodził od jednego kryzysu do kolejnego, a dla bardzo wielu obserwatorów młoda republika wyglądała mniej jak wschodzące mocarstwo, a bardziej jak kraj pogrążający się w chaosie.

Podział na bogatych i biednych pogłębiał się, a gwałtowne ruchy socjalistyczne zaczęły się rozprzestrzeniać. Zabójstwa polityczne, terroryzm i zamachy bombowe stały się stałym elementem życia publicznego.

Przemoc polityczna nie zakończyła się wraz z zabójstwem McKinleya. Zwolennicy włoskiego anarchisty Luigiego Galleaniego przez wiele lat prowadzili kampanię zamachów bombowych wymierzonych w sędziów, polityków i przedsiębiorców.

Jej kulminacja nastąpiła w południe 16 września 1920 roku, kiedy zaprzęgnięty do konia wóz wypełniony materiałami wybuchowymi eksplodował przed siedzibą banku J.P. Morgan na Wall Street, zabijając trzydzieści osób i raniąc setki kolejnych. Sprawy nigdy nie rozwiązano.

Wielu z anarcho-socjalistów było imigrantami, co dolało oliwy do ognia gwałtownej reakcji przeciwko masowej imigracji. W samym tylko 1907 roku przez Ellis Island przeszło ponad milion ludzi. Imigranci napływali szybciej, niż ktokolwiek potrafił ich zasymilować, a społeczeństwo zaczynało mieć tego dość.

Kongres uchwalił przepisy nakładające na imigrantów obowiązek zdania testu umiejętności czytania i pisania, a następnie zakazał imigracji z całych państw. Początkowo zamknięto drzwi przed ludźmi z Azji i Bliskiego Wschodu. Kolejne ustawy wprowadziły ścisłe limity, zatrzaskując je również przed mieszkańcami Europy Południowej i Wschodniej, uznawanymi za niepożądanych.

Mimo to niestabilność trwała… podobnie jak dążenie rządu do konsolidacji władzy. Po tym, jak panika finansowa z 1907 roku omal nie doprowadziła do załamania systemu finansowego, Kongres wykorzystał ten strach do utworzenia Rezerwy Federalnej w 1913 roku. Był to pierwszy krok w kierunku pieniądza, który można było drukować według uznania.

Również w 1913 roku zmieniono Konstytucję, przyznając Kongresowi prawo do nakładania podatku dochodowego.

Podatek dochodowy (16. poprawka) został przedstawiony Amerykanom jako podatek od najbogatszych, który miałby dotyczyć jedynie 2% najbogatszych gospodarstw domowych w USA. Głupi socjaliści tamtych czasów uwierzyli w to kłamstwo i poparli tę poprawkę. W końcu bogaci powinni płacić sprawiedliwą część podatków.

W ciągu kilku dekad podatek dochodowy płaciło już trzy czwarte Amerykanów.

Mając do dyspozycji nowy bank centralny i nowe uprawnienia podatkowe, Waszyngton następnie pospiesznie przystąpił do udziału w I wojnie światowej (mimo że dzielił go od niej ocean), finansując to zadłużeniem na niewyobrażalną skalę. Szczerze mówiąc, to wszystko wyglądało dość ponuro.

A jednak, mimo że nieustannie napływały złe wiadomości i panował chaos, Ameryka jednocześnie dokonywała cudów. Henry Ford postawił kraj na kołach dzięki Modelowi T i ruchomej linii montażowej. Filmy kinowe przeszły drogę od ciekawostki do pełnoprawnej gałęzi przemysłu. Radio przekształciło się z hobby majsterkowiczów w narzędzie zdolne nadawać do każdego domu w kraju.

Były to amerykańskie przełomy, które przeorganizowały całą światową gospodarkę i utorowały drogę lepszym czasom. Siedemdziesiąt pięć lat później, podczas obchodów dwusetnych urodzin Ameryki, sytuacja nie wyglądała wiele lepiej. W 1976 roku gospodarka tkwiła w stagflacji, której istnienie "eksperci” wcześniej z całą stanowczością uznawali za niemożliwe.

Szoki naftowe upokorzyły kraj przy dystrybutorach paliwa. Amerykańska dominacja wydawała się należeć do przeszłości po klęsce w Wietnamie, a naród oglądał, jak prezydent Richard Nixon ustępuje ze stanowiska w niesławie. Terroryzm powrócił. Uprowadzenia samolotów były dość powszechne. Przestępczość szalała w miastach.

A jednak to, co nastąpiło później, przyniosło komputer osobisty, Internet, najdłuższy okres pokojowej ekspansji gospodarczej w historii kraju oraz odrodzenie, w które niemal nikt stojący w kolejce po benzynę w 1976 roku by nie uwierzył.

I to prowadzi nas do dzisiejszych 250. urodzin.

Przemoc polityczna ponownie stała się częścią amerykańskiego życia. Imigracja znów jest jednym z głównych problemów. Oszustwa i korupcja są wszechobecne (i niemal nikt nie ponosi za nie odpowiedzialności). A finanse Waszyngtonu są w gorszym stanie niż kiedykolwiek wcześniej w historii kraju. Dług publiczny przewyższa wartość całej gospodarki.

Jednocześnie amerykańskie firmy rozwijają sztuczną inteligencję, energetykę jądrową nowej generacji, robotykę i przełomowe rozwiązania biotechnologiczne, które mogą przekształcić światową gospodarkę jeszcze bardziej niż linia montażowa i Internet. Chaos i wynalazczość zawsze współistniały w Stanach Zjednoczonych - i nadal tak jest.

Ameryka narodziła się z rewolucji i przetrwała wojnę secesyjną, dwie wojny światowe, wielki kryzys, dekadę stagflacji oraz liczne paniki finansowe. Każdy z tych epizodów przyniósł lata prawdziwego cierpienia, ale za każdym razem kraj, który wydawał się śmiertelnie chory, powracał silniejszy niż kiedykolwiek.

Istnieje stare powiedzenie z kręgów politycznych (zwykle przypisywane Winstonowi Churchillowi, choć podobno po raz pierwszy wypowiedział je izraelski dyplomata): "Amerykanie zawsze zrobią to, co właściwe… po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości."

Niezależnie od tego, czy jest ono apokryficzne, czy nie, taki właśnie jest schemat. Właściwe rozwiązanie w końcu się pojawia, ale najpierw przychodzi ból.

Ameryka nie jest tylko państwem. Jest ideą, i być może najbardziej niezwykłą ideą, jaką kiedykolwiek stworzyli ludzie. Opiera się na dorobku gigantów - myśli greckiej, prawie rzymskim, wartościach chrześcijańskich oraz wolnorynkowym kapitalizmie - połączonych z przekonaniem o znaczeniu wolności jednostki równoważonej osobistą odpowiedzialnością.

Stawianie przeciwko tej idei było najgorszą inwestycją ostatnich 250 lat.

Dla jasności: posiadanie Planu B nie oznacza stawiania przeciwko Ameryce. Nie chodzi o to, by ukrywać się w bunkrze z konserwami i bronią, ponieważ koniec jest bliski.

Celem Planu B jest uczciwe spojrzenie na drogę prowadzącą od obecnej sytuacji do odbudowy: więcej inflacji, wyższe podatki i okres niestabilności, a także zadbanie o to, by mieć dostępne możliwości pozwalające przejść przez ten czas z pozycji siły.

Przy 250 latach istnienia naprawdę wierzę, że najlepsze dni Ameryka ma jeszcze przed sobą. Ale po drodze będzie też kilka bardzo trudnych.