Chińska gorączka złota i hamiltonowski zwrot USA - Andrei Jikh, 16.07.2026.

W ostatnim tygodniu w Chinach wydarzyło się coś bez precedensu. Po raz pierwszy największym funduszem ETF w kraju nie jest fundusz inwestujący w akcje, lecz fundusz oparty na złocie. To właśnie do niego trafia dziś najwięcej oszczędności chińskich inwestorów indywidualnych.


Dla porównania – w Stanach Zjednoczonych największą popularnością cieszą się fundusze śledzące indeks S&P 500, takie jak VOO, które pozwalają inwestować w największe amerykańskie spółki. Chiny mają swój odpowiednik takiego funduszu akcyjnego, jednak został on właśnie wyprzedzony przez "Guotai Gold ETF". Fundusz złota zgromadził już około 13 mld dolarów aktywów, podczas gdy największy fundusz akcyjny ma ich około 12 mld. To symboliczny moment. Pokazuje, że chińscy inwestorzy bardziej ufają dziś złotu niż krajowemu rynkowi akcji, a największa pula oszczędności detalicznych w drugiej największej gospodarce świata jest obecnie ulokowana właśnie w złocie.

Co interesujące, całe to zjawisko ma miejsce w okresie, gdy ceny złota notują wręcz załamanie. Przypomnijmy, że wcześniej w tym roku złoto osiągnęło szczyt na poziomie około 5600 dolarów za uncję, by następnie spaść o prawie 30%, do poziomu poniżej 4000 dolarów. I właśnie w trakcie tej przeceny Chiny zwiększyły zakupy złota. Nie dotyczy to wyłącznie zwykłych Chińczyków, ale także Ludowego Banku Chin, który dokupił złoto już 20. miesiąc z rzędu, ustanawiając tym samym najdłuższą nieprzerwaną passę zakupów od co najmniej 2015 roku. W samym czerwcu bank centralny nabył blisko 15 ton złota, co stanowi największy miesięczny zakup od października 2023 roku. Ponadto Chiny zaimportowały około 700 ton złota w ciągu zaledwie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, a od 2015 roku ich łączny import tego kruszcu przekroczył 14 tysięcy ton.

Nie tylko Ludowy Bank Chin zwiększa swoje rezerwy. Banki centralne na całym świecie również masowo skupują złoto – w samym maju odnotowano 41 ton zakupów netto. Kraje takie jak Polska, Uzbekistan czy Kazachstan dokupują złoto, podobnie jak wiele innych państw. Co więcej, 24 lipca cztery największe chińskie banki zamknęły swoim klientom indywidualnym możliwość kupowania złota. Miliony Chińczyków utraciły jeden z najprostszych sposobów inwestowania w ten kruszec. Oznacza to, że władze Chin chcą mieć pewność, iż ich obywatele nabywają fizyczne złoto, a nie jedynie jego papierową reprezentacje.

Gdyby cała ta sytuacja dotyczyła wyłącznie Chin, byłaby to już wystarczająco głośna historia. Jednak dwa tygodnie temu sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych przebywał w Nowym Jorku i opublikował w "Wall Street Journal” artykuł, w którym nakreślił amerykańskie plany gospodarcze. Chodzi o powrót do systemu ekonomicznego nazwanego na cześć Alexandra Hamiltona. Sekretarz zapewnił jednocześnie, że odwiedził Fort Knox i z satysfakcją donosi, iż całe amerykańskie złoto jest nienaruszone, a USA dysponują największymi na świecie rezerwami złota wycenianymi na ponad bilion dolarów według obecnych cen rynkowych.

Plan Scotta Bessenta dla amerykańskiej gospodarki to właśnie ekonomia hamiltonowska. Aby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do 5 grudnia 1791 roku, kiedy to Alexander Hamilton – pierwszy sekretarz skarbu USA, postać widniejąca na banknocie dziesięciodolarowym – przedstawił Kongresowi swój plan oparty na "Raporcie o manufakturach”. Dokument ten wyznaczył standardy funkcjonowania USA na następne 150 lat. W tamtym czasie Stany Zjednoczone były właściwie "krajem start-upem". Liczyły około 4 milionów obywateli, w większości rolników, i nie posiadały praktycznie żadnych fabryk. Niemal wszystko, co wytwarzano, jak narzędzia czy broń, pochodziło z importu z Imperium Brytyjskiego – tego samego imperium, od którego USA dopiero co wywalczyły niepodległość.

Hamilton ogłosił wówczas, że naród, który nie jest w stanie wytworzyć potrzebnych mu dóbr, nie jest tak naprawdę niezależnym państwem – niezależnie od tego, co głosi konstytucja. Jeśli gospodarka uzależniona jest od przeciwnika, pozostaje się jedynie kolonią na nieco innych zasadach. Jego rozwiązanie było dwuczęściowe. Po pierwsze, cła lub podatki na towary zagraniczne. Po drugie, subsydia dla amerykańskiego przemysłu. Chodziło o ochronę młodych amerykańskich firm, które nazywał "gałęziami przemysłu w powijakach”, dopóki nie urosną i nie staną się na tyle wydajne, by konkurować na arenie światowej. Strategia ta stała się amerykańskim systemem operacyjnym na kolejne 150 lat i dzięki niej USA przeszły drogę od kraju rolniczego bez fabryk do największej potęgi przemysłowej świata. W tym roku Donald Trump wygłosił przemówienie, w którym nawiązał do powrotu do tego systemu, mówiąc o opodatkowywaniu obcych narodów zamiast własnych obywateli.

Niemniej jednak, jak wskazuje historia, plan ten nieuchronnie prowadzi do upadku każdego imperium, gdy tylko wyrasta inne mocarstwo. Najnowszym przykładem jest Imperium Brytyjskie. Dla Brytyjczyków proces ten rozpoczął się w 1846 roku, kiedy to zniesiono tzw. "prawa zbożowe" ("Corn Laws") i Wielka Brytania przeszła na religię wolnego handlu, głoszoną światu z pozycji zwycięzcy. Inne kraje zwróciły jednak uwagę na fakt, że Brytyjczycy wcześniej sami korzystali z ekonomii hamiltonowskiej – wysokich ceł, subsydiów i polityk protekcjonistycznych – by po osiągnięciu dominującej pozycji gospodarczej na świecie zabraniać innym tego samego. Do 1931 roku Wielka Brytania przestała być globalnym imperium. Uległa deindustrializacji. Fabryki zamykano, przemysł przenosił się za granicę, a światowe przywództwo przeszło w ręce USA. Proces ten zajął około 85 lat, przez co mógł wydawać się niezauważalny. Obecnie to samo dzieje się to samo w Stanach Zjednoczonych. W Stanach Zjednoczonych wszystko zaczęło się w 1971 roku, kiedy dolar przestał mieć oparcie w złocie. W kolejnych dekadach coraz więcej firm przenosiło produkcję do krajów o niższych kosztach.

Dlaczego fabryki muszą opuszczać dany kraj? Powodem jest proces zwany sekurytyzacją, czyli tworzeniem rynków" papierowych aktywów", które z czasem sprawiają, że coraz większa część dochodów pochodzi z "operacji finansowych", a nie z wytwarzania rzeczywistych dóbr. Wszystkie wielkie imperia z czasem coraz bardziej opierały swoje gospodarki na rynkach finansowych. Problem polega w tym, że taki model stopniowo osłabia realną gospodarkę. Firmom bardziej opłaca się podnosić wyceny przez skup akcji własnych (buybacki) niż budowę nowych fabryk czy inwestycje w produkcje. Jednocześnie, aby obniżyć koszty, przenoszą zakłady za granicę, kupują tańsze części i zatrudniają tańszych pracowników z zagranicy zamiast lokalną siłę roboczą.

Tańsze jurysdykcje oznaczają mniejsze koszty, zyski wzrastają, ceny akcji szybują, a "papierowe bogactwo" powiększa się. Proces ten jednocześnie okrada naród ze zdolności do wytwarzania dóbr. Po 85 latach takiego postępowania kraj staje się "nagi”. Po wielu dekadach takiego działania kraj może sprawiać wrażenie bogatego, bo ma silną walutę i wysokie ceny akcji, ale w rzeczywistości może mieć problem z samodzielnym wytwarzaniem tego, czego potrzebuje. Szczególnie w czasie wojny lub kryzysu. Dodatkowo państwa, które wcześniej były tylko dostawcami tanich produktów, rozwijają własny przemysł i stają się konkurentami. A w konflikcie nie można być pewnym, że inne kraje sprzedadzą potrzebne nam towary tylko dlatego, że zapłacimy własną walutą.

W zamian za utratę przemysłu kraj zyskuje jednak nieograniczony wybór marek i tanie produkty. Od 2000 roku w USA ceny telewizorów spadły o 98 procent, zabawek o 74 procent, a oprogramowania o 73 procent. Jednocześnie wszystko, czego nie można sprowadzić z Chin, poszło w przeciwnym kierunku: ceny mieszkań wzrosły o 111 procent, opieki nad dziećmi o 159 procent, czesnego na uczelniach o niemal 200 procent, a usług szpitalnych o 281 procent. Taka była cena tej wymiany. Ameryka została wyprzedana, gospodarka wydrążona od środka, właściciele aktywów bogacili się na papierze, a konsumenci otrzymali nieograniczony wybór tanich dóbr – w zamian za utratę bazy przemysłowej i dobrze płatnych miejsc pracy, które niegdyś pozwalały utrzymać całą rodzinę z jednej pensji.

Teraz USA rozglądają się i zastanawiają, jak cofnąć ten proces. Ludzie administracji Trumpa próbują wrócić do systemu hamiltonowskiego, co potwierdza styczniowe wystąpienie Jamiesona Greera, amerykańskiego przedstawiciela handlowego (US Trade Representative), na forum w Davos, gdzie mówił o powrocie do tej doktryny. Dwa tygodnie później Ameryka zaatakowała Iran, a wiadomość ta zniknęła z nagłówków. Jednak 23 czerwca sekretarz skarbu Scott Bessent opublikował w Wall Street Journal artykuł zatytułowany "Hamilton inspiruje gospodarczą sztukę państwową Trumpa”, w którym wymienił pięć zasad.

  1. Kraj musi sam coś produkować. Bez własnych fabryk i przemysłu państwo jest zależne od innych i ma słabszą pozycję.

  2. Handel z innymi krajami musi być sprawiedliwy. Jeśli Ameryka pozwala innym sprzedawać swoje towary na swoim rynku, oczekuje podobnego traktowania w drugą stronę.

  3. Ameryka chce ustalać zasady przyszłej gospodarki. USA powinny mieć wpływ na to, jak będzie wyglądał światowy handel, technologia i finanse.

  4. Pieniądze i system finansowy są narzędziem siły. Silna waluta, banki i wpływ na światowe finanse dają państwu możliwość wywierania nacisku na inne kraje.

  5. Gospodarka powinna być dla obywateli a nie obywatele dla gospodarki. Polityka gospodarcza nie ma służyć tylko firmom czy inwestorom, ale zwykłym ludziom i ich miejscom pracy.

USA próbóją zatem:

  • Odbudować własny przemysł - sprawić, żeby fabryki wróciły do USA i żeby Amerykanie znowu produkowali więcej towarów u siebie.
  • Poprawić sytuację zwykłych obywateli - zapewnić ludziom stabilne miejsca pracy, dobre pensje i poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego.
  • Utrzymać silnego dolara, który jest ważną walutą światową i daje USA ogromną przewagę finansową.

Problem polega na tym, że te trzy cele są niemożliwe do osiągnięcia jednocześnie. Jak tym dowcipie: "tanio, szybko i dobrze" - jeden z nich zwykle musi zostać poświęcony.

Jeżeli USA chcą odbudować fabryki i zapewnić dobre miejsca pracy swoim obywatelom, muszą sprawić, żeby produkcja w Ameryce stała się bardziej opłacalna. Jednym ze sposobów byłoby osłabienie dolara. Obecnie mocny dolar powoduje, że amerykańskie produkty są drogie w porównaniu z produktami z krajów, gdzie koszty pracy są niższe.

Jeżeli natomiast USA chcą utrzymać silnego dolara i jednocześnie chronić poziom życia obywateli, wtedy najłatwiejszym rozwiązaniem jest kupowanie tanich produktów z zagranicy. Konsumenci mogą cieszyć się niższymi cenami, ale firmy mają mniejszą motywację, żeby cokolwiek produkować w kraju. Produkcja zostaje za granicą, a miejsca pracy w przemyśle nie wracają. Właśnie taki model dominował w Ameryce przez ostatnie dziesięciolecia: tani import pomagał konsumentom, ale stopniowo osłabiał krajowy przemysł.

Trzecia możliwość to odbudowa przemysłu przy jednoczesnym zachowaniu silnego dolara. W takim przypadku USA musiałyby chronić swoje firmy przed tańszymi produktami z zagranicy poprzez bardzo wysokie cła. Cła sprawiłyby, że importowane towary stałyby się droższe, dzięki czemu amerykańskie firmy mogłyby łatwiej konkurować. Jednak koszt tych ceł ponieśliby konsumenci. Wiele produktów zdrożałoby - od elektroniki po samochody i codzienne zakupy. To mogłoby prowadzić do wzrostu inflacji i obniżenia poziomu życia.

USA muszą zdecydować, czy ważniejsze jest utrzymanie tanich produktów i silnego dolara, czy odbudowa własnego przemysłu i miejsc pracy. Każdy wybór ma swoją cenę. Nie można łatwo mieć jednocześnie taniego importu, silnej waluty i potężnego przemysłu krajowego.

Sekretarz Skarbu USA, Scott Bessent jest zbyt inteligentny, by tego nie wiedzieć. Już pośrednio wskazał, którą nogę poświęci. Najprawdopodobniej będzie to dolar. Zrobi to jednak w sprytny sposób, wykorzystując inne aktywo jako zawór bezpieczeństwa. Neutralne aktywo rezerwowe, które nie jest walutą żadnego kraju i które może wchłonąć dostosowanie cenowe dolara bez wysadzania systemu gospodarczego. Jedynym aktywem na Ziemi z kilkuset tysiącletnim doświadczeniem w tej roli jest złoto.

I tu wracamy do Chin. Chiny wiedziały o tym wszystkim od co najmniej 2009 roku. Po kryzysie finansowym, gdy Lehman Brothers upadł, zachodni system finansowy stanął na krawędzi, a Rezerwa Federalna zaczęła drukować pieniądze na potęgę, Chiny siedziały z bilionami dolarów w amerykańskich obligacjach, patrząc na to z przerażeniem. Ich narodowe oszczędności były niczym więcej niż wekslem od kraju, który właśnie drukował nieograniczoną ilość pieniędzy na rozwiązanie problemu, który sam stworzył, dewaluując ich portfele.

W marcu 2009 roku prezes chińskiego banku centralnego opublikował oficjalny artykuł zatytułowany "Reforma międzynarodowego systemu monetarnego”, w którym stwierdził, że pożądanym celem reformy jest stworzenie międzynarodowej waluty rezerwowej odłączonej od poszczególnych narodów, stabilnej w długim terminie, co wyeliminowałoby wady wynikające z używania kredytowych walut narodowych. Innymi słowy, światowe oszczędności nie powinny być przechowywane w walucie jednego kraju (której wartością kraj ten może dowolnie manipulować lub długoterminowo dewaluować).

Potrzebne jest neutralny aktywo, którego nikt nie kontroluje. Szef chińskiego banku centralnego zasugerował nawet wskrzeszenie pomysłu Johna Maynarda Keynesa z lat 40. XX wieku – neutralnej waluty międzynarodowej zwanej Bancor, opartej na koszyku około 30 surowców, której zadaniem było utrzymywanie idealnie zrównoważonego handlu między narodami. System ten miał karać zarówno kraje z deficytem, jak i z nadwyżką handlową, uniemożliwiając jednej gospodarce drenowanie drugiej. W 1944 roku Stany Zjednoczone odrzuciły tę propozycję, ponieważ to właśnie one miały wtedy ogromną nadwyżkę handlową. Były ówczesnymi Chinami. Dlatego pomysł Keynesa został odrzucony, a świat otrzymał system waluty dolarowo-złotej (dewizowo-złotej).

Jak ironicznie podkreśla amerykański przedstawiciel handlowy Greer w Davos, Stany Zjednoczone miały wówczas dużą nadwyżkę handlową, co mogło mieć coś wspólnego z odrzuceniem pomysłów Keynesa. W 2009 roku Chiny cytowały Keynesa, mówiąc światu, że system dolara jest popsuty i potrzebny jest neutralny aktyw rezerwowy – i nikt ich nie słuchał. Siedemnaście lat później to USA są na przegranej pozycji w systemie, który same zaprojektowały, i cytują tego samego ekonomistę, wysuwając dokładnie ten sam argument co niegdyś Chiny.

Ale nie chodzi już tylko o Chiny – w 2010 roku prezes Banku Światowego Robert Zoellick (były urzędnik amerykańskiego Departamentu Skarbu) napisał w "Financial Times”, że świat powinien rozważyć użycie złota jako międzynarodowego punktu odniesienia dla systemu monetarnego. W 2016 roku Ken Rogoff, były główny ekonomista MFW, napisał, że rynki wschodzące powinny zamienić ogromne ilości dolarów w rezerwach na złoto, dodając, że złoto, pomimo niemal stałej podaży, nie ma problemu z limitem cenowym.

Keynes w 1944 roku, Chiny w 2009 roku, Bank Światowy w 2010 roku, MFW w 2016 roku, a wreszcie Greer i Bessent w 2026 roku – to wszystko warianty tego samego postulatu. Powrotu do neutralnego aktywa rezerwowego w celu zrównoważenia globalnego handlu. I tylko jedno aktywo w historii naprawdę skutecznie spełniało to zadanie.

Problem w tym, że złoto przy dzisiejszych cenach jest zbyt tanie, by móc pełnić tę funkcję. Aby matematyka się zgadzała, cena musi być znacznie, znacznie wyższa. Szacunki mówią o około 38 tysiącach dolarów za uncję – wtedy największa nierównowaga handlowa, czyli ta z Chinami, zostałaby zbilansowana. Skąd ta liczba? Bierze się z podzielenia chińskiej nadwyżki handlowej (około 1,2 biliona dolarów) przez chiński import złota (940 ton w zeszłym roku). Przy dzisiejszej cenie złoto jest po prostu zbyt tanie, by rozliczać światowy handel, ale przy 38 tysiącach dolarów za uncję pokryłoby jego większość.

Gdyby ta teoria była prawdziwa, zaczęlibyśmy obserwować kraje i banki centralne skupujące ogromne ilości złota. I dokładnie to widzimy. Ludowy Bank Chin kupuje złoto od 20 miesięcy, w tym największy zakup od trzech lat, w momencie, gdy cena spadała o 30 procent, co dowodzi, że bank centralny nie przejmuje się ceną, bo nie chce zarabiać – gromadzi aktywo, które jego zdaniem będzie rządzić światem w przyszłości. Światowe banki centralne od trzech lat kupują około 1000 ton złota rocznie, czyli dwukrotnie więcej niż w poprzedniej dekadzie, a kraje takie jak Polska, Uzbekistan czy Kazachstan dokupują, podczas gdy praktycznie nikt nie sprzedaje.

W tym kontekście chiński zakaz handlu "papierowym złotem" nabiera sensu. Jeśli złoto ma być neutralnym aktywem rezerwowym, ostatnią rzeczą, jakiej byśmy chcieli, jest gigantyczna piramida finansowa papierowych roszczeń do fizycznego złota, tłumiąca jego cenę. Chiny chcą, by ich obywatele trzymali fizyczne złoto – monety, sztabki, ETF-y poparte kruszcem w skarbcu, a nie cudzy weksel z dźwignią i kontraktami terminowymi. Wygląda więc na to, że Chiny "odpapierowują” złoto przed ewentualną rewaluacją.

Gdy to wszystko się dzieje, amerykański eksport złota niemonetarnego gwałtownie rośnie – osiągając największy wzrost w historii, który rozpoczął się w czwartym kwartale ubiegłego roku, tuż po spotkaniu amerykańskich i chińskich urzędników. Jeśli USA chcą faktycznie wrócić do bardziej do bardziej "hamiltonowskiego” modelu gospodarki (czyli takiego, w którym państwo mocniej wspiera własny przemysł i produkcję), to przez pewien czas mogą potrzebować większej ilości złota w obrocie międzynarodowym i część tego złota będzie trafiać do Chin.

Istnieją dwa możliwe zakończenia tej historii.

  1. Plan się nie udaje. Jeżeli program 'Make America Great Again” (MAGA) nie doprowadzi do odbudowy przemysłu, a zadłużenie USA będzie dalej rosło, ludzie mogą zacząć tracić zaufanie do rządu, dolara i całego systemu finansowego. W takim przypadku obecny model gospodarczy, który działa od 1971 roku (czyli od momentu odejścia od powiązania dolara ze złotem), mógłby zacząć się rozpadać. Można porównać to do okresu między 1922 a 1945 rokiem, kiedy świat przechodził przez ogromne kryzysy: Wielki Kryzys, problemy walutowe i II wojnę światową. W takiej sytuacji ludzie często szukają czegoś, co zachowuje wartość niezależnie od decyzji rządów. I dlatego kupują złoto. W tym scenariuszu cena złota mogłaby gwałtownie wzrosnąć. Inwestorzy uciekaliby od pieniędzy papierowych do fizycznego majątku.

  2. Plan się udaje. USA skutecznie odbudowują swój przemysł, sprowadzają część produkcji z powrotem do kraju, zmniejszają zależność od zagranicznych dostawców i powstaje równowaga w handlu światowym. W takim przypadku świat mógłby stopniowo przejść do nowego systemu finansowego, w którym złoto pełniłoby rolę neutralnego zabezpieczenia między państwami. Oznaczałoby to, że kraje nie opierałyby całkowicie handlu na jednej walucie (np. dolarze), ale złoto mogłoby służyć jako pewnego rodzaju "wspólny punkt odniesienia” przy rozliczeniach. Oznaczałoby to zmianę spokojną i kontrolowaną.

Co to oznacza dla portfeli inwestycyjnych? Najprawdopodobniej zobaczymy rotację kapitału z sfinansjalizowanej Ameryki do realnej Ameryki – infrastruktury i surowców. W takim świecie inflacja będzie przewyższać dolara, rynek akcji przewyższy inflację i dolara, a złoto przewyższy wszystko inne. Od początku 2018 roku, gdy rozpoczęła się pierwsza wojna handlowa z Chinami, S&P 500 wzrósł o 161 procent w dolarach, co brzmi świetnie, ale mierzony w złocie spadł o 15 procent. Długoterminowe obligacje skarbowe, najbezpieczniejsze aktywa świata, straciły 31 procent w dolarach i 78 procent w złocie. Z kolei spółki wydobywcze złota zyskały ponad 200 procent.

Wyceny ceny dolarowe na ekranach są iluzją gdy mierzymy je w prawdziwym pieniądzu. Nie oznacza to jednak, że złoto za tydzień czy za rok osiągnie rekordowe wyceny. To nie wydarzy się z dnia na dzień. Przed nami jeszcze wiele lat akumulacji między narodami i bankami centralnymi.

Co niezwykłe, cała ta wiedza nie jest tajemnicą. Pojawia się w "Wall Street Journal”, była ogłoszona w Davos, leży na widoku, ale ludzie często nie zauważają jej znaczenia. Informacje są dostępne, jednak większość osób patrzy na każde wydarzenie osobno, zamiast zobaczyć, że mogą one być elementami większej układanki dotyczącej zmiany zasad funkcjonowania światowej gospodarki.

Kapitał będzie odpływał z papierowych aktywów Ameryki do prawdziwych dóbr, a złoto będzie głównym beneficjentem tej zmiany.