"Naród bankrutów", Niall Ferguson, "Potęga pieniądza. Finansowa historia świata", 2013.

Memphis w stanie Tennessee słynie z Elvisa Presleya, sosów barbecue i bankructw. Jeśli chcemy zrozumieć, w jaki sposób dzisiejsi bankierzy – następcy Medyceuszy – radzą sobie z problemem ryzyka kredytowego, które stwarzają nierzetelni kredytobiorcy, to Memphis jest do tego właściwym miejscem.


Każdego roku w Stanach Zjednoczonych notuje się średnio od miliona do dwóch milionów bankructw. Niemal wszystkie dotyczą osób, które ogłaszają niewypłacalność, nie mogąc uregulować ciążących na nich zobowiązań finansowych. Zdumiewająco wiele z tych bankructw zdarza się w Tennessee. Niezwykłe wydaje się to, że jest to proces stosunkowo bezbolesny, jeśli porównać go z sytuacją osób niewypłacalnych w szesnastowiecznej Wenecji czy w niektórych dzielnicach dzisiejszego Glasgow. Większość dłużników, którzy wpadli w kłopoty w Memphis, może uniknąć spłaty długu lub przynajmniej ograniczyć jego wysokość bez poczucia wstydu i bez przeżywania poważnych napięć psychicznych. Jest rzeczą wielce zagadkową, że najpotężniejsza na świecie gospodarka kapitalistyczna z tak dużym pobłażaniem traktuje tych, którzy ponoszą ekonomiczną porażkę.

Kiedy latem 2007 roku po raz pierwszy odwiedziłem Memphis, byłem zafascynowany wszechobecnością łatwych kredytów i łatwych bankructw. Wystarczy przejść się którąś z ulic w pobliżu centrum miasta. Najpierw trafia się na galerie handlowe i bary szybkiej obsługi, w których mieszkańcy stanu Tennessee zostawiają większość swoich pieniędzy. Tuż obok urzęduje "doradca podatkowy”, gotowy pomóc tym, którym brakuje gotówki, ubiegać się o ulgę podatkową dla osób o niskich dochodach. Widziałem tam kantor oferujący pożyczki pod zastaw samochodów, a także firmę udzielającą pożyczek zabezpieczonych drugą hipoteką w księdze wieczystej ("second mortgage company") oraz punkt realizacji czeków oferujący pożyczki na poczet przyszłej pensji (oprocentowane na 200%), nie wspominając już o lombardzie wielkości domu towarowego.

W niewielkiej odległości od lombardu osoby, które zastawiły w nim już cały swój dobytek, mogły za niewielką opłatą wypożyczyć sobie meble lub telewizor. A obok? Plasma Center, gdzie chętnym oferuje się 55 dolarów za oddanie krwi. Dzisiejsze Memphis nadało więc zupełnie nowe znaczenie określeniu "krwawica”. Łatwiej wprawdzie oddać litr krwi niż funt ciała, ale generalnie zasada pozostaje ta sama. W Memphis konsekwencje niespłacenia kredytu są jednak znacznie mniej poważne niż w Wenecji, gdzie nieszczęsny Antonio omal nie stracił życia z powodu swoich długów. Po wizycie w Plasma Center wstąpiłem do biura George’a Stevensona, jednego z prawników, którzy zarabiają na życie, reprezentując interesy swoich klientów przed Sądem Upadłościowym (United States Bankruptcy Court Western District of Tennessee).

W okresie mojej podróży do Tennessee w samym okręgu Memphis w ciągu roku składano około 10 tysięcy wniosków o ogłoszenie bankructwa, nie byłem więc zaskoczony, widząc tłum ludzi kłębiący się na korytarzach Sądu Upadłościowego. Wygląda na to, że system działa bardzo sprawnie. Kolejni klienci zjawiają się ze swoimi prawnikami, którzy w ich imieniu układają się z wierzycielami. Istnieje nawet szybka ścieżka dla szczególnie niecierpliwych, choć średnio tylko trzy na pięć bankructw kończy się ugodą z wierzycielami. Możliwość wydobycia się z niemożliwych do spłacenia długów i rozpoczęcia wszystkiego od nowa jest jedną z największych osobliwości amerykańskiego kapitalizmu.

Na początku XIX wieku, a więc w czasach, kiedy w Anglii za długi można było trafić na wiele lat za kratki, w Stanach Zjednoczonych dłużnikom więzienie nie groziło. Od 1898 roku każdy Amerykanin miał prawo ogłosić bankructwo ("likwidację”), odwołując się do rozdziału 7 prawa upadłościowego, lub na podstawie rozdziału 13 tegoż prawa wnioskować o dobrowolne przekształcenie zadłużenia, przedkładając proponowany plan jego spłaty. Obywatele Stanów Zjednoczonych, zarówno bogaci, jak i biedni, wydają się uznawać bankructwo za swoje "niezbywalne prawo”, niemal na równi z konstytucyjnie zagwarantowanym "prawem do życia, wolności i poszukiwania szczęścia”. Prawo amerykańskie ma zachęcać do przedsiębiorczości, do otwierania własnych firm i tworzenia nowych miejsc pracy. A to oznacza, że ludziom daje się drugą szansę, kiedy ich plany się nie powiodą, że pozwala się osobom niemal genetycznie skazanym na podejmowanie ryzyka, aby uczyły się na własnych błędach, zanim dowiedzą się w końcu, jak zarobić swój pierwszy milion. Wszak dzisiejszy bankrut już jutro może się okazać wybitnym przedsiębiorcą. Na pierwszy rzut oka teoria ta wydaje się sprawdzać. Wielu największych amerykańskich biznesmenów na początku swojej drogi życiowej doświadczyło bankructwa. Było tak między innymi w przypadku króla ketchupu Johna Henry’ego Heinza, słynnego przedsiębiorcy cyrkowego Phineasa Barnuma czy magnata samochodowego Henry’ego Forda. Wszyscy oni stali się bajecznie bogaci także dlatego, że mogli zaryzykować, przegrać i spróbować raz jeszcze.

Jeśli jednak przyjrzeć się nieco uważniej, okaże się, że to, co dzieje się w Tennessee, ma niewiele wspólnego z przedsiębiorczością. Ludzie czekający na korytarzach Sądu Upadłościowego w Memphis nie są plajtującymi biznesmenami. To zwykli obywatele, nie będący w stanie zapłacić swoich, często wysokich, rachunków za leczenie, które spadają znienacka na Amerykanów nie mających prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego. Możliwość ogłoszenia bankructwa mogła być wprowadzona z myślą o przedsiębiorcach i ich interesach, lecz dzisiaj 98% wniosków upadłościowych składają osoby prywatne, które nie zajmują się przedsiębiorczością. Główną przyczyną bankructwa okazuje się nie działalność gospodarcza, ale życie na kredyt.

W roku 2007 kredyty konsumpcyjne w Stanach Zjednoczonych osiągnęły rekordową sumę 2,5 biliona dolarów. W 1959 roku kredyty owe stanowiły 16% rozporządzalnych dochodów osobistych Amerykanów. Obecnie sięgają już 24%. Jednym z wyzwań, jakie stoją dzisiaj przed historykiem finansów, jest zrozumienie przyczyn gwałtownego zadłużania się gospodarstw domowych oraz oszacowanie możliwych skutków nieuchronnego, jak się wydaje, wzrostu liczby bankructw ogłaszanych w stanach takich jak Tennessee. Aby to uczynić, musimy uwzględnić w naszych rozważaniach szereg istotnych składników systemu finansowego: rynek obligacji, rynek papierów wartościowych, rynek ubezpieczeń, rynek nieruchomości, a także niezwykłą globalizację wszystkich tych rynków, dokonującą się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat.

Zasadnicza przyczyna tkwi jednak zapewne w ewolucji pieniądza i bankowości. Wydaje się rzeczą niezaprzeczalną, że zerwanie związku między emisją papierowego pieniądza a jego zabezpieczeniem w postaci rezerw złota doprowadziło do bezprecedensowej ekspansji monetarnej, a co za tym idzie – do boomu kredytowego na niespotykaną dotąd skalę.

Jeśli mierzyć płynność stosunkiem procentowym szerokiej bazy monetarnej do wielkości dochodu narodowego na przestrzeni ostatnich stu lat, to widać wyraźnie, że od lat 70. XX wieku w najlepiej rozwiniętych gospodarkach świata nastąpiła wyraźna tendencja do zaburzenia proporcji na rzecz ekspansji pieniężnej. Z około 70% przed zamknięciem "złotego okna” do ponad 100% w 2005 roku. Wzrost ten był szczególnie gwałtowny w strefie euro. Z niewiele ponad 60% w 1990 roku do prawie 90% obecnie. W tym samym czasie współczynnik wypłacalności banków (stosunek kapitału do aktywów) w krajach rozwiniętych powoli, lecz konsekwentnie spadał. W Europie kapitał banku stanowi dziś mniej niż 10% jego aktywów, choć jeszcze na początku XX wieku było to 25%. Innymi słowy, banki nie tylko przyjmują więcej depozytów, ale też pożyczają większą niż dawniej część pieniędzy zgromadzonych na lokatach i zmniejszają swoją bazę kapitałową.

Aktywa banków (tzn. udzielone kredyty) w najlepiej rozwiniętych gospodarczo krajach świata sięgają dziś 150% łącznego PKB tych krajów. Według Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS - Bank for International Settlement) wszystkie międzynarodowe aktywa banków w grudniu 2006 roku były warte łącznie 29 bilionów dolarów, co stanowiło około 63% światowego PKB .

Czy może zatem dziwić, że pieniądze nie zachowują już swojej wartości, tak jak czyniły to jeszcze w erze systemu waluty złotej? Banknot dolarowy w swoim dzisiejszym kształcie pojawił się w 1957 roku. Od tamtej pory jego siła nabywcza, określana na podstawie wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI Consumer Price Index), spadła aż o 87%. Średnia roczna stopa inflacji w tym okresie wynosiła 4%, była więc dwukrotnie wyższa od tej, z którą miała do czynienia Europa podczas tzw. rewolucji cenowej spowodowanej napływem srebra z Potosí. Ktoś, kto w roku 1970, gdy "złote okno” było wciąż jeszcze uchylone, wymieniłby 1000 dolarów oszczędności na złoto, otrzymałby za nie prawie 27 uncji tego cennego kruszcu. W chwili gdy piszę te słowa (2012), cena złota sięga 1000 dolarów za uncję, co oznacza, że człowiek ów mógłby sprzedać posiadane przez siebie złoto za 26 596 dolarów.

Świat bez pieniędzy byłby światem o wiele gorszym od tego, który znamy. Nie można twierdzić (jak Szekspirowski Antonio), że wszyscy pożyczkodawcy to pijawki wysysające krew z nieszczęsnych dłużników. Tak działają lichwiarze, ale banki zmieniały się od czasów Medyceuszy właśnie po to, aby (jak ujął to zwięźle trzeci lord Rothschild) "ułatwić przepływ pieniędzy z punktu A, w którym się akurat znajdują, do punktu B, w którym są potrzebne” .

Kredyt i dług, mówiąc krótko, są podstawowym budulcem rozwoju gospodarczego, równie istotnym dla dobrobytu państwa jak kopalnie, produkcja przemysłowa czy telefonia komórkowa. Ubóstwo zaś rzadko da się wyjaśnić knowaniami pazernych bankierów i finansistów. Częściej ma związek właśnie z brakiem banków i instytucji finansowych, a nie z ich obecnością.

Kiedy pożyczkobiorcy w takich miejscach jak East End w Glasgow uzyskują dostęp do sprawnie działającej sieci kredytów, mają szansę wyrwać się ze szponów lichwiarzy. A kiedy drobni ciułacze mogą powierzyć oszczędności wiarygodnym bankom, ich pieniądze zmieniają się z kapitału martwego w kapitał, który pracuje i tworzy miejsca pracy. Przemiany w bankowości były pierwszym, niezbędnym krokiem w triumfalnym pochodzie pieniądza. Kryzys finansowy, który zaczął się w sierpniu 2007 roku, miał stosunkowo niewiele wspólnego z tradycyjnymi kredytami bankowymi czy bankructwami. Ich liczba (z powodu zmian w prawie) w istocie w 2007 roku zmalała. Główną przyczyną kryzysu był rozwój i upadek sekurytyzacyjnego rynku długów, który pozwalał bankom na udzielanie kredytów, a następnie zamienianie ich na papiery wartościowe, w tym obligacje, oraz na ich odsprzedawanie. Było to możliwe dlatego, że wraz z rozwojem banków umacniał się także drugi potężny filar nowoczesnego systemu finansowego: rynek obligacji.