"Wrzuć dług do ognia” to oficjalnie realne rozwiązanie - James Hickman, Schiff Sovereign, 8.09.2026
Przecież to takie proste — jak to możliwe, że nikt wcześniej na to nie wpadł?
Człowiek, który obecnie zajmuje drugie miejsce w sondażach dotyczących tego, kto zostanie następnym prezydentem Francji, przedstawił "genialne" rozwiązanie problemu francuskiego długu publicznego, który stanowi obecnie równowartość około 117% PKB tego kraju.
Jean-Luc Mélenchon mówi: "Wszystko, co musimy zrobić, to wziąć 18% [długu] znajdującego się w posiadaniu Banku Francji i wrzucić to do ognia”.
To człowiek, który ma realne szanse stanąć na czele drugiej co do wielkości gospodarki strefy euro, a mówi wyborcom, że około 636 miliardów euro rządowego zadłużenia można po prostu anulować.
A wyborcom to odpowiada. I nic dziwnego – któż nie lubi dostawać czegoś za darmo?
Krótka lekcja ekonomii dla tego genialnego człowieka, który chce rządzić Francją: Bank Francji kupił te obligacje za euro, które sam stworzył w tym celu… własne wyjaśnienia Europejskiego Banku Centralnego mówią, że kupowanie obligacji przez bank centralny (monetyzacja zadłużenia) "tworzy pieniądz w systemie bankowym”.
Zazwyczaj euro te są wycofywane z obiegu w miarę spłaty zadłużenia. Plan Mélenchona pomija ten etap: rząd "wrzuca dług w ogień” i go nie spłaca. W rezultacie stratę bierze na siebie bank centralny… co oznacza, że wyczarowane z niczego 636 miliardów euro pozostaje w systemie.
To prowadzi do inflacji – sprawa jest prosta.
Towarów i usług nie da się stworzyć z niczego. Euro – tak. Gdy więc w systemie nagle pojawia się więcej pieniędzy przy niezmienionej ilości towarów i usług, skutkiem końcowym jest inflacja.
Kolejną oczywistą konsekwencją jest to, że Francja nadal musiałaby spłacać pozostałą część swojego zadłużenia… a wierzyciele zobaczyliby, że kraj ten jest gotów dopuścić do niewypłacalności. Ciekawe, jak wpłynęłoby to na rentowność francuskich obligacji?
A może uspokoi ich zapewnienie Mélenchona: "Nie zamierzam atakować prywatnych wierzycieli, przynajmniej nie na tym etapie”.
Dlaczego francuskich wyborców w ogóle obchodzi dług publiczny? Ponieważ od lat odczuwają oni skutki idiotycznej polityki fiskalnej.
Same odsetki kosztują francuski rząd więcej niż cały budżet na obronność. Nie da się też rozwiązać problemu poprzez dalsze podnoszenie podatków. Francuzi są już drugim najbardziej obciążonym podatkami społeczeństwem w świecie rozwiniętym – daniny te stanowią około 44% PKB.
Dlatego każde działanie naprawcze wiąże się z odebraniem podatnikom jakiegoś przywileju. Zeszłoroczny plan zakładał likwidację dwóch dni ustawowo wolnych od pracy, zamrożenie emerytur i redukcję etatów w administracji publicznej... a premier, który zaproponował te rozwiązania, został odsunięty od władzy.
Wcześniejszy plan, zakładający podniesienie wieku emerytalnego z 62 do 64 lat, wywołał największe od dziesięcioleci protesty we Francji. Obecnie został on zawieszony, by utrzymać przy władzy obecny rząd.
Tymczasem w ubiegłym roku wzrost gospodarczy wyniósł poniżej 1%, a bezrobocie osiągnęło najwyższy poziom od 2020 roku.
I oto pojawia się Mélenchon z planem, który nikogo nic nie kosztuje: usunąć część długu i wrócić do wydawania pieniędzy tak, jakby wszystko było w porządku.
Jakkolwiek głupie jest to rozwiązanie, to przynajmniej Francuzi rozmawiają o problemie.
W ubiegłym miesiącu dług rządu USA przekroczył 40 bilionów dolarów. To około 123% PKB, czyli więcej niż we Francji.
Ameryce to na razie uchodzi na sucho, albowiem dolar wciąż pozostaje światową walutą rezerwową. Banki centralne utrzymują znaczną część swoich strategicznych rezerw finansowych w amerykańskich obligacjach skarbowych, dzięki czemu Kongres zawsze mógł liczyć na kolejkę chętnych z zagranicy, gotowych pożyczyć mu pieniądze – niezależnie od tego, jak wysoki był deficyt.
Jednak ta kolejka zagranicznych nabywców się skraca. Tylko w czerwcu zagraniczne zasoby amerykańskich obligacji skarbowych spadły o 72 miliardy dolarów. Portfel obligacji Chin jest najmniejszy od 2008 roku, a w bieżącym roku inwestorzy zagraniczni kupili zaledwie 7% nowego długu wyemitowanego przez rząd USA.
Przyczyny nie są tajemnicą. To dysfunkcjonalne państwo, które nie potrafi nawet uchwalić budżetu czy wyeliminować nadużyć przy wydatkowaniu środków, a jednocześnie coraz częściej wykorzystuje dostęp do systemu opartego na dolarze jako narzędzie nacisku politycznego.
Gdy zagraniczni nabywcy przestaną się pojawiać, Ameryka stanie w obliczu problemu, z jakim boryka się Francja. Do automatycznych cięć w świadczeniach emerytalnych (Social Security) pozostało zaledwie sześć lat. Koszty obsługi zadłużenia przewyższają już budżet obronny.
Ekstremalne wydatki rządowe już napędzają inflację... a wszędzie pojawiają się socjaliści obiecujący jeszcze większe nakłady.
Ludzie ci szczerze wierzą, że pieniądze można wyczarować z powietrza bez żadnych konsekwencji.
Jednak niezależnie od tego, czy dług zostanie anulowany, czy po prostu zignorowany, ostatecznym skutkiem będzie inflacja.
Dzieje się tak, albowiem kreowanie pieniądza z powietrza czy zaciąganie zobowiązań kosztem przyszłych pokoleń, by finansować dzisiejsze wydatki, nie skutkuje powstaniem ani jednej dodatkowej baryłki ropy, kwintala pszenicy czy funta miedzi. Prowadzi jedynie do zwiększenia podaży euro i dolarów.
Ameryka już to przerabiała.
W latach 70. rząd USA finansował deficyt wynikający z wojny w Wietnamie oraz historycznego wzrostu wydatków socjalnych, a w 1971 roku zerwał ostatnie powiązanie dolara ze złotem. Aby pokryć różnicę, tworzono nowe pieniądze.
W ciągu tej dekady ceny konsumpcyjne wzrosły dwukrotnie, a indeks Dow Jones zakończył rok 1979 na tym samym poziomie, na którym zaczynał rok 1970 – co po uwzględnieniu inflacji oznaczało realną stratę rzędu 50%.
W tym samym czasie cena złota wzrosła z 35 do 850 dolarów za uncję, a cena ropy – z około 3,40 do blisko 30 dolarów za baryłkę. Najważniejsze (i najrzadsze) zasoby świata nie tylko utrzymały swoją wartość, ale wręcz zdominowały rynek. A spółki zajmujące się ich wydobyciem czy produkcją radziły sobie znacznie lepiej.
W tym samym mniej więcej okresie indeks spółek wydobywających złoto (według Barron’s) wzrósł o ponad 1200%, podczas gdy indeks S&P 500 zyskał 43%.
Nowy kapitał musi gdzieś trafić i napływają do tych aktywów, których podaży rząd nie jest w stanie sztucznie zwiększyć.
Obecnie akcje wielu firm produkujących te rzeczywiste aktywa — takie jak metale, energia czy żywność — nadal są tanie.