Porozumienie w sprawie Grenlandii z 22 września - Gefira, 1.10.2026

Wszyscy pamiętamy przemówienie inauguracyjne Trumpa na początku jego drugiej kadencji. Jedną z głównych kwestii, jakie poruszył, był zamiar aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Wówczas zapowiedź ta została odebrana częściowo jako niedorzeczna, a częściowo jako kompromitująca.


Trzeba przyznać, że nikt nie spodziewał się pełnoskalowej agresji militarnej. Niektórzy analitycy polityczni zbywali to jako polityczny teatr – formę demonstracji siły – podczas gdy inni postrzegali postawę prezydenta Donalda Trumpa jako przejaw wojowniczości, mający zasygnalizować światu, że Stany Zjednoczone zamierzają umocnić, a nawet rozszerzyć swoją pozycję na arenie międzynarodowej.

Przez pewien czas wydawało się, że temat Grenlandii został zarzucony. Powrócił on jednak w odpowiednim momencie. Prezydent Donald Trump wywarł ogromną presję i ostatecznie dopiął swego. Uzyskał pełną kontrolę nad terytorium, które w świetle prawa międzynarodowego należy do Danii. Porozumienie podpisane 22 września 2026 roku pozornie potwierdza duńską suwerenność nad Grenlandią, lecz w rzeczywistości suwerenność ta istnieje jedynie na papierze. Stany Zjednoczone mogą teraz robić, co tylko zechcą, na terenie Grenlandii, w jej przestrzeni powietrznej oraz na otaczających ją wodach. Waszyngton zapewnił sobie stałą kontrolę nad bezpieczeństwem oraz swobodny dostęp do szlaków powietrznych, lądowych i morskich.

Jednocześnie Danii – a co za tym idzie, Grenlandii – zabroniono dopuszczania jakichkolwiek znaczących inwestycji zagranicznych innych niż te pochodzące ze Stanów Zjednoczonych, NATO czy krajów Unii Europejskiej. Wszystko to zostało zręcznie przedstawione jako zachowanie duńskiej suwerenności nad Grenlandią. Wyobraźmy sobie przez chwilę podobny traktat narzucony jakiemuś państwu przez Federację Rosyjską lub Chiny. Pomyślmy o międzynarodowym oburzeniu i lamentach, o wściekłych oskarżeniach o naruszenie suwerenności narodu oraz o potępieniu barbarzyńskiej polityki zagranicznej.

Widzieliśmy już w przeszłości podobne "gwarancje” suwerenności. Czytelnicy posiadający wiedzę na temat historii Europy Środkowo-Wschodniej XVIII wieku dostrzegą tu pewną analogię. W tamtym czasie terytorium rozciągające się od Bałtyku niemal aż po Morze Czarne oraz od Odry na zachodzie po Smoleńsk na wschodzie zajmowało potężne państwo znane jako Rzeczpospolita Obojga Narodów. W ciągu tego stulecia Rzeczpospolita doświadczyła szeregu niekorzystnych przemian politycznych i społecznych, które stopniowo osłabiały jej pozycję na arenie międzynarodowej.

Rzeczpospolita – imponująca pod względem terytorialnym (w szczytowym momencie, w 1618 roku, zajmowała powierzchnię 1 150 000 km², podczas gdy dzisiejsza Grenlandia liczy 2 166 086 km²) – straciła tak wiele na znaczeniu politycznym i militarnym, że sąsiedzi mogli narzucać jej traktaty dwustronne, skrajnie niekorzystne dla władz w Warszawie. A przecież to właśnie te traktaty – zwłaszcza te wymuszone przez carycę Katarzynę Wielką – miały być synonimem lub gwarancją suwerenności Rzeczypospolitej. Suwerenność ta, gwarantowana przez Rosję – największego sąsiada Rzeczypospolitej – rozwiała się pod koniec XVIII wieku. To rozległe państwo zostało krok po kroku wchłonięte przez trzech sąsiadów.

Dziś historia zdaje się zataczać koło. Z jedną jednak różnicą: Grenlandia nie zostanie podzielona między trzy potężne sąsiednie państwa, lecz wchłonięta przez jedno – a to dlatego, że nie otaczają jej trzy rywalizujące ze sobą supermocarstwa.