Tanie drony, droga ropa: nowa matematyka wąskich gardeł - Graham Summers, DollarCollapse, 2.10.2026.
Siedem miesięcy temu Iran zamknął Cieśninę Ormuz, a rynek ropy uznał, że Zatoka Perska pozostanie zakładnikiem aż do zakończenia wojny.
W tym tygodniu napłynęły dane i sytuacja całkowicie się odwróciła.
Według danych firmy Kpler, monitorującej ruch tankowców, we wrześniu (stan na 28 września) eksport ropy naftowej przez producentów z regionu Zatoki Perskiej – z wyłączeniem Iranu – wynosił średnio co najmniej 16,5 mln baryłek dziennie. Wynik ten odpowiada średniej notowanej przed wybuchem konfliktu, a w ostatnim tygodniu miesiąca poziom ten został nawet przekroczony.
W tym samym okresie eksport z Iranu wyniósł zero. Od połowy lipca ani jeden nowy ładunek nie przedostał się przez linię blokady nałożonej przez USA. Teheran ograniczył wydobycie mniej więcej o połowę – do około 1,8 mln baryłek dziennie, co odpowiada krajowemu zapotrzebowaniu. Według szacunków Kpler, w ciągu trzech do czterech miesięcy wpływy Iranu ze sprzedaży ropy spadną praktycznie do zera. Jednocześnie Departament Skarbu USA zaczął podejmować działania wobec zagranicznych banków, za pośrednictwem których Iran otrzymuje płatności za sprzedaną wcześniej ropę.

Analityk Kpler ujął to najlepiej: "W lutym Iran mógł eksportować, a jego sąsiedzi nie mogli. Teraz jest dokładnie odwrotnie."
Oto jak do tego doszło. Obecnie 40% ropy z regionu Zatoki Perskiej opuszcza go z pominięciem cieśniny Ormuz – dla porównania przed wojną było to 17%. Arabia Saudyjska eksploatuje rurociąg Wschód-Zachód prowadzący do Morza Czerwonego. Zjednoczone Emiraty Arabskie korzystają z rurociągu do Fudżajry nad Zatoką Omańską. Reszta surowca transportowana jest korytarzem wytyczonym przez amerykańską marynarkę wojenną wzdłuż wybrzeża Omanu, w ramach konwojów obejmujących ponad sto jednostek. Waszyngton nie "wygrał” walki o cieśninę. Sprawił jedynie, że stała się ona mniej istotna, a następnie nałożył blokadę na jedyny kraj, który był od niej nadal uzależniony.
To niezwykłe osiągnięcie i należy je docenić, zanim wyjaśnię, dlaczego nie stanowi ono pełnego obrazu sytuacji.
Oto bowiem aspekt, który umyka w tej triumfalnej narracji.
W czwartek zaatakowano piąty w tym tygodniu tankowiec. Do ataku doszło w obrębie korytarza chronionego przez siły USA. Według "New York Timesa” od początku sierpnia Iran przeprowadza średnio około 30 ataków z użyciem dronów i 10 odpaleń pocisków przeciwokrętowych tygodniowo, a od 10 września uszkodzono ponad tuzin statków. Saudyjski rurociąg, dzięki któremu możliwy jest wspomniany eksport na poziomie 40%, został wyłączony z eksploatacji na jedenaście dni przez pojedynczego drona wystrzelonego z terytorium Iraku. Dziś rano Huti wystrzelili pocisk balistyczny w kierunku miasta Chamis Muszajt.
Mimo że wielkość eksportu z Zatoki wróciła do poziomu sprzed wojny, cena ropy Brent wciąż utrzymuje się powyżej 100 dolarów za baryłkę.
Warto zastanowić się, co to oznacza. Podaż wróciła do normy, ale cena – nie. Różnicę stanowi premia za ryzyko. Rynek ją uwzględnia, ponieważ kraj pozbawiony dochodów z ropy i zmagający się z załamaniem gospodarczym wciąż jest w stanie uderzyć dronem wartym 20 tysięcy dolarów w supertankowiec płynący korytarzem strzeżonym przez najpotężniejszą marynarkę wojenną świata. USA stworzyły genialne rozwiązanie zastępcze, jednak system wymagający grupy uderzeniowej lotniskowca, eskortowania setki statków i utrzymywania dwóch rurociągów, by zastąpić to, co wcześniej zapewniała za darmo jedna cieśnina, nie oznacza powrotu do dawnego świata. To świat znacznie droższy.

To najważniejsza lekcja płynąca z tej wojny – i ma ona znaczenie wykraczające poza kwestię Iranu. Tanie, masowo produkowane autonomiczne systemy uzbrojenia trwale zmieniły koszty utrzymania drożności kluczowych szlaków transportowych (tzw. "wąskich gardeł"). Strona dążąca do utrzymania przepływu musi płacić za okręty, eskortę, myśliwce przechwytujące i ubezpieczenia. Strona chcąca zablokować szlak płaci za drony. Asymetria ta nie znika wraz z przywróceniem drożności szlaku. Jej koszt jest po prostu wliczany w cenę wszystkiego, co jest nim transportowane.
To prowadzi nas do Chin.
Pekin bacznie obserwował te wydarzenia. Widział, jak USA w ciągu sześćdziesięciu dni – za pomocą blokady morskiej – zredukowały do zera eksport ropy z kraju liczącego 90 milionów mieszkańców. Obserwował też, jak państwo praktycznie pozbawione marynarki wojennej, wykorzystując drony, przez siedem miesięcy wymuszało na największych światowych producentach dopłatę w wysokości 20 dolarów do każdej baryłki. Obie te lekcje dotyczą bezpośrednio Chin.
Pierwsza z nich dotyczy zagrożenia. Chiny importują około trzech czwartych potrzebnej im ropy, a większość dostaw przechodzi przez podobne wąskie gardła. Najpierw przez cieśninę Ormuz, a następnie przez cieśninę Malakka. Waszyngton właśnie publicznie udowodnił, że potrafi – i jest gotów – całkowicie odciąć eksport ropy danego kraju. Każdy planista w Pekinie zdaje sobie sprawę, że to samo narzędzie może zostać wymierzone w chiński import. Należy spodziewać się, że Chiny przyspieszą działania, które już wcześniej podjęły. Gromadzenie strategicznych rezerw, budowę lądowych rurociągów z Rosji i Azji Środkowej oraz forsowanie własnej wersji alternatywnej trasy transportowej (omijającej główne szlaki morskie).
Druga lekcja – z perspektywy Pekinu – dotyczy szansy. Skoro Iran potrafi zdestabilizować sytuację w rejonie Zatoki Perskiej przy użyciu zaledwie kilkuset dronów miesięcznie, warto wyobrazić sobie, co w regionie zachodniego Pacyfiku mogłoby zdziałać państwo będące światowym potentatem w produkcji dronów. To właśnie z myślą o takim scenariuszu powołano w Pentagonie nowe Dowództwo ds. Wojny Autonomicznej (Autonomous Warfare Command) i dlatego Hegseth wyznaczył Muskowi oraz Luckeyowi 120 dni na opracowanie strategii działania. Kampania w rejonie cieśniny Ormuz stanowi dowód słuszności tej koncepcji – dowód, który jest obecnie analizowany przez obie strony.
Co to oznacza dla inwestora?
Po pierwsze, nie należy mylić odbudowy wolumenu eksportu z regionu Zatoki Perskiej z końcem ery premii za ryzyko energetyczne. Utrzymywanie się cen ropy powyżej 100 dolarów przy podaży na poziomie sprzed wojny to sygnał płynący z rynku, że ta dodatkowa premia cenowa ma charakter strukturalny. Firmy czerpiące zyski z tej premii – eksporterzy oraz operatorzy infrastruktury omijającej wąskie gardła transportowe – nadal na tym zarabiają.
Po drugie, w kalendarzu pojawił się już kolejny etap konfliktu z Iranem. "The Wall Street Journal” doniósł niedawno, że USA planują wznowienie nalotów przed końcem listopada, przy jednoczesnym skierowaniu w rejon działań dodatkowych 10 tysięcy żołnierzy i trzeciego lotniskowca. W podobnym terminie wyczerpią się możliwości generowania dochodów przez Iran. Teheran albo ustąpi, albo eskaluje konflikt, a rynek wycenia właśnie ten drugi scenariusz.
Po trzecie, inwestycje związane z asymetrią taniego uzbrojenia to okazja dekady. Każda marynarka wojenna, każdy armator, ubezpieczyciel czy rząd odpowiedzialny za ochronę kluczowych szlaków żeglugowych (wąskich gardeł) przekonał się, ile kosztuje utrzymanie ich drożności. Pieniądze płyną do producentów systemów antydronowych i technologii autonomicznych, a także do dostawców niezbędnych do ich budowy sensorów, układów scalonych i surowców krytycznych. Kupują USA, kupują Chiny – dostawcy zarabiają w obu przypadkach.
Kraje Zatoki Perskiej znalazły sposób na obejście zagrożenia ze strony Iranu. Ten etap mamy już za sobą. Jednak lekcja, jakiej światu udzieliły drony w kwestii kosztów utrzymania morskich szlaków, dopiero się zaczyna.
Warto też zrozumieć realia świata, w którym dron kosztujący 20 tysięcy dolarów zmusza grupę uderzeniową lotniskowca do pozostawania na miejscu, co kosztuje 6,5 miliona dolarów dziennie. Ktoś musi za to zapłacić. Płacą marynarka wojenna, armatorzy i ubezpieczyciele, a ostatecznie koszty te przekładają się na cenę ropy i wysokość deficytu budżetowego. Rząd, który musi płacić za omijanie każdego wąskiego gardła, nie jest w stanie zahamować wydatków, a rachunek za to wszystko jest ostatecznie regulowany poprzez inflację.