Zaciągnięcie 2,3 biliona dolarów długu zajęło 211 lat. Kongres zrobił to w zaledwie dwanaście miesięcy - Adam Hickman, Schiff Sovereign, 5.10.2026

2 307 765 598 614,61 USD.

O tyle właśnie wzrósł dług publiczny w roku budżetowym 2026, który zakończył się w zeszłym tygodniu, 30 września.


Wzrost zadłużenia o 2,3 biliona dolarów w ciągu jednego roku to ewidentny przykład wymykającego się spod kontroli przyrostu długu. Warto zauważyć, że całkowity dług publiczny osiągnął poziom 2,3 biliona dolarów dopiero w 1987 roku.

Kraj liczył wówczas 211 lat i miał za sobą rewolucję, wojnę secesyjną, dwie wojny światowe oraz Wielki Kryzys. Tymczasem dziś Kongres generuje takie zadłużenie w zaledwie rok.

Rosnące zadłużenie niesie ze sobą wiele konsekwencji, w tym inflację: gdy rząd wydaje ogromne sumy pieniędzy, których nie posiada, oznacza to, że większa ilość dolarów "ściga" tą samą ilość towarów i usług. Ceny rosną.

Krótko mówiąc, ta góra długu jest jedną z głównych przyczyn dzisiejszych, astronomicznie wysokich kosztów życia.

Co najbardziej zdumiewające, inflacja dotyka każdego. A jednak prawie nikt nie rozumie, że jej źródłem są wydatki rządowe.

Jeszcze bardziej szokujący może być fakt, jak niewiele uwagi poświęca się tej sprawie. Media reagują, gdy dług osiąga kolejny kamień milowy; kiedy w sierpniu zadłużenie publiczne przekroczyło 40 bilionów dolarów, pojawiło się mnóstwo materiałów – od "New York Timesa” po CNN.

Zainteresowanie to trwało jednak zaledwie dzień. Potem media wróciły do ​​swoich stałych tematów: rasizmu, seksizmu itp.

Wydaje się, że każda inna kwestia jest ważniejsza od długu. Wystarczy obejrzeć dowolny odcinek programu "The View”, by zobaczyć, jakie tematy faktycznie absorbują uwagę Amerykanów. Ludzie ekscytują się do granic możliwości takimi sprawami jak opieka afirmująca płeć dla więźniów, basen odblaskowy przy Pomniku Lincolna czy pilot, który dźgnął nożem kapitana podczas lotu linii Flydubai.

Uwaga to zasób deficytowy. Kongres nie podejmuje więc żadnych działań w sprawie nadmiernych wydatków, bo wyborcy nie zwracają uwagi na dług. Rynek obligacji natomiast zwraca na to baczną uwagę. Inwestorzy pożyczający pieniądze rządowi USA obserwują ten całkowity brak odpowiedzialności rok po roku. Wiedzą też, że istnieją oczywiste sposoby na ograniczenie deficytu.

Government Accountability Office (GAO) – organ kontrolny Kongresu – szacuje, że każdego roku w wyniku oszustw tracone są kwoty rzędu od 233 do 521 miliardów dolarów. Mimo to Kongres nie kiwnie nawet palcem, by temu zapobiec.

W pewnym momencie wierzyciele tracą ochotę na dalsze pożyczanie pieniędzy rządowi, który nie potrafi powstrzymać nawet ewidentnych nadużyć. Jest to jeden z głównych powodów gwałtownego wzrostu rentowności obligacji.

Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych wzrosła z poziomu około 4,6% na początku sierpnia do ponad 5,3% w dniu 1 października, osiągając najwyższy poziom od 2002 roku.

Mam nieodparte wrażenie, że część tego skoku rentowności jest celowa... że Chiny i niektórzy "przyjaciele-wrogowie” Ameryki celowo windują rentowność w górę w ramach wojny finansowej – być może m. in. po to, by wpłynąć na wynik przyszłomiesięcznych wyborów uzupełniających (tzw. wyborów połówkowych).

Rzeczywistość jest jednak taka, że ​​za ten kryzys w całości odpowiada rząd USA i to on ma pełną kontrolę nad jego powstrzymaniem. Wystarczy podjąć trudne decyzje, wziąć się do pracy i ograniczyć wydatki.

Tyle że oni tego po prostu nie zrobią.

Istnieje zatem kilka możliwych scenariuszy zakończenia tej sytuacji.

Ten optymistyczny zakłada dobrowolne działanie: 535 członków Kongresu i Senatu zbiera się, uświadamia sobie konieczność głębokich cięć i podejmuje kroki niezbędne dla dobra Ameryki.

Niestety, nie sądzę, by miało do tego dojść w najbliższym czasie.

Prowadzi to do drugiej opcji: wymuszonego pod presją ograniczenia wydatków, do którego zmusi ich rynek obligacji.

Jeśli rentowność nadal będzie gwałtownie rosnąć, Kongres prędzej czy później zostanie zmuszony do działania. Istnieje pewien poziom stóp procentowych – może 8%, a może 10% – który będzie zbyt wysoki, by nawet Kongres mógł go zignorować.

To prosta matematyka: za pięć lat dług publiczny wyniesie co najmniej 50 bilionów dolarów. Jeśli rentowność obligacji wyniesie wówczas 8%, oznacza to, że średnie oprocentowanie zadłużenia może z łatwością osiągnąć 5% lub więcej. To koszt rzędu 2,5 biliona dolarów rocznie – i to tylko na same odsetki, czyli kwota dwukrotnie przewyższająca wydatki na wojsko.

W takiej sytuacji Kongres nie miałby innego wyjścia, jak tylko uchwalić budżet oparty na drastycznych cięciach: ograniczeniu wydatków na obronność, redukcji świadczeń w ramach programów Social Security i Medicare oraz znacznym podniesieniu podatków – a wszystko to jednocześnie.

Istnieje też trzecia opcja, preferowana przez polityków: nic nie robić. Nie podejmować trudnych decyzji. I czekać, aż Rezerwa Federalna przyjdzie im z pomocą, tworząc nowy pieniądz na sfinansowanie deficytu… w skali bilionów dolarów rocznie.

To taktyka, która przez długi czas sprawdzała się w Japonii. Japoński bank centralny "wyczarowywał” nowe pieniądze i wykorzystywał je do skupu obligacji rządowych. Z czasem bank ten stał się posiadaczem około połowy japońskiego długu publicznego.

Pozwalało to rządowi na dalsze zaciąganie pożyczek przy stopach procentowych bliskich zeru.

Jednak prędzej czy później prowadzi to do poważnej inflacji. W 2023 roku inflacja w Japonii osiągnęła najwyższy poziom od 41 lat, a wierzyciele żądają obecnie najwyższego oprocentowania od trzech dekad.

Amerykanie również byli tego świadkami. W czasie pandemii Fed stworzył z powietrza około 5 bilionów dolarów, co skutkowało inflacją na poziomie 9%.

Zatem ostatecznie, gdy Fed wkroczy do akcji, by "drukować” pieniądze i ratować Departament Skarbu, skutkiem tego będzie utrzymująca się, galopująca inflacja.

Od lat przekonujemy, że w obecnych warunkach inwestowanie w aktywa rzeczowe ma ogromny sens. Rządy i banki centralne mogą bowiem kreować dług oraz walutę fiducjarną, ale nie są w stanie wytworzyć baryłki ropy, jednostki energii z gazu ziemnego czy uncji złota.

Dlatego właśnie aktywa rzeczowe zazwyczaj zachowują swoją wartość, gdy waluta ją traci – i dlatego warto je posiadać, zanim cykl inflacyjny przejdzie w kolejną fazę.