Innowacje: "od zera do pierwszego" kontra "od pierwszego do wielu" - Saifedean Ammous, Standard Bitcoina, 2018.
Wpływ solidnego pieniądza na preferencję czasową oraz zorientowanie społeczeństwa na przyszłość uwidacznia się nie tylko na poziomie oszczędności, lecz także w rodzaju projektów, w które angażuje się to społeczeństwo.
W systemie solidnego pieniądza, takim, jak system monetarny istniejący na świecie pod koniec XIX wieku, jednostki są bardziej skłonne do angażowania się w długoterminowe inwestycje i do przeznaczania dużej puli kapitału na finansowanie projektów, które wymagają dużo czasu, zanim przyniosą zwrot. W konsekwencji wiele spośród najważniejszych innowacji w historii człowieka powstało właśnie w złotej erze pod koniec XIX wieku. W swojej doniosłej pracy pod tytułem "The History of Science and Technology", Bryan Bunch i Alexander Hellemans zebrali 8583 najważniejsze innowacje i wynalazki w historii nauki i technologii. Fizyk Jonathan Huebner przeanalizował je wszystkie, począwszy od tak zwanych wieków ciemnych nastałych po upadku Cesarstwa Rzymskiego. W swoich badaniach uwzględnił lata ich dokonania i wielkość globalnej populacji w każdym z tych lat oraz zmierzył częstotliwość występowania odkryć w skali roku per capita. Huebner ustalił, że choć w XX wieku zaobserwować można wzrost całkowitej liczby innowacji, ich liczba per capita osiągnęła swój szczyt w wieku XIX.
Bliższe przyjrzenie się innowacjom sprzed roku 1914 potwierdza dane Huebnera. Nie jest przesadą twierdzenie, że nasz dzisiejszy świat został wynaleziony w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej, w czasie gdy obowiązywał standard złota. Wiek XX to w zasadzie okres ulepszania, optymalizacji, ekonomizacji i popularyzacji koncepcji pochodzących z wieku XIX. Niebywały postęp, jaki dokonał się w XX wieku sprawia, że łatwo zapomnieć, iż prawdziwe wynalazki – te, które odmieniły świat – niemal bez wyjątku pochodzą ze złotej ery.
Peter Thiel w swojej słynnej książce "Zero to One" omawia wpływ wizjonerów, którzy pchnęli świat do przodu dzięki opracowaniu pierwszych, udanych egzemplarzy nowych rodzajów technologii. Przejście z etapu „od zera do pierwszego” egzemplarza nowego rodzaju technologii, jak to określa, jest wielokrotnie trudniejsze i ma większe znaczenie niż przejście od "pierwszego do wielu”, które sprowadza się do kwestii skalowania, marketingu i optymalizacji. Ci spośród nas, którzy przywiązali się do koncepcji postępu, mogą uznać za trudne do zaakceptowania to, że świat solidnego pieniądza sprzed roku 1914 był światem tworzenia pierwszych egzemplarzy nowych, przełomowych wynalazków, podczas gdy w świecie pieniądza państwowego w większości przypadków mamy do czynienia już tylko z optymalizacją.
W progresie typu "od pierwszego do wielu” nie ma niczego złego, niemniej z pewnością daje do myślenia fakt, że w nowoczesnym systemie monetarnym nie mamy już do czynienia z tak częstymi przykładami postępu typu "od zera do pierwszego”. Większość technologii, z których współcześnie korzystamy wynaleziona została w XIX wieku w systemie standardu złota, gdzie do ich sfinansowania wykorzystano stale rosnące zasoby kapitału akumulowanego przez ludzi przechowujących swój majątek przy użyciu solidnego pieniądza, który w przeciwieństwie do pieniądza państwowego – nie tracił na wartości.
Oto zestawienie najważniejszych innowacji z tamtego okresu:
- Bieżąca woda (zimna i ciepła), ubikacje domowe, kanalizacja, centralne ogrzewanie. Te wynalazki, przez ludzi żyjących w cywilizowanym społeczeństwie traktowane jako oczywistość, stanowią dla większości z nas różnicę pomiędzy życiem a śmiercią. Były one głównym czynnikiem eliminującym większość chorób zakaźnych na świecie i pozwoliły na rozwój obszarów zurbanizowanych, uwalniając je od wiecznych plag.
- Elektryczność, silnik spalinowy, produkcja masowa. Współczesne społeczeństwo przemysłowe zostało zbudowane w oparciu o energię pochodzącą ze spalania węglowodorów, bez której żaden z atrybutów nowoczesnej cywilizacji nie technologie byłby możliwy. Te fundamentalne energetyczne wynalezione w XIX wieku. i przemysłowe zostały
- Samochód, samolot, metro, winda elektryczna. Powinniśmy być wdzięczni la belle époque za ocalenie naszych miast przed utonięciem w końskich odchodach oraz za umożliwienie nam podróżowania po całym świecie. Samochód wynalazł Karl Benz w 1885 roku, samolot skonstruowali w 1906 roku bracia Wright, koncepcja metra to pomysł Charlesa Pearsona z roku 1843, a windę elektryczną wynalazł Elisha Otis w roku 1852.
- Operacja serca, przeszczepy organów, operacja wyrostka robaczkowego, inkubator, radioterapia, znieczulenie, aspiryna, odkrycie grup krwi oraz transfuzji krwi, witaminy, elektrokardiograf, stetoskop. Chirurgia i nowoczesna medycyna to również zasługa la belle époque. Rozpowszechnienie nowoczesnych instalacji sanitarnych i energii elektrycznej umożliwiło lekarzom zmianę sposobu opieki nad pacjentami po wiekach stosowania praktyk, które były w większości wręcz szkodliwe.
- Substancje ropopochodne, stal nierdzewna, nawozy azotowe. Wszystkie substancje chemiczne i materiały przemysłowe umożliwiające nasz nowoczesny styl życia to pochodne przełomowych innowacji z la belle époque. Pozwoliły na masowe uprzemysłowienie i rozwój wielkoskalowego rolnictwa. Tak powszechnie wykorzystywany współcześnie plastik to również materiał wytwarzany z substancji ropopochodnych.
- Telefon, komunikacja bezprzewodowa, nagrywanie głosu, kolorowa fotografia, filmy. Lubimy myśleć o naszej epoce jako o epoce masowej telekomunikacji, podczas gdy w rzeczywistości większość osiągnięć z tej dziedziny stanowi zaledwie udoskonalenia innowacji z XIX wieku. Pierwszym komputerem była maszyna analityczna zaprojektowana przez Charlesa Babbage’a w 1833 roku i ukończona przez jego syna Henry’ego w roku 1888. Być może przesadą byłoby stwierdzenie, że Internet to nic więcej, jak trochę świecidełek dodanych do wynalezionego w roku 1843 telegrafu, niemniej jest w tym ziarno prawdy. To telegraf fundamentalnie przekształcił społeczeństwo, umożliwiając ludziom komunikowanie się bez konieczności fizycznego transportowania listów czy wysyłania gońców. Było to komunikacyjne przejście "od zera do pierwszego”, zaś postęp, który nastąpił później, ze wszystkimi jego wspaniałościami, dokonany został w ramach ulepszeń "od pierwszego do wielu”.
Rozkwit sztuki
Zasługi solidnego pieniądza dla rozwoju ludzkości nie ograniczają się Nie jedynie do postępu naukowego i technologicznego. Można je również łatwo dostrzec w świecie sztuki. przypadkiem florenccy i weneccy artyści przewodzili renesansowi. Oba te miasta przodowały też w Europie w promowaniu solidnego pieniądza. Barok, neoklasycyzm, romantyzm, realizm i postimpresjonizm miały swoich bogatych sponsorów dzierżących w garści solidny pieniądz i cechujących się niską preferencją czasową, oraz cierpliwością niezbędną, aby wyczekiwać lata lub nawet dziesięciolecia na ukończenie dzieł mających przetrwać wieki. Zachwycające sklepienia europejskich kościołów projektowane i wznoszone wysiłkiem dekad skrupulatnej pracy niezrównanych architektów i artystów, takich jak Filippo Brunelleschi czy Michał Anioł, zostały sfinansowane twardą monetą przez mecenasów o niskiej preferencji czasowej. Jedynym sposobem na zaimponowanie tym sponsorom było stworzenie arcydzieła, które przetrwałoby dostatecznie długo, aby uwiecznić ich nazwiska jako właścicieli wielkich kolekcji sztuki i mecenasów wspaniałych artystów.
I tak oto florenccy Medyceusze są prawdopodobnie bardziej znani z ich mecenatu nad sztuką niż z innowacji, które wprowadzili do świata finansów i bankowości – mimo iż można śmiało argumentować, że to te drugie okazały się istotniejsze. Na podobnej zasadzie utwory muzyczne Jana Sebastiana Bacha, Wolfganga Amadeusza Mozarta, Ludwiga von Beethovena czy innych kompozytorów renesansowych, klasycznych oraz romantycznych zawstydzają dzisiejsze, kilkuminutowe kakofonie nagrywane seryjnie i wypuszczane masowo przez wytwórnie, które zarabiają na oferowaniu ludziom bodźców łechcących ich najprymitywniejsze instynkty. Utwory złotej ery przemawiały do ludzkiej duszy i skłaniały do rozmyślań o sprawach wznioślejszych niż znój życia codziennego. Dzisiejsza hałaśliwa muzyka celuje tymczasem w najniższe, najbardziej zwierzęce instynkty człowieka, odciągając go od rzeczywistości płytką obietnicą pofolgowania zmysłom bez zważania na długookresowe skutki. Solidny pieniądz sfinansował koncerty brandenburskie Bacha; łatwy pieniądz sfinansował trzęsącą tyłkiem Miley Cyrus.
W epoce solidnego pieniądza i niskiej preferencji czasowej artyści pracowali nad udoskonalaniem swojej sztuki, dzięki czemu mogli w dłuższym okresie tworzyć wartościowe dzieła. Poświęcali lata na zgłębianie rozmaitych technik i niuansów swego rzemiosła, doskonaląc i prześcigając się wzajemnie w uprawianej przez siebie sztuce – czym wzbudzali zachwyt zarówno mecenasów, jak i ogółu ludności. Nikt, kto nie poświęcił lat na ciężką pracę i rozwój umiejętności, nie miał prawa nazywać siebie artystą.
Artyści nie udzielali wówczas ludowi protekcjonalnych pouczeń na temat tego, co należy uważać za sztukę, ani też nie wmawiali nikomu, że byle jaka szmira stworzona w jeden dzień to pełne głębi dzieło. Bach nigdy nie rościł sobie prawa do nazywania siebie geniuszem ani nie rozwodził się nad wyższością swojej muzyki nad cudzą twórczością. Zamiast tego poświęcił życie osiąganiu mistrzowskiej biegłości w wybranej dziedzinie. Aby ukończyć swoje arcydzieło Michał Anioł pracował w Kaplicy Sykstyńskiej przez cztery lata, z krótkimi przerwami jedynie na posiłki oraz sen.
Napisał nawet wiersz opisujący trudy tego okresu:

Tylko dzięki tak rygorystycznym, pełnym poświęcenia, wieloletnim wysiłkom geniusze ci mogli z powodzeniem ukończyć dzieła, które uwieczniły ich nazwiska jako mistrzów danej sztuki. W epoce łatwego pieniądza żaden artysta nie ma dostatecznie niskiej preferencji czasowej, aby pracować tak ciężko, jak Michał Anioł czy Bach, ani też aby równie wnikliwie studiować swoją sztukę, spędzając lata czy nawet dekady na jej udoskonalaniu. Przechadzka po galerii sztuki współczesnej pozwala "podziwiać” prace artystyczne, które z powodzeniem i bez wielkiego trudu mógłby "stworzyć” sześciolatek. Współcześni artyści zastąpili długie godziny ćwiczeń pretensjonalnością, szokowaniem, oburzaniem i wzbudzaniem egzystencjalnej złości, które prowokują widzów do zwrócenia uwagi na ich sztukę. Zazwyczaj twórcy ci okraszają swoje prace także odrobiną pretensji do idei politycznych, na ogół infantylnego marksizmu, co ma nadać ich twórczości pozór głębi.
Doszło do tego, że jedyną zaletą współczesnej "sztuki” jest pomysłowość porównywalna do tej z dziedziny żartów i psikusów. Współczesna sztuka nie ma w sobie ani odrobiny piękna czy czegokolwiek wartego podziwu, gdyż tworzą ją leniwi, pozbawieni talentu cwaniacy, którzy nie zadali sobie trudu wytrwałego doskonalenia swojego warsztatu. Cesarz współczesnej sztuki jest nagi i jedyne, czym może przyciągać uwagę, to pretensjonalność, obsceniczność i ekstrawagancja, a o wartości obecnej twórczości trzeba przekonywać długimi, napuszonymi kazaniami mającymi zawstydzić tych, którzy jej nie rozumieją.
Gdy pieniądz państwowy wyparł pieniądz solidny, mecenasi o niskiej preferencji czasowej i wyrafinowanych gustach zostali zastąpieni przez pozbawionych pojęcia o sztuce rządowych biurokratów realizujących prymitywne polityczne programy. W konsekwencji dzieła piękne i ponadczasowe poszły w odstawkę. Zamiast tego obserwujemy upolitycznioną gadaninę oraz próby imponowania biurokratom decydującym o przydziale funduszy muzeom i galeriom, które z czasem przeistoczyły się w chronionych przez państwo monopolistów w sferze smaku i edukacji artystycznej. Swobodną konkurencję między artystami i sponsorami zastąpiono arbitralnymi decyzjami centralnych planistów nie odpowiadających przed nikim poza swoimi przełożonymi. Skutki, jak można się było spodziewać, są katastrofalne.
Na wolnym rynku zwyciężają zawsze ci, którzy oferują dobra najbardziej pożądane przez ludzi. Gdy o tym, kto wygrywa, a kto przegrywa, decyduje państwo, arbitrami piękna i sztuki zostają ludzie, którzy nie mają w swoim życiu nic lepszego do roboty niż praca w charakterze rządowych biurokratów. O sukcesie sztuki nie decydują już osoby, które z powodzeniem zgromadziły bogactwo dzięki inteligencji i niskiej preferencji czasowej, lecz oportuniści chcący piąć się w górę po szczeblach polityczno biurokratycznej drabiny. Znajomość z tego rodzaju ludźmi, choćby i przelotna, wystarcza do wyjaśnienia, jak doszło do zastąpienia prawdziwej sztuki takim okropieństwem. W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów.
Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem "sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągać polityczne i propagandowe cele, niedawno okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie [69]. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.
Gdy Medyceuszy zastąpili ludzie podobni do pracowników DMV (Departament of Motor Vehicles – agencja stanowa odpowiedzialna za wydawanie prawa jazdy i rejestrację pojazdów silnikowych. Zatrudnieni w DMV oraz same urzędy są obiektami powszechnych drwin amerykańskich obywateli, dotyczących głównie nieudacznictwa i ślamazarności ich pracowników) w sztuce zaroiło się od odpychających śmieci wytwarzanych naprędce przez cwane, leniwe beztalencia rozochocone wizją szybkiej i łatwej wypłaty.
Oszukują oni ludzi aspirujących do miana znawców sztuki nonsensownymi opowiastkami o rzekomej symbolice swoich dzieł, podczas gdy w rzeczywistości reprezentują one jedynie deprawację łotrów podszywających się pod artystów. "Sztuka” Marka Rothko powstawała w zaledwie kilka godzin, lecz sprzedawano ją naiwnym kolekcjonerom posiadającym miliony papierowych dolarów, w oczywisty sposób utrwalając obraz sztuki współczesnej jako lukratywnego oszustwa naszej epoki. Dzisiejszy artysta nie musi być utalentowany ani ciężko pracować. Wystarczy mu wyraz powagi na twarzy i snobistyczna postawa, gdy objaśnia nuworyszom, dlaczego rozbryzgana na płótnie farba to coś więcej niż tylko paskudny, bezmyślny kleks oraz w jaki sposób opiewający na duża sumę czek może być zadośćuczynieniem za niezrozumienie prezentowanego dzieła.
Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnienie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównywać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani prace na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.
Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego stworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz. Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię dominującą w aktualnych gustach artystycznych.
Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.
Można argumentować, że należy zwyczajnie ignorować całą tę bezwartościową produkcję jako dotowane przez państwo, żenujące świadectwo naszej epoki – i rozglądać się za czymś wartościowym we własnym zakresie. W końcu nikt przecież nie oceniałby kraju takiego jak Ameryka na podstawie zachowania niekompetentnych urzędników DMV ucinających sobie drzemki w trakcie pracy i wyładowujących swoje frustracje na nieszczęsnych petentach. Analogicznie nie powinniśmy oceniać całej epoki na podstawie pracy rządowych biurokratów, według których zapaćkane farbą stosy kartonu to wybitne osiągnięcia artystyczne. Wciąż jednak coraz trudniej jest znaleźć sztukę, która dotrzymałaby kroku dziełom z przeszłości.
Jacques Barzun we From Dawn to Decadence będącej druzgocącą krytyką pod adresem współczesnej "plebejskiej” kultury, konkluduje: "Jedynym, co XX wiek stworzył i wniósł, jest ulepszenie poprzez ANALIZĘ oraz krytycyzm poprzez pastisz i parodię”. Praca Barzuna przemówiła do wielu osób z tego pokolenia, ponieważ zawiera w sobie sporo przygnębiającej prawdy: gdy już przezwycięży się wrodzoną skłonność do wiary w nieuchronny postęp, nie da się uciec przed wnioskiem, że nasze pokolenie ustępuje swoim przodkom pod względem kultury i wyrafinowania, podobnie jak rzymscy poddani Dioklecjana żyjący w epoce inflacyjnego szastania pieniądzem i upijający się podczas barbarzyńskich spektakli w Koloseum nie mogli równać się ze swoimi wielkimi przodkami okresu Juliusza Cezara, którzy na aureusy musieli zarabiać ciężką, uczciwą pracą.