Do kogo należy Twoje życie? - George Ford Smith, Mises Wire, 12.10.2026.
"Gdzie w Konstytucji jest napisane, w jakim artykule lub sekcji znajduje się zapis, że można odbierać dzieci rodzicom, a rodziców dzieciom, i zmuszać ich do walczenia w jakiejkolwiek wojnie, w którą rząd może się zaangażować z powodu swojej głupoty lub niegodziwości? Pod jaką zasłoną kryła się ta władza, która teraz po raz pierwszy ujawnia się w przerażającym i zgubnym obliczu, by zdeptać i zniszczyć najcenniejsze prawa do wolności osobistej?" — Daniel Webster, przemówienie wygłoszone przed Izbą Reprezentantów 9 grudnia 1814 , w którym sprzeciwiał się proponowanemu poborowi do wojska.
Zapytaj młodą osobę, czy osobiście wyraziła zgodę na wszystko, czego rząd federalny ma prawo od niej wymagać. Jeśli odpowie "nie", standardową odpowiedzią jest stwierdzenie, że bezpośrednia zgoda nie jest konieczna. Każdą osobę reprezentują wybrani urzędnicy. Jednak reprezentacja nie jest pełnomocnictwem w zwykłym tego słowa znaczeniu. Nie podpisała ona żadnej umowy ze swoim przedstawicielem, nie może kierować jego głosowaniem i nie może zerwać tej relacji, nawet jeśli przedstawiciel złamie wszystkie swoje obietnice wyborcze.
Co więcej, dana osoba wciąż podlega obowiązującemu prawu, nawet jeśli nie oddała głosu lub jeśli przepisy zostały uchwalone, zanim uzyskała ona prawo wyborcze. Ilu spośród żyjących dziś ludzi głosowało za wprowadzeniem rozwiązań prawnych, które ustanowiły proceder legalnego fałszowania pieniądza – znany jako System Rezerwy Federalnej (Federal Reserve) – albo podatek dochodowy wraz z jego "oddziałem egzekucyjnym”, czyli urzędem skarbowym (IRS)? A co z ustawą o poborze wojskowym (Selective Service Act) z 1918 roku?
Czy rząd umożliwił dzisiejszym obywatelom głosowanie nad tymi i innymi ustawami, które uchwalono, zanim jeszcze przyszli oni na świat?
To samo dotyczy prezydenta i jego gabinetu. Ludzie głosują na doktora Jekylla, mając nadzieję, że nie okaże się on panem Hyde’em. Jeśli jednak tak się stanie – lub jeśli sytuacja będzie jeszcze gorsza – naprawienie wyrządzonych szkód wcale nie jest łatwe. W pierwszej części dzieła "Praw człowieka" ("Rights of Man") Thomas Paine poddał krytyce stanowisko członka parlamentu Edmunda Burke’a, który w swojej broszurze "Rozważania o rewolucji we Francji" ("Reflections on the Revolution in France") bronił angielskiego systemu rządów. Paine wspomina, że kazanie Richarda Price’a z 4 listopada 1789 roku wywołało u Burke’a silne wzburzenie. Price – urodzony w Walii prezbiteriański duchowny i autor pracy "Uwagi o naturze wolności obywatelskiej" ("Observations on the Nature of Civil Liberty", 1776) – dowodził, że angielska "chwalebna rewolucja" z 1688 roku ustanowiła trzy podstawowe prawa ludu: "prawo do wyboru własnych rządzących, prawo do ich usunięcia w przypadku niewłaściwego sprawowania władzy oraz prawo do samodzielnego kształtowania ustroju państwa".
Burke zaprzeczył wszystkim trzem twierdzeniom. Stwierdził, że poprzednie pokolenia ustanowiły konstytucyjny porządek rządów w Wielkiej Brytanii, a tym samym nałożyły zobowiązania na swoich potomków. Jak już wcześniej pisałem, Paine argumentował, że:
"Każda epoka i każde pokolenie muszą mieć taką samą swobodę działania we wszystkich sprawach, jak epoki i pokolenia, które je poprzedzały. Próżność i arogancja polegająca na sprawowaniu władzy zza grobu to najbardziej absurdalna i bezczelna ze wszystkich form tyranii...
Za znaczny krok naprzód w kierunku ustanowienia zasad wolności uznano twierdzenie, że rząd jest umową między tymi, którzy rządzą, a tymi, którzy są rządzonymi. Nie może to jednak być prawdą, ponieważ oznacza to przedkładanie skutku nad przyczynę. Skoro bowiem człowiek musiał istnieć, zanim powstały rządy, to z konieczności istniał czas, kiedy rządy nie istniały, a co za tym idzie, pierwotnie nie mogło istnieć żadnych władców, z którymi można by zawrzeć taką umowę.
Muszą zatem faktycznie być tak, że sami jednostki, każda z własnego, osobistego i suwerennego prawa, zawarły między sobą umowę w celu utworzenia rządu; i jest to jedyny sposób, w jaki rządy mają prawo powstać, oraz jedyna zasada, na podstawie której mają prawo istnieć."
Pobór wojskowy
Paine twierdził, że żadne pokolenie nie ma prawa zawierać umów, które ograniczałyby wolność pokoleń przyszłych. A jednak właśnie to uczyniły rządy. Gdy w 1914 roku w Europie wybuchła wojna, administracja Wilsona pragnęła oficjalnie do niej przystąpić, podczas gdy miłujące pokój społeczeństwo wybrało Wilsona na kolejną kadencję w 1916 roku, kierując się hasłem: „uchronił nas przed wojną”. Jak pisał historyk Ralph Raico:
(…) Stany Zjednoczone stały się arsenałem Ententy. Związany obecnie z Anglią zarówno więzami finansowymi, jak i sentymentalnymi, znaczny segment amerykańskiego wielkiego biznesu pracował – w ten czy inny sposób – na rzecz sprawy aliantów. (…) "The Wall Street Journal" oraz inne organy prasowe elit biznesowych na każdym kroku głośno manifestowały swoje pro-brytyjskie nastawienie.
W styczniu 1917 roku niemiecki sekretarz spraw zagranicznych Arthur Zimmermann poinstruował przedstawiciela Niemiec w Meksyku, że jeśli nieograniczona wojna podwodna doprowadzi do przystąpienia Stanów Zjednoczonych do konfliktu, Niemcy powinny zaproponować Meksykowi sojusz. Niemcy miałyby zapewnić wsparcie finansowe oraz pomóc Meksykowi w odzyskaniu Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony. Brytyjski wywiad przechwycił i rozszyfrował tę wiadomość, przekazując ją administracji Wilsona. Amerykańskie gazety opublikowały ją 1 marca.
Nieograniczona wojna podwodna doprowadziła do tego, czego samo zatopienie "Lusitanii" wcześniej nie zdołało wywołać. Niemcy niszczyły alianckie statki w tempie 300 000 ton tonażu tygodniowo. 2 kwietnia 1917 roku prezydent Wilson zwrócił się do Kongresu o wypowiedzenie wojny Niemcom, argumentując to przede wszystkim prowadzoną przez nie polityką bezwzględnych ataków okrętów podwodnych. 4 kwietnia Senat przegłosował wniosek stosunkiem głosów 82 do 6, a 6 kwietnia Izba Reprezentantów opowiedziała się za wojną większością 373 głosów przeciwko 50.
Opinia publiczna była "rozpalona". Pojawił się jednak pewien problem. Jak wspomniałem w poprzednim artykule:
Prezydent Stanów Zjednoczonych wzywał amerykańskich chłopców, by ryzykowali życie, aby uczynić świat "bezpiecznym dla demokracji”, ale tylko nieliczni podnieśli ręce. Być może bardziej podzielali poglądy postępowego senatora z Wisconsin, Roberta M. La Follette’a, który powiedział w Kongresie, że to właśnie ubodzy będą "tymi, których wezwie się, by gnili w okopach..."
Skoro młodzież w kraju nie wykazywała żadnego zainteresowania umieraniem lub zabijaniem dla skorumpowanych polityków, Wilson postanowił sięgnąć po bagnety. 18 maja 1917 roku podpisał ustawę o służbie selekcyjnej, na mocy której zarejestrowano ponad 10 milionów mężczyzn, z których ponad 2,8 miliona zostało powołanych do służby. W oczywistej próbie uczynienia siebie i swojej administracji inspiracją dla Wielkiego Brata Wilson dodał, że pobór ten "(...) w żadnym wypadku nie jest przymusem wobec niechętnych. Jest to raczej selekcja spośród narodu, który masowo zgłosił się na ochotnika".
Jak łatwo zauważyć, było to bezczelne kłamstwo. Kto poniósł konsekwencje? Z pewnością nie politycy, którzy głosowali za wojną. Jak zawsze, ciężar spadł na młodych mężczyzn – początkowo w wieku 21–30 lat, później przedział ten rozszerzono na 18–45 lat – którzy nie mieli żadnego wpływu na decyzję o przystąpieniu do konfliktu, a w razie sprzeciwu narażali się na grzywny i więzienie. "Ochotnicy", którzy nie dokonali rejestracji, trafiali za kratki na rok, a każdy, kto utrudniał proces poboru, mógł zostać ukarany grzywną w wysokości 10 000 dolarów oraz karą 20 lat pozbawienia wolności.
Według encyclopedia.com:
"(...) ustawa o poborze wojskowym z 1917 roku, wprowadzona w czasie I wojny światowej, przewidywała zwolnienie ze służby bojowej jedynie dla członków "powszechnie uznanych" grup religijnych. Niedozwolone było opłacanie zastępców, którzy mogliby odbyć służbę w czyimś imieniu. Osoby zwolnione z walki musiały stawić się w obozach wojskowych, aby pełnić służbę niezwiązaną z bezpośrednim udziałem w działaniach wojennych. Panowały tam surowe warunki, a pacyfiści byli często źle traktowani.
Osoby, które odmawiały nawet takiej służby, trafiały do więzień federalnych. Tam wielu z nich przykuwano łańcuchami do ścian, polewano zimną wodą z węży strażackich, zmuszano do stania nago na zewnątrz w nocy oraz bito. Niektórzy więźniowie zmarli."
Wojna pochłonęła życie ponad 117 000 Amerykanów, a kolejnych 205 000 zostało rannych.
Od czasu przemówienia Webstera i deklaracji Wilsona wiele zmieniło się w kwestiach prawnych. Albert Einstein – pacyfista, dopóki do władzy nie doszedł Hitler – stwierdził w 1930 roku, że "gdyby choć dwa procent osób powołanych do służby wojskowej ogłosiło odmowę walki, rządy byłyby bezsilne", ponieważ zabrakłoby dla nich miejsc w więzieniach. Zawsze jednak pozostaje jeszcze pluton egzekucyjny.
W czasach, gdy miliony ludzi można unicestwić za pomocą klawiatury, podżegacze wojenni mogą już nie potrzebować poborowych. Społeczeństwo oparte na zasadach wolnego rynku – nie wyeliminowałoby całkowicie podżegaczy wojennych, ale sprawiłoby, że ich obsesja stałaby się znacznie mniej atrakcyjna.