Przejdź do treści

Granice amerykańskiej potęgi Strategia USA i złudzenie siły - William H. McRaven, Foreign Affairs, 20.10.2026

William H. McRaven służył w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych w latach 1977–2014, pełniąc między innymi funkcję dowódcy Dowództwa Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych w latach 2011–2014. W latach 2015–2018 zajmował stanowisko rektora (kanclerza) Uniwersytetu Teksańskiego.


Wojna w Iranie nie jest bynajmniej pierwszym przypadkiem, w którym amerykańscy decydenci nie dostrzegli ograniczeń potęgi USA. Jednak użycie siły militarnej wobec Islamskiej Republiki przez administrację Trumpa – począwszy od 28 lutego – stanowi szczególnie jaskrawy przykład błędu, który często cechował amerykańską strategię w ostatnich dekadach. Wojnę rozpoczęto bez jasnego uzasadnienia i przy ciągle zmieniających się celach: od zmiany reżimu w Teheranie i powstrzymania jego ambicji nuklearnych, aż po – w ostatnim czasie – ponowne otwarcie cieśniny Ormuz (która przed wybuchem konfliktu wcale nie była zamknięta). Skutki, co nie powinno dziwić, okazały się niekorzystne zarówno dla interesów USA, jak i dla całego Bliskiego Wschodu.

Skupianie się wyłącznie na błędach popełnionych w kontekście Iranu oznacza jednak pominięcie głębszego problemu amerykańskiej polityki zagranicznej – problemu, który istniał przed prezydenturą Donalda Trumpa i ją przetrwa. Choć konkretne potknięcia w Iranie mogą wynikać z braków obecnego prezydenta i jego otoczenia, przecenianie potencjału siły militarnej jest stałym, narastającym elementem amerykańskiej strategii co najmniej od zakończenia II wojny światowej. Tendencja do ignorowania ograniczeń własnej potęgi była przyczyną jednych z największych błędów amerykańskiej polityki państwowej w okresie zimnej wojny – z wojną w Wietnamie jako najbardziej wyrazistym i brzemiennym w skutki przykładem. Mimo deklarowanej chęci wyciągnięcia wniosków z tamtych działań, owa amerykańska iluzja – nadmierna wiara w to, że za pomocą siły militarnej można osiągnąć zwycięstwo, a tym samym zrealizować fundamentalne cele polityczne – nie tylko nie zniknęła, ale wręcz przybrała na sile, zwłaszcza w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Niestety, istnieją poważne powody do obaw, że w nadchodzących latach iluzja ta będzie się tylko pogłębiać. Władza prezydencka staje się coraz bardziej zindywidualizowana, podczas gdy mechanizmy jej ograniczania ulegają dalszej erozji. Upolitycznienie armii (a także korpusu dyplomatycznego i wspólnoty wywiadowczej) sprawia, że ​​decydenci coraz rzadziej otrzymują rzetelne doradztwo, w tym szczere ostrzeżenia dotyczące ryzyka i kosztów. Co więcej, rozwój sztucznej inteligencji oraz nowych technologii zbrojeniowych utrwala złudne poczucie pełnej kontroli i doskonałego rozeznania na polu walki, co jedynie podsyca mocarstwową pychę. Ryzyko działań wykraczających poza realne możliwości państwa nigdy nie było wyższe – a jednocześnie skutki takich działań stają się coraz trudniejsze do naprawienia.

WYGRAĆ KAŻDĄ BITWĘ

W kwietniu 1975 roku pułkownik Harry Summers, członek amerykańskiej delegacji zajmującej się kwestiami powojennymi w Wietnamie, spotkał się w Hanoi ze swoim północnowietnamskim odpowiednikiem, pułkownikiem Tu. "Wie pan, nigdy nie pokonaliście nas na polu bitwy” – zauważył Summers. Na co Tu odparł: "Być może, ale to nie ma żadnego znaczenia”.

Summers napisał później przełomową książkę na temat tej wojny, zatytułowaną "On Strategy: A Critical Analysis of the Vietnam War” ("O strategii: krytyczna analiza wojny w Wietnamie”). Jego główny wniosek był prosty: amerykańska potęga ma swoje granice, a ich ignorowanie wiąże się z ogromnymi kosztami. Wojna jest – i zawsze była – zmaganiem ludzkich woli, kształtowanym przez bohaterstwo i tchórzostwo, strach i euforię, przypadek oraz niepewność. Nawet najpotężniejsza siła militarna nie gwarantuje strategicznego zwycięstwa .

Książka ta stała się lekturą obowiązkową dla wielu oficerów, w tym dla mnie. Do programu NROTC (Naval Reserve Officers Training Corps) na Uniwersytecie Teksańskim wstąpiłem dwa lata przed spotkaniem Summersa z Tu. Pobór do wojska właśnie się zakończył, a upadek Sajgonu miał dopiero nastąpić, jednak dyskusje o Wietnamie dominowały w naszych szeregach. Analizując amerykańską porażkę, zrozumiałem, że wielki atut stał się fatalnym obciążeniem. Było nim nasze głębokie przekonanie, że my, Stany Zjednoczone Ameryki, musimy wygrać – a skoro tak, to na pewno wygramy. Zwyciężyliśmy w I wojnie światowej, zwyciężyliśmy w II wojnie światowej, a w Korei – powstrzymując siły północnokoreańskie i chińskie – osiągnęliśmy przynajmniej remis. Wierzyliśmy, że w Wietnamie również musimy wygrać, za wszelką cenę.

Ważne jest, by wierzyć, że można wygrać. To dodaje otuchy żołnierzom i podtrzymuje zaangażowanie opinii publicznej. Jednak gdy dążenie do zwycięstwa nie idzie w parze z rozsądną oceną sytuacji politycznej, gdy lekceważy się zasady prowadzenia wojny w błędnym przekonaniu, że technologia lub siła ognia mogą przezwyciężyć nieodłączne trudności walki, gdy sukcesy taktyczne postrzega się jako gwarantowaną drogę do zwycięstwa strategicznego, a koszty w postaci ofiar ludzkich i środków finansowych nieubłaganie rosną, podczas gdy wszelkie twierdzenia o słuszności działań tracą na wiarygodności – konieczna staje się ponowna ocena sytuacji. W Wietnamie odpowiedzią na rosnące straty było po prostu "więcej” – więcej żołnierzy, więcej bomb, więcej pieniędzy. Przegrana w tej walce była postrzegana jako zaprzeczenie wszystkiego, co reprezentowaliśmy. Mieliśmy walczyć dalej pomimo coraz bardziej widocznych ograniczeń naszej potęgi. Kiedy w końcu nadszedł koniec wraz z pośpiesznym wycofaniem się USA z Sajgonu w 1975 roku, wielu przywódców wojskowych i politycznych wciąż nie mogło pojąć, w jaki sposób Stany Zjednoczone wygrały niemal każdą potyczkę, bitwę i walkę, a mimo to przegrały wojnę.

Szkody powstałe wskutek nadmiernego zaangażowania stają się coraz trudniejsze do naprawienia.

Wojsko, do którego wstąpiłem w 1977 roku, zmagało się z konsekwencjami wojny w Wietnamie. Tak zwana "pokojowa dywidenda ” oznaczała drastyczne cięcia w liczebności personelu i budżecie. Gotowość bojowa we wszystkich rodzajach sił zbrojnych spadła do najniższego poziomu w historii – liczba żołnierzy w wojskach lądowych zmniejszyła się o 60 tysięcy, a liczba okrętów marynarki wojennej spadła z około 650 do nieco ponad 500. Jednocześnie przejście na w pełni zawodową armię okazało się sporym wyzwaniem. Narastały problemy z narkotykami i napięcia na tle rasowym, morale – zarówno wśród wyższego dowództwa, jak i młodych żołnierzy – było niskie, a nowym rekrutom brakowało podstawowych umiejętności.

Kiedy w 1981 roku urząd prezydenta objął Ronald Reagan, zainicjował największą w czasie pokoju rozbudowę amerykańskich sił zbrojnych od czasów wojny koreańskiej. W ciągu ośmiu lat zwiększył wydatki na obronność o 35 procent. Zrealizowano szereg kluczowych programów zbrojeniowych: wprowadzono czołgi M1 Abrams, bojowe wozy piechoty Bradley, śmigłowce Apache i Black Hawk, myśliwce F-15 i F-16, bombowce B-1 oraz samoloty wczesnego ostrzegania E-3 Sentry. Marynarka wojenna odbudowała swój potencjał, dążąc do posiadania 600 jednostek, w tym 15 lotniskowców, 100 okrętów podwodnych oraz krążowników i niszczycieli wyposażonych w rewolucyjny system bojowy Aegis. Poprawiono uposażenie żołnierzy, zrealizowano cele rekrutacyjne i przywrócono wysokie standardy. Co równie ważne, w 1986 roku Kongres przyjął ustawę Goldwatera-Nicholsa. Zasadniczo przekształciła ona siły zbrojne. Wzmocniła pozycję przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, ustanowiła dowódców regionalnych odpowiedzialnymi za prowadzenie działań wojennych, zapewniła integrację różnych rodzajów wojsk, usprawniła wspólne planowanie i procesy zakupowe, a także doprowadziła do utworzenia Dowództwa Operacji Specjalnych USA (U.S. Special Operations Command). Do 1990 roku wojsko, do którego wstąpiłem w latach 70., przeszło całkowitą przemianę. Nasi żołnierze byli dobrze wyszkoleni, świetnie wyposażeni, wysoce zmotywowani, a co najważniejsze – dobrze dowodzeni.

W lipcu 1990 roku wyruszyłem z San Diego na rutynową sześciomiesięczną misję na zachodnim Pacyfiku. Byłem dowódcą jednostki zadaniowej SEAL przydzielonym do 5. Eskadry Desantowej oraz 13. Ekspedycyjnej Jednostki Piechoty Morskiej. Nie miałem pojęcia, że ta odrodzona armia oraz nasi cywilni przywódcy wkrótce zostaną poddani próbie, co wywołało pytanie, czy Stany Zjednoczone wyciągnęły jakiekolwiek wnioski z Wietnamu i innych nieudanych misji z niedawnej przeszłości.

CZY WARTO?

2 sierpnia 1990 roku iracki prezydent Saddam Husajn wydał rozkaz wkroczenia armii irackiej do Kuwejtu. Zaledwie kilka godzin po rozpoczęciu inwazji zebrała się Rada Bezpieczeństwa Narodowego, przedstawiając prezydentowi możliwe warianty działań USA. "To pierwszy sprawdzian powojennego ładu – rozluźnienie dwubiegunowego świata stworzyło ku temu warunki” – podkreślił zastępca sekretarza stanu Lawrence Eagleburger. "Jeśli [Saddamowi] się uda, inni mogą pójść w jego ślady”.

Na szczęście amerykańskie przywództwo było wówczas wyjątkowo silne i doświadczone – a w czasie wojny przywództwo ma szczególne znaczenie. Prezydent George H. W. Bush, jako młody pilot marynarki wojennej, został zestrzelony w pobliżu wyspy Iwo Jima, skąd ostatecznie uratował go amerykański okręt podwodny. Bush znał wojnę z autopsji. W późniejszym okresie pełnił funkcje ambasadora USA przy ONZ, faktycznego przedstawiciela USA w Chinach, dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) oraz wiceprezydenta. Żaden inny prezydent w historii Stanów Zjednoczonych nie obejmował urzędu, dysponując tak bogatym doświadczeniem w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego. Mimo to Bush otoczył się wybitnymi dyplomatami, dowódcami wojskowymi, ekspertami wywiadu i strategami – byli wśród nich między innymi doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Brent Scowcroft, sekretarz stanu James Baker, sekretarz obrony Dick Cheney oraz przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Colin Powell.

Dowództwo Centralne Stanów Zjednoczonych (USCENTCOM), które miało pokierować działaniami zbrojnymi przeciwko Saddamowi, powierzono generałowi Normanowi Schwarzkopfowi. Był on weteranem wojny w Wietnamie, odznaczonym trzykrotnie Srebrną Gwiazdą za męstwo oraz dwukrotnie Purpurowym Sercem za rany odniesione w walce. Po powrocie z Wietnamu Schwarzkopf stwierdził: "Nikt nie jest większym przeciwnikiem wojny niż inteligentny człowiek, który sam jej doświadczył. (...) Jeśli więc znów mieliby mnie wysłać na wojnę, musiałbym się zatrzymać i zadać sobie pytanie: »Czy warto?«. To bardzo niebezpieczna sytuacja dla państwa, gdy własna armia zaczyna się zatrzymywać i stawiać takie pytania”.

Uczciwe zmierzenie się z tym pytaniem – "Czy warto?" – stanowi fundament dobrego przywództwa. Bush starannie rozważył koszty i ryzyko związane z konfrontacją z Saddamem i uznał, że wojna jest tego warta. Przywódcy polityczni i wojskowi Stanów Zjednoczonych wspólnie opracowali strategię, wyznaczając jasne cele i założenia, a także zbudowali poparcie – zarówno społeczne, jak i międzynarodowe – dla planowanych działań. Okazało się to być jednym z najlepszych przykładów wykorzystania potęgi politycznej i militarnej w najnowszej historii Ameryki – dlatego warto zatrzymać się przy tym sukcesie nieco dłużej.

Powodzenie wojny w Zatoce Perskiej opierało się na kilku fundamentalnych zasadach, które stanowiły fundament amerykańskiej strategii. Pierwszą z nich było zajęcie przez Stany Zjednoczone pozycji opartej na wyższości moralnej. Taka pozycja oznacza uzyskanie przewagi w starciu z przeciwnikiem. Wyższość moralna dowodzi, że walka jest słuszna i warta podjęcia. Dzięki niej przywódcy mogą inspirować żołnierzy, mobilizować opinię publiczną oraz jednoczyć sojuszników.

image.png

Amerykański samolot wojskowy przybywający do bazy w Szukwani w Afganistanie, marzec 2012.

Natychmiast po inwazji Saddama Bush nakazał rozmieszczenie sił zbrojnych w regionie i współpracował z Arabią Saudyjską, aby pozostawić ślad w królestwie na wypadek konieczności podjęcia działań zbrojnych. Bush wciąż miał nadzieję uniknąć konfliktu, ale dostrzegł podobieństwo "między Zatoką Perską a sytuacją w Nadrenii w latach trzydziestych XX wieku, kiedy Hitler po prostu przeciwstawił się traktatowi wersalskiemu i wkroczył do kraju”. Wiedział jednak, że musi przekonać społeczność międzynarodową i naród amerykański, że wszelkie działania, które podejmie, będą moralne, uzasadnione i będą leżały w interesie Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników.

Bush i jego zespół podjęli szeroko zakrojone działania dyplomatyczne, aby zdobyć poparcie państw arabskich w regionie, europejskich sojuszników, a także Moskwy i Pekinu. Chociaż Bush podchodził sceptycznie do Organizacji Narodów Zjednoczonych, dążył jednak do przyjęcia szeregu rezolucji ONZ potępiających inwazję Iraku, nakładających szeroko zakrojone sankcje gospodarcze oraz upoważniających do użycia siły w razie konieczności. Jednocześnie przekonywał do swoich działań społeczeństwo amerykańskie, którego znaczna większość ostatecznie poparła sposób, w jaki poradził sobie z kryzysem. I choć Bush uważał, że jako głównodowodzący ma uprawnienia do wysłania sił zbrojnych bez zgody Kongresu, to jednak starał się o poparcie Kapitolu i je uzyskał.

Po drugie, Bush i jego administracja dostrzegli wartość stworzenia międzynarodowej koalicji, nawet jeśli Stany Zjednoczone dysponowały siłą militarną pozwalającą im działać samodzielnie w sensie czysto wojskowym. Chodziło tu częściowo o legitymizację, a częściowo o możliwość wysłania jasnego sygnału. Inwazja Saddama stanowiła okazję do ukształtowania tego, co niektórzy członkowie administracji postrzegali jako "nowy porządek świata” – porządku, w którym agresja spotykałaby się z kolektywną reakcją; w którym wielkie mocarstwa łączyłyby siły pomimo różnic ideologicznych; oraz w którym Organizacja Narodów Zjednoczonych i prawo międzynarodowe odgrywałyby kluczową rolę, zamiast być ignorowane. Bush wykorzystał silne osobiste relacje, które nawiązał w trakcie swojej długiej kariery w służbie publicznej, zdobywając poparcie wszystkich – od kanclerza Niemiec Helmuta Kohla i prezydenta Francji François Mitterranda, przez króla Arabii Saudyjskiej Fahda i prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka, aż po przywódcę Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa. Jako sekretarz stanu Baker rozpoczął również kampanię dyplomacji wahadłowej, która zaprowadziła go w różne zakątki świata, przyczyniając się do poszerzenia koalicji.

Ostatecznie Stany Zjednoczone nie tylko uzyskały poparcie społeczności międzynarodowej. Znaczną część kosztów konfliktu poniosły inne kraje. Siły sojusznicze, które ostatecznie zgromadzono – 750 000 żołnierzy z 36 krajów, w tym 540 000 Amerykanów – były największe od czasów II wojny światowej. Co istotne, w jej skład wchodziła koalicja arabska, w której uczestniczyły siły z Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Egiptu, Syrii, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Omanu i Bahrajnu. Zarządzanie tą koalicją stanowiło nie lada wyzwanie; brytyjski premier Winston Churchill żartował kiedyś, że "jest tylko jedna rzecz gorsza od walki z sojusznikami, a mianowicie walka bez nich”. Bush rozumiał jednak, że międzynarodowe poparcie zapewniało operacyjną legitymizację i stabilność w regionie. Był to sygnał skierowany zarówno do Saddama, jak i do całego świata.

Po trzecie, Bushowi i jego doradcom zależało na ustaleniu jasnych celów i założeń, uwzględniających wymiar polityczny i wojskowy. Z politycznego punktu widzenia celem było utrzymanie prawa międzynarodowego i przywrócenie pokoju w regionie. Cele wojskowe wspierały te cele polityczne. Koalicja wyparłaby siły irackie z Kuwejtu. Jednak czyniąc to, próbowałaby zminimalizować straty w sojuszu, utrzymać sojusz i ograniczyć czas trwania wojny. Przywódcy amerykańscy od początku dawali jasno do zrozumienia: nie będzie żadnych nacisków na Bagdad ani przedłużającego się starcia z armią iracką.

Aby pokonać wroga, trzeba stanąć na terenie, który jest dla niego cenny, i przejąć nad nim kontrolę.

Nawet przy tak ograniczonych celach ani przywódcy cywilni, ani wojskowi nie łudzili się, że sukces przyjdzie łatwo lub bezkosztowo. Wypchnięcie zdeterminowanego przeciwnika, który kontroluje dany obszar, wymaga przytłaczającej siły ognia oraz gotowości do prowadzenia działań lądowych. Jak podkreślał Carl von Clausewitz w swoim dziele "O wojnie", obrona jest silniejsza od ataku – obrońcy wystarczy bowiem zachować i chronić to, co posiada, podczas gdy atakujący musi narzucić przeciwnikowi swoją wolę. Clausewitz argumentuje, że jedynym sposobem na przełamanie wrodzonej przewagi obrony jest użycie miażdżącej siły ognia. Irakijczycy byli przygotowani do obrony zajętego przez siebie terytorium Kuwejtu. Kontrolowali teren, sprzyjały im warunki geograficzne, a ich siły zbrojne były zaprawione w bojach po ośmiu latach wojny z Iranem. Jednak Cheney, Powell i Schwarzkopf dobrze znali zasady sztuki wojennej. Mieli jasno określony cel. Skoncentrowali amerykańską siłę ognia w kluczowych punktach, świadomie podejmując ryzyko w miejscach o mniejszym znaczeniu, i byli gotowi do prowadzenia manewrów przeciwko nieprzyjacielowi. Byli również zdecydowani wycofać się po osiągnięciu założonych celów, nie pozwalając, by wojna przeciągała się zbyt długo.

Realizacja tych zamierzeń wymagała skierowania do walki wojsk lądowych – i to znacznych sił. Amerykańscy przywódcy wojskowi i cywilni rozumieli, że pokonanie Irakijczyków wymaga czegoś więcej niż tylko działań powietrznych. Już na wczesnym etapie Cheney zauważył: "Historia kampanii powietrznych pokazuje, że rzadko kończą się one pełnym sukcesem”. Powell wtórował mu: "Aby skuteczniej powstrzymać irackie działania wobec Arabii Saudyjskiej, konieczna jest obecność amerykańskich wojsk lądowych. (...) Oznaczałoby to poważne starcie. Większość amerykańskich sił musiałaby zostać zaangażowana na dłużej niż tylko dzień czy dwa”.

Jeśli przez ponad cztery dekady służby wojskowej wyciągnąłem jedną istotną lekcję, to brzmi ona tak: aby pokonać wroga, trzeba stanąć na terenie, który jest dla niego cenny, i przejąć nad nim kontrolę. To właśnie dlatego Aleksander Wielki najechał Persję, Wilhelm Zdobywca przepłynął kanał La Manche, by dotrzeć do Anglii, Czyngis-chan wkroczył do Chin, Sherman pomaszerował na Atlantę, alianci wylądowali w Normandii, a Stany Zjednoczone wkroczyły do ​​Kuwejtu. (Oto dlaczego dziś Izraelczycy przebywają w Strefie Gazy i Libanie, a Rosjanie nigdy nie odniosą zwycięstwa, dopóki nie zajmą Kijowa). Jednak, jak ostrzegał Cheney: "Powinniśmy się na to zdecydować tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi doprowadzić sprawę do końca. (...) Problem polega na tym, że amerykańskie społeczeństwo może mieć niewielką cierpliwość wobec wojny”.

Operacja "Pustynna Burza” rozpoczęła się od ataków powietrznych 17 stycznia 1991 roku o godzinie 2:38 czasu bagdadzkiego. Po 43 dniach działań powietrznych i 100 godzinach operacji lądowych, polityczne i militarne cele Waszyngtonu zostały osiągnięte. Armia iracka została wyparta z Kuwejtu, a większość amerykańskich sił wkrótce wyruszyła w drogę powrotną do domu.

"Robimy coś przyzwoitego, robimy coś dobrego” – zapisał w swoim dzienniku Bush. "Wietnam wkrótce zostanie za nami”.

NIEWYCIĄGNIĘTE WNIOSKI

Operacja "Pustynna Burza” stanowiła punkt zwrotny, choć nie taki, jakim powinna była być. Stworzyła okazję do przyswojenia lekcji na temat skutecznego użycia siły oraz tego, co za pomocą potęgi militarnej można osiągnąć, a czego nie. Zamiast tego wywołała falę triumfalizmu. Kiedy wróciłem z "Pustynnej Burzy”, gdzie dowodziłem grupą zadaniową sił specjalnych, euforia była namacalna. Znów byliśmy zwycięzcami. To zwycięstwo zadziałało jak narkotyk, przywracając błędne przekonanie, że nasza potęga pozwala niemal dowolnie kształtować świat według własnego uznania.

Euforię tę potęgowała technologia zaprezentowana w starciu z Irakiem. Precyzyjna amunicja pozwalała zrzucić 500-funtową bombę na poruszający się cel z wysokości 20 000 stóp. Pociski manewrujące typu Tomahawk można było odpalać ze statków i okrętów podwodnych znajdujących się setki mil dalej. Satelity GPS umożliwiały poprowadzenie batalionu piechoty przez płaską pustynię w nocy, prosto do wyznaczonego celu, a systemy rozpoznania radiolokacyjnego pozwalały śledzić manewry armii irackiej. Cyfrowe systemy dowodzenia i kontroli zapewniały zautomatyzowane plany działań lotnictwa, bezpieczną łączność satelitarną oraz cyfrowe narzędzia planistyczne. Żadna armia w historii nie kontrolowała pola walki z taką precyzją, jak my podczas "Pustynnej Burzy”. Wykorzystanie tego sukcesu do zapoczątkowania rewolucji w sprawach wojskowych, która usprawniłaby sposób prowadzenia wojen przez Stany Zjednoczone, wydawało się słusznym krokiem. Doświadczenie to utrwaliło jednak również powszechne przekonanie, że technologia jest w stanie wyeliminować nieodłączne dla wojny tarcia, koszty i ryzyko.

image.png

Amerykański żołnierz w Bagdadzie, maj 2003.

W latach 90. misje wojskowe USA, zgodnie z poczuciem pewności, jakie zapanowało po operacji "Pustynna Burza”, oraz z nadziejami związanymi ze światem po zakończeniu zimnej wojny, skupiały się na wspieraniu norm i ograniczaniu szkód humanitarnych — niektóre zakończyły się sukcesem (Bośnia i Kosowo), inne mniejszym (Somalia). Jednak dopiero po 11 września stało się szczególnie jasne, że nie wyciągnięto właściwych wniosków z wojny w Zatoce Perskiej, co wiązało się z utrzymującym się niezrozumieniem granic amerykańskiej potęgi oraz tego, co siły zbrojne mogą, a czego nie mogą osiągnąć. Wojna w Afganistanie rozpoczęła się z właściwymi intencjami, ale przerodziła się w przedłużającą się walkę o zmiennych celach, z rozbieżnością między celami wojskowymi a politycznymi oraz z determinacją sił Talibów walczących na własnym terenie. Nawet po misji sił specjalnych, w wyniku której zginął przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden, cele i zadania w Afganistanie wciąż ulegały zmianom. Jak zawsze siłą wojska byli nasi żołnierze: byli odważni, zdyscyplinowani i biegli w technologii. Popełniliśmy błędy, ale nie zabrakło ducha walki ani sukcesów taktycznych. Nawet poparcie społeczne pozostawało silne przez większość trwania wojny. Zawiedliśmy jednak, zakładając, że szybkie zwycięstwo może objąć również złożone zadania, takie jak zwalczanie rebelii, prowadzenie operacji antyterrorystycznych oraz budowanie państwa. Aby nie zostać posądzonym o zbytnią pewność siebie w krytyce amerykańskiej strategii, dodam: jako dowódca liniowy w Afganistanie sam wpadłem w tę pułapkę, wierząc, że większa liczba żołnierzy, więcej broni i więcej pieniędzy pozwolą rozwiązać nawet najtrudniejsze problemy. Okazało się, że nie było to możliwe.

Wojna w Iraku, oparta od samego początku na znacznie mniej solidnych podstawach, również przekształciła się w misję zwalczania partyzantki i terroryzmu, prowadzoną przy niewystarczających siłach, w wąskim gronie koalicjantów i w zmiennych ramach czasowych. Po raz kolejny nasze oddziały spełniły wszelkie oczekiwania Amerykanów, ale nasi przywódcy wielokrotnie lekceważyli podstawowe zasady prowadzenia wojny. Nasze roszczenia do moralnej przewagi opierały się na błędnych danych wywiadowczych, nasze międzynarodowe poparcie było ograniczone, a nasze cele przesunęły się z obalenia Saddama na próbę zbudowania demokracji na wzór zachodni. Być może wkroczyliśmy do Iraku i Afganistanu z szlachetnymi intencjami i być może w dłuższej perspektywie nasiona wolności, które próbowaliśmy zasiać, zapuszczą korzenie. Jednak jak dotąd minimalne korzyści zostały osiągnięte ogromnym kosztem dla naszych sił zbrojnych i żołnierzy, dla sytuacji w kraju oraz dla naszej międzynarodowej wiarygodności.

W ZASADZIE NIEPOKONANI

Mimo to, nawet te niedawne doświadczenia – których niektórzy kluczowi członkowie administracji Trumpa byli bezpośrednimi świadkami podczas własnej służby wojskowej – nie skłoniły do ​​zachowania ostrożności w kwestii Iranu na początku tego roku. Jest jasne, że irański reżim jest odrażający. Odpowiada za śmierć setek amerykańskich żołnierzy, zagraża swoim sąsiadom, wykorzystuje pełnomocników do atakowania naszych sojuszników i ma na sumieniu dziesiątki tysięcy własnych obywateli.

Biorąc pod uwagę upadek rządu Asada w Syrii, zniszczenie potęgi Hamasu w Strefie Gazy, osłabienie Hezbollahu w Libanie oraz słabnącą pozycję najwyższego przywódcy w samym Iranie, łatwo zrozumieć pokusę dążenia do zmiany reżimu w Teheranie. Co więcej, po spektakularnym schwytaniu prezydenta Nicolása Maduro w Wenezueli – podczas którego amerykańskie wojsko wykazało się niezwykłą szybkością, skutecznością i odwagą, przełamując bardzo zaawansowany system obrony – amerykańskim decydentom zbyt łatwo przyszło założyć, że dzięki potędze naszej technologii oraz odwadze i doświadczeniu naszych żołnierzy jesteśmy w zasadzie niepokonani. Istnieje jednak powód, dla którego żaden amerykański prezydent od 1979 roku nie próbował doprowadzić do zmiany reżimu w Iranie – i nie ma to wiele wspólnego z brakiem determinacji czy woli politycznej. Przeciwko takiemu rozwiązaniu przemawiały wyzwania związane z legitymizacją działań, budowaniem koalicji i uwarunkowaniami geograficznymi, a także determinacja przeciwnika oraz fakt, że osiągnięcie tak ambitnego celu wymagałoby wysłania amerykańskich wojsk lądowych.

Od samego początku wojny z Iranem nie podjęto żadnych prób budowania międzynarodowej legitymizacji działań. Konflikt rozpoczął się 28 lutego atakiem przeprowadzonym wspólnie przez USA i Izrael. Co gorsza, jeden z pierwszych nalotów okazał się tragiczny w skutkach. Pociski uderzyły w szkołę podstawową, zabijając 120 uczniów. W czasie wojny błędy się zdarzają, jednak brak przyznania się do pomyłki pogłębił poczucie nielegalności działań i chęci odwetu, pozbawiając nas jednocześnie jakiejkolwiek moralnej przewagi. Administracja Trumpa nie poinformowała o planowanym ataku żadnego ze swoich sojuszników – w tym zwłaszcza sąsiednich państw arabskich – co od samego początku zaowocowało brakiem zaufania w regionie. Później, gdy prezydent zabiegał o wsparcie sojuszników w kwestii otwarcia Cieśniny Ormuz, spotkał się z chłodnym przyjęciem na arenie międzynarodowej. Ta odmowa nie była zaskoczeniem: Trump słynął z ostrego i szorstkiego tonu w stosunku do europejskich przywódców.

Nigdy nie należy lekceważyć woli walki przeciwnika.

Cele działań nigdy nie zostały jasno określone. Początkowo administracja deklarowała chęć zmiany reżimu, lecz później Trump stwierdził w rozmowie z dziennikarzami, że kwestia zmiany władzy w Iranie nigdy go nie interesowała. Administracja argumentowała, że ​​konieczne jest podjęcie działań wyprzedzających, aby zapobiec stworzeniu przez Iran broni nuklearnej. Jednak gdy zaczęto drążyć temat, Trump zbagatelizował te obawy, twierdząc, że nie mają one większego znaczenia, skoro w Iranie – jego zdaniem – niewiele już zostało poza "nuklearnym pyłem”. Kiedy Iran zamknął cieśninę, a jej ponowne otwarcie dla żeglugi stało się głównym celem strategii wojskowej i dyplomacji, Trump oznajmił światu, że nie ma to większego znaczenia, albowiem Stany Zjednoczone nie potrzebują tamtejszej ropy. Cele zdawały się zmieniać z dnia na dzień. Nie mam wątpliwości, że amerykańscy planiści wojskowi zdawali sobie sprawę z ograniczeń potęgi powietrznej w kontekście realizacji celów USA w Iranie. Dla Białego Domu powinno to być sygnałem, że bez planu inwazji lądowej zwycięstwo jest mało prawdopodobne.

Geografia zawsze stanowiła istotne ograniczenie. W trakcie mojej blisko czterdziestoletniej służby wojskowej – z czego znaczną część spędziłem na Bliskim Wschodzie – żaden generał ani admirał, z którym rozmawiałem, nie poruszał tematu Iranu bez wspomnienia o Cieśninie Ormuz. Była ona dla Irańczyków bronią masowego rażenia, bastionem chroniącym przed inwazją i asem w rękawie, niezależnie od tego, jaka i co toczyła się gra. Co więcej, irańskie przywództwo znajdowało się w pozycji obrońców. Aby wygrać, wystarczyło wytrwać i ochronić własne terytorium. I właśnie to zrobili. Obecnie jest bardzo mało prawdopodobnym, by amerykańskie wojsko kiedykolwiek stanęło na ziemi, którą Irańczycy tak bardzo cenią, i mogło uznać ją za własną.

Amerykańskie działania wojenne były również ograniczone przez determinację przeciwnika. W latach 1980–1988 Iran i Irak prowadziły brutalną wojnę, w której zginęły setki tysięcy Irańczyków. Już na samym początku obecnego konfliktu powinno być jasne, że Irańczycy będą walczyć – i to bardzo zacięcie. Fanatycy w Iranie kontrolują narrację i walczą o swoje przetrwanie.

GRANICE WŁADZY

Tak poważne niedocenianie i nieuznawanie ograniczeń władzy nie jest nowym zjawiskiem w historii Stanów Zjednoczonych ani, w szerszym ujęciu, w historii wojskowości. Przy każdej rewolucji w technologii wojskowej – od kawalerii konnej po jednostki zmotoryzowane, od muszkietu jednostrzałowego po karabin Gatlinga, od samolotów śmigłowych po odrzutowce – przywódcy desperacko pragną wierzyć, że mogą po prostu wymazać z rzeczywistości podstawową naturę wojny. W miarę jak nasza zdolność do projekcji siły na całym świecie staje się coraz potężniejsza, desperacko pragniemy wierzyć, że geografia nie ma już znaczenia. Skoro nowe media pozwalają nam dostrzegać oburzenie społeczne wśród ludności naszego przeciwnika, desperacko pragniemy wierzyć, że możemy wywołać zmiany przy niewielkim ryzyku i bez większego zaangażowania. A gdy sztuczna inteligencja przyspiesza podejmowanie decyzji taktycznych, desperacko pragniemy wierzyć, że można zignorować wnioski płynące z wojskowych doświadczeń. Te przekonania są iluzjami.

Bardziej niepokojące jest jednak to, że w Stanach Zjednoczonych obserwuje się kilka trendów strukturalnych, które sugerują, iż problem ten będzie się pogłębiał, a nie zmniejszał, bez względu na to, jak wyraźne mogą się obecnie wydawać wnioski z wojny z Iranem. Pierwszym z nich jest tendencja do coraz bardziej personalistycznego stylu przywództwa prezydenta, w którym lojalność wobec lidera staje się ważniejsza niż lojalność wobec instytucji. Gdy instytucje powołane do tego, by dostarczać prezydentowi jak najlepsze doradztwo – wojskowe, dyplomatyczne, gospodarcze czy wywiadowcze – są kierowane przez lojalistów, pojawia się ryzyko, że przekazywane opinie będą – świadomie lub nie – naginane tak, aby odpowiadały oczekiwaniom prezydenta. To prosta droga do katastrofy. Przywódca potrzebuje prawdy bez upiększeń i najlepszych możliwych rad, niezależnie od własnego stanowiska w danej sprawie. Rosnąca koncentracja władzy w rękach egzekutywy (władzy wykonawczej) postępuje od kilku kadencji i – pomimo sporadycznych głosów sprzeciwu ze strony Kongresu – nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała ulec zmianie. Choć Donald Trump może być tu przykładem szczególnie jaskrawym, jest mało prawdopodobne, by był ostatnim prezydentem ulegającym takim pokusom i działającym przy niewielkich ograniczeniach.

Zagrożenia związane z personalistycznym stylem przywództwa prezydenta są znacznie spotęgowane przez coraz bardziej upolitycznione kierownictwo w siłach zbrojnych. Trwająca czystka w szeregach dowództwa wojskowego, prowadzona przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha, osłabi równowagę między władzą cywilną a wojskową na długie lata. Trump i Hegseth zmusili do odejścia wysokich rangą oficerów niemal we wszystkich rodzajach sił zbrojnych, w tym przewodniczącego Połączonych Sztabów, szefa operacji morskich oraz szefa sztabu armii. Hegseth interweniował, aby w bezprecedensowy sposób zablokować awanse zawodowe, osobiście usuwając dziesiątki oficerów z list awansowych, często bez podania przyczyny (chociaż nieproporcjonalnie duża liczba z nich wydaje się pracować dla przywódców postrzeganych jako przeszkody w realizacji wewnętrznych celów politycznych Trumpa). Chociaż pozostali dowódcy wojskowi w dużej mierze pozostaną oddani honorowej służbie i udzielaniu najlepszych rad cywilnym przywódcom w Pentagonie i Białym Domu, ta czystka z pewnością będzie miała efekt mrożący na gotowość i zdolność wyższych oficerów do udzielania szczerych rad, zwłaszcza jeśli chodzi o koszty i ograniczenia tego, co siły zbrojne mogą osiągnąć.

Wreszcie, gwałtowne wprowadzanie nowych technologii – od sztucznej inteligencji i pojazdów bezzałogowych po robotykę oraz systemy cybernetyczne i kosmiczne – sprawi, że znów zbyt łatwo będzie ignorować fundamentalne zasady prowadzenia wojny. Technologia zawsze będzie istotnym czynnikiem w sposobie toczenia konfliktów, a każda armia musi dążyć do zwiększenia swojej skuteczności bojowej, zdolności przetrwania oraz świadomości sytuacyjnej. Jednak choć możliwości te są niezbędne, nie wystarczą, by uchylić podstawowe zasady wojny. Przywódcy muszą postrzegać technologię właściwie - jako narzędzie wspierające. Może ona usprawnić wykorzystanie potęgi militarnej, ale nie jest w stanie zrekompensować błędnych założeń politycznych, które w pierwszej kolejności doprowadziły do ​​zaangażowania w konflikt.

CAŁA POTĘGA ŚWIATA

Dzisiejsze siły zbrojne Stanów Zjednoczonych to najlepsza i najbardziej profesjonalna armia w historii świata – tak, w historii całego świata. Nie oznacza to jednak, że możemy ignorować ograniczenia naszej potęgi.

Ograniczać nas będzie niepewność natury moralnej. Jeśli powody konfliktu są wątpliwe – lub co gorsza, nieuzasadnione – niezwykle trudne stanie się zbudowanie koalicji, zmotywowanie żołnierzy, utrzymanie poparcia społeczeństwa oraz złamanie woli przeciwnika. To właśnie takie słabości tłumaczą, dlaczego Grecy pokonali Persów pod Salaminą, Anglicy zwyciężyli Hiszpanów pod Gravelines, George Washington pokonał Brytyjczyków, Rosjanie zwyciężyli Niemców pod Stalingradem, Wietnamczycy pokonali Francuzów i Amerykanów, a dziś Ukraińcy odnoszą sukcesy w walce z Rosjanami. Choć posiadanie moralnej racji nie gwarantuje militarnego zwycięstwa, stanowi fundament, na którym buduje się sukces.

Ograniczać nas będzie geografia. Bez względu na postęp technologiczny, ukształtowanie terenu zawsze pozostanie kluczowym czynnikiem determinującym wynik każdego starcia. Każdy dowódca wojskowy wie, że to teren dyktuje sposób walki przeciwnika, rozmieszczenie jego sił oraz logistykę zaopatrzenia. Oceany i rzeki stanowią naturalne bariery dla nacierających wojsk, a ukształtowanie terenu oraz drogi wodne ograniczają zdolność atakujących do manewrowania, utrzymywania zajętych pozycji, prowadzenia zaopatrzenia i projekcji siły. Cieśnina Ormuz czy cieśnina Bab al-Mandab stawiają przed nami wyzwania analogiczne do tych, które niegdyś wiązały się z kanałem La Manche, Renem czy Wołgą.

Ograniczać nas będzie wola przeciwnika. W każdym społeczeństwie drzemie "śpiący olbrzym”, który może się przebudzić i podjąć zaciętą walkę – powodowany poczuciem słuszności własnej sprawy, pragnieniem przetrwania lub jednym i drugim jednocześnie. Najeźdźcy, agresorzy i ci, którzy pierwsi wszczynają konflikt, zawsze wywołują gwałtowną, instynktowną reakcję ludności, którą próbują sobie podporządkować. Nigdy nie należy lekceważyć woli walki przeciwnika – to błąd, który popełnialiśmy już wielokrotnie.

Nasze wahania przed wysłaniem żołnierzy na teren działań wojennych będą nas ograniczać. Żaden Amerykanin nie chce tracić naszych młodych mężczyzn i kobiet na obcym polu bitwy, ale czasami jest to konieczne, by osiągnąć wyższy cel. Podczas I wojny światowej do Europy wysłano ponad dwa miliony młodych żołnierzy. Podczas II wojny światowej ponad pięć milionów żołnierzy amerykańskich walczyło z nazistami i przedzierało się przez wyspy aż do Japonii. W obu przypadkach ich poświęcenie przyczyniło się do poprawy losu ludzkości. Oczywiście, jeśli pojawią się jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy to my mamy przewagę moralną, przywódcy będą się wahać przed pełnym zaangażowaniem. A z tego wahania wynika porażka.

image.png

Na pokładzie lotniczym lotniskowca USS George Washington na Morzu Arabskim, wrzesień 2026.

Ograniczać nas będzie czas. Nie jest to ograniczenie charakterystyczne wyłącznie dla Stanów Zjednoczonych, ale wydaje się, że odczuwamy je bardziej niż większość krajów. Mówi się, że Rosjanie woleliby jeść trawę i tynk ze ścian, niż się poddać. Stany Zjednoczone mają reputację, że prędzej czy później zmęczy nas walka i się wycofamy. W dużej mierze ta reputacja wynika z faktu, że nasza demokracja wymaga społecznego poparcia, by utrzymać długotrwałe zaangażowanie. Nawet mając ważny powód, by wysłać naszych młodych mężczyzn i kobiety na pole bitwy, koszty w postaci ofiar ludzkich i środków finansowych mogą wkrótce przeważyć nad naszym zbiorowym poczuciem konieczności tej walki.

Wreszcie ogranicza nas jakość naszego przywództwa, zarówno politycznego, jak i wojskowego. Bez doświadczonych przywódców – przywódców, którzy rozumieją potrzebę budowania legitymizacji, tworzenia koalicji, wyznaczania jasnych i osiągalnych celów, zaangażowania się w zadanie oraz ograniczenia czasu trwania walki wyłącznie do tego, co jest konieczne – cała potęga świata nie będzie miała znaczenia.