Przejdź do treści

Nasze problemy z muzułmanami: lekcje z Irlandii Północnej (część I) - El Inglés, 25.05.2011.

Tekst został napisany i opublikowany 25.05.2011 - 15 lat temu.

I. Wstęp

Urodziłem się zbyt późno, by – poza samą końcówką okresu "The Troubles” (konfliktu w Irlandii Północnej) – doświadczyć tych wydarzeń w sposób bezpośredni. Podobnie jak wielu moich rówieśników, w 1998 roku, gdy podpisywano Porozumienie Wielkopiątkowe ("Good Friday Agreement"), nie interesowałem się zbytnio polityką. Mieszkałem też zbyt daleko od miejsc narażonych na ataki IRA, a same akty terroryzmu – coraz rzadsze i zazwyczaj nie prowadzące do ofiar śmiertelnych – nie wywarły na mnie większego wrażenia. Jedynym znaczącym zamachem przeprowadzonym przez irlandzkich republikanów, który zapadł mi w pamięć z tamtego okresu, był zamach w Omagh.


Z czasem zacząłem sobie coraz wyraźniej uświadamiać, jak ogromna jest moja niewiedza na temat historii Irlandii i konfliktu w Irlandii Północnej. Świadomość ta pogłębiła się dość szybko, gdy – niejako przy okazji – rozpocząłem drugą (i nieodpłatną) karierę analityka, badającego prawdopodobieństwo wybuchu brutalnego konfliktu między Europejczykami a muzułmanami w Europie. Postanowiłem więc uzupełnić te braki w wiedzy i podjąłem samodzielne, nieograniczone czasowo badania nad "The Troubles”. Odkryłem nie tylko fascynujące fakty historyczne, ale także prawdziwą skarbnicę spostrzeżeń dotyczących rodzaju konfliktu, który może ostatecznie wybuchnąć między brytyjskimi patriotami – pragnącymi zachować brytyjski charakter swojego kraju – a wrogimi wobec państwa muzułmanami, dążącymi do przekształcenia go w coś zupełnie innego.

Choć może to zabrzmieć nieskromnie, całkowity brak zainteresowania czy troski o konflikt w Irlandii Północnej (tzw. Troubles), który towarzyszył mi przez ponad trzy dekady mojego życia, dał mi pewną istotną przewagę w próbie wyciągnięcia z niego wniosków. Choć jestem Brytyjczykiem, dla mnie wydarzenia te należą już do historii. Nie budzą we mnie żadnych szczególnych emocji, co pozwoliło mi podejść do nich w sposób – mam nadzieję – w dużej mierze bezstronny.

Wyjaśniam to nie z nagłej potrzeby snucia autobiograficznych refleksji, lecz dlatego, że zależy mi, aby czytelnicy potraktowali poważnie następujące stwierdzenie: nic, co powiem na temat "Troubles" czy któregokolwiek z uczestników tego konfliktu – niezależnie od tego, czy mowa o państwie, czy o podmiotach niepaństwowych – nie powinno być interpretowane jako wartościowanie ich działań. Jak wspomniałem wcześniej, patrzę na ten konflikt w sposób pragmatyczny. Traktuję go jako ogromny zbiór danych, z którego można czerpać wiedzę, by lepiej zrozumieć, w co my, Brytyjczycy, możemy w niedalekiej przyszłości zostać uwikłani w związku z obecnością muzułmańskiej "piątej kolumny”. Kwestię oceny moralnej – potępiania czy pochwalania poszczególnych stron konfliktu – pozostawiam innym.

II. Uwagi wstępne dotyczące założeń

Zanim na dobre rozpoczniemy dyskusję, musimy wyjaśnić przyjęte założenia – a konkretnie jedno kluczowe założenie, na którym opiera się cały niniejszy esej. Rząd Wielkiej Brytanii będzie bezproduktywnie lawirował w obliczu trwającej muzułmańskiej imigracji i postępującej islamizacji, aż do momentu, w którym pogrążymy się w kryzysie – a prawdopodobnie także długo po jego wybuchu. Cynicy mogliby zauważyć, że rzadko kiedy można przyjąć jakieś założenie z tak dużą pewnością, jednak kryje się w tym poważniejsza myśl. Istnieją już kraje europejskie (takie jak Dania czy Holandia), w których partie polityczne – coraz skuteczniejsze w swoich działaniach – otwarcie i nieustępliwie sprzeciwiają się negatywnym skutkom muzułmańskiej imigracji. To, na ile partie te zdołają zapobiec katastrofie, pozostaje kwestią otwartą, niemniej stanowią one realną alternatywę wyborczą. Dają rzeczywistą szansę na uniknięcie katastrofy, jaką byłoby pogrążenie się kraju w otwartym konflikcie na tle etniczno-wyznaniowym. W miarę jak sytuacja w poszczególnych krajach będzie ulegać pogorszeniu, poparcie dla nich z pewnością wzrośnie, co ostatecznie pozwoli im na tworzenie rządów zdolnych do zajęcia się problemami w sposób dający realną szansę na rozwiązanie.

Zupełnie inaczej – z powodów, które jeszcze omówimy – wygląda sytuacja w głównym nurcie brytyjskiej polityki, gdzie pod tym względem panuje całkowita próżnia; próżnia, która prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez pewien czas. Nie widać żadnego wyraźnego impulsu w stronę stworzenia wiarygodnej alternatywy politycznej wobec paradygmatu, który zakłada, że ​​sama obecność muzułmanów w Wielkiej Brytanii nie stanowi problemu i wystarczy jedynie przekonać niewielką grupę zdezorientowanych muzułmańskich ekstremistów, iż to świecka demokracja jest właściwą drogą dla ludzkości.

Całkiem możliwe, że nawet wybuch gwałtownego konfliktu między muzułmanami a Brytyjczykami nie skłoni polityków głównego nurtu do porzucenia tego niedorzecznego paradygmatu – przynajmniej przez pewien czas. Przyjmijmy zatem, że hipotetyczny konflikt, który analizujemy w niniejszym dokumencie, rozgrywa się w warunkach, w których brytyjski rząd (lub kolejne rządy) jest całkowicie bezradny wobec natury problemu i nie wie, jak na niego właściwie zareagować. W przeciwieństwie do niezwykle przenikliwego Geerta Wildersa z Holandii, który nie żywi żadnych złudzeń co do tego, z czym mierzy się jego kraj i dlaczego, musimy założyć, że na czele państwa staną ludzie, którzy w ogóle nie rozumieją fundamentów sytuacji, przed którą się znajdują. Obecny rząd, kierowany przez Partię Konserwatywną, stanowi wprawdzie pewien postęp w porównaniu z poprzednim rządem Partii Pracy, jednak jak dotąd nie wykazuje żadnych oznak zrozumienia tego, z czym Wielka Brytania musi się obecnie mierzyć w następstwie trwającej od dziesięcioleci imigracji muzułmańskiej.

Oczywiście można sobie wyobrazić, że w Wielkiej Brytanii pojawi się postać, która stanie na czele rządu zdeterminowanego, by przeciwstawić się islamskiej kolonizacji. Należy jednak odróżnić dwie sytuacje:

a) społeczeństwo europejskie stawiające opór islamizacji pod rządami wybranymi właśnie w tym celu, oraz

b) społeczeństwo europejskie stawiające opór islamizacji w obliczu kryzysu wywołanego przez nieudolny, niezdecydowany rząd.

Biorąc pod uwagę, że w brytyjskich realiach ten drugi scenariusz wydaje się znacznie bardziej prawdopodobny, niniejszy dokument koncentruje się wyłącznie na nim. Innymi słowy, zakładamy, że działania państwa ograniczą się do desperackich prób powstrzymania gwałtownego konfliktu, przy jednoczesnym zaniechaniu jakichkolwiek poważnych kroków w stronę usunięcia jego głównych przyczyn. Scenariusz ten wcale nie jest tak nierealistyczny, jak mogłoby się wydawać. Jak wykażemy w innym miejscu, jeśli utrzymamy obecny kurs, wybuch gwałtownego konfliktu jest niemal pewny. Przypomnijmy tu chaotyczne i nieudolne działania brytyjskich rządów na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, które przyczyniły się do powstania, a następnie zaostrzenia konfliktu w Irlandii Północnej (tzw. The Troubles) – powinno to stanowić ostrzeżenie dla wszystkich, którzy z góry zakładają kompetencje władz państwowych.

Warto zaznaczyć, że obecny rząd – choć daleki od doskonałości – zaczął już odcinać się od toksycznego dziedzictwa Partii Pracy w kwestiach imigracji, wielokulturowości i pokrewnych zagadnień. Jest to sygnał napawający optymizmem. Sprawia on, że wizja brytyjskiego rządu, który w ciągu najbliższych dwóch dekad bezrefleksyjnie wpędza kraj w nowe, tym razem "muzułmańskie” niepokoje, staje się nieco mniej prawdopodobna. Mimo to, w niniejszym eseju przyjmujemy właśnie czarny scenariusz. Oto dlaczego:

a) analiza wydarzeń w perspektywie dwóch dekad obejmuje tak wiele zmiennych, że niektóre z nich trzeba przyjąć za stałe – w przeciwnym razie liczba możliwych kombinacji stałaby się niemożliwa do ogarnięcia, co uniemożliwiłoby przeprowadzenie rzetelnej analizy;

b) choć brytyjski "okręt państwowy” być może zaczął powoli zmieniać kurs, jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by ocenić, na ile skutecznie zdoła to zrobić; oraz

c) z analitycznego punktu widzenia przejrzyściej, a psychologicznie – zdrowiej, jest nakreślić najgorszy możliwy scenariusz (zostawiając sobie furtkę dla bardziej optymistycznego rozwoju wypadków), niż przyjąć wariant optymistyczny, by później zderzyć się z rzeczywistością, która okazuje się znacznie gorsza.

Przyszłość, którą tu opisujemy, jest prawdopodobnie najgorszym możliwym scenariuszem, z jakim może zmierzyć się Wielka Brytania w odniesieniu do swojej muzułmańskiej populacji. Ci, którzy życzą Wielkiej Brytanii i Brytyjczykom lepszego losu, powinni zadać sobie pytanie, w jaki sposób mogą pomóc do tego doprowadzić.

III. Dlaczego konflikt jest nieunikniony: konflikt warunkowy a konflikt organiczny.

Musimy najpierw zrozumieć, dlaczego gwałtowny konflikt między Brytyjczykami a muzułmanami jest nieunikniony, jeśli pozwoli się na dalszy, błyskawiczny wzrost liczebności populacji muzułmańskiej w Zjednoczonym Królestwie[1]. Fakt, że relacje między Europejczykami a zamieszkującymi ich kraje społecznościami muzułmańskimi są – ogólnie rzecz biorąc – złe i ulegają dalszemu pogorszeniu, nie podlega dyskusji. Co jednak pozwala nam wyciągnąć wniosek, że w Wielkiej Brytanii nieuchronnie dojdzie do załamania porządku publicznego na tle islamskim, a w konsekwencji – do gwałtownego konfliktu?

[1] Nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że jeśli nie pozwoli się na dalszy wzrost, do żadnego konfliktu nie dojdzie.

Wprowadzamy tu rozróżnienie na dwa rodzaje konfliktów: konflikt warunkowy oraz konflikt organiczny. Konflikt warunkowy to taki, do którego dochodzi, kiedy w kluczowych momentach decyzyjnych – na rozstajach dróg prowadzących do owego konfliktu – podjęto decyzje ukierunkowane raczej na wojnę niż na pokój. Konflikt organiczny natomiast, choć z pewnością wywołany konkretnymi wydarzeniami (które w teorii mogłyby w ogóle nie zaistnieć), był nieunikniony od samego początku. Wynikał bowiem z niestabilnej sytuacji, która – prędzej czy później – musiała przerodzić się w przemoc pod wpływem jakiegoś impulsu. Sam charakter tego impulsu ma tu mniejsze znaczenie niż fakt, że do niego w ogóle doszło. Oczywiście nie istnieje żaden jednoznaczny, rygorystyczny sposób, by precyzyjnie określić, które konflikty mają charakter organiczny, a które warunkowy; niemniej jednak ramy pojęciowe wynikające z tego podziału pomagają zrozumieć naturę konfliktu, który czeka Wielką Brytanię.

Mówiąc konkretniej: uważamy, że konflikt w Irlandii Północnej (tzw. "The Troubles") był konfliktem warunkowym, podczas gdy nasze "muzułmańskie Troubles" będą konfliktem organicznym. Zrozumienie różnicy między tymi dwoma typami konfliktów ma kluczowe znaczenie dla pojęcia tego, z czym muszą mierzyć się kraje europejskie w następstwie szaleńczej polityki muzułmańskiej imigracji.

Droga do "The Troubles"

Choć konflikt znany jako "The Troubles" wyrósł z długiej i burzliwej historii brytyjskiego zaangażowania w sprawy Irlandii, na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy przejść od razu do XX wieku – do podziału Irlandii oraz powstania Irlandii Północnej jako osobnego państwa.

Od momentu powstania w 1921 roku, będącego bezpośrednim skutkiem irlandzkiej wojny o niepodległość, prowincja Irlandia Północna (dalej: NI /Northern Ireland) stanowiła w ramach Zjednoczonego Królestwa swoistą anomalię – fakt, z którego większość Brytyjczyków nie zdaje sobie sprawy nawet dzisiaj. Pod względem politycznym strukturę tę zaprojektowano tak, aby zapewnić miażdżącą dominację protestanckiej większości, wywodzącej się z kręgów brytyjskich. Mechanizm ten opierał się przede wszystkim na następujących rozwiązaniach:

  1. Ograniczenia praw wyborczych w wyborach samorządowych, co osłabiło wpływy polityczne mniejszości katolickiej.
  2. Manipulacje granicami okręgów wyborczych (tzw. "gerrymandering") na szczeblu lokalnym, dzięki którym w radach samorządowych przewagę zyskiwali protestanci – nawet na obszarach zamieszkanych w większości przez katolików.
  3. Uprzywilejowany dostęp do miejsc pracy i mieszkań, będący bezpośrednim następstwem dwóch powyższych czynników.
  4. Drakońska ustawa o uprawnieniach specjalnych (Special Powers Act), która pozwalała rządowi Irlandii Północnej na stosowanie nadzwyczajnych środków w celu utrzymania porządku publicznego w prowincji.
  5. Istnienie rezerwowej formacji zbrojnej, tzw. "B Specials" – złożonej niemal wyłącznie z protestantów – wykorzystywanej w sytuacjach kryzysowych do tłumienia niepokojów wywoływanych przez katolików.

W obliczu globalnych przemian politycznych lat 60. XX wieku, katolicka ludność Irlandii Północnej zaczęła się mobilizować, dążąc do zmiany tej sytuacji. Założone w 1968 roku Stowarzyszenie Praw Obywatelskich Irlandii Północnej (NICRA - Northern Ireland Civil Rights Association) postulowało stosowanie wyłącznie pokojowych metod działania. W tamtym okresie Irlandzka Armia Republikańska (IRA) – jeszcze przed podziałem na frakcje "Official" i "Provisional", do którego doszło pod koniec 1969 roku – była w zasadzie rozbita. Po całkowicie nieudanej kampanii zbrojnej przeciwko władzom Irlandii Północnej w latach 1956–1962, IRA przestała być wiarygodną siłą militarną i znajdowała się całkowicie poza sferą zainteresowań większości irlandzkich nacjonalistów, zarówno na północ, jak i na południe od granicy.

Ówczesny rząd brytyjski pozostawił sprawy w dużej mierze w rękach parlamentu Irlandii Północnej w Stormont – ośrodku protestanckiej dominacji politycznej. Po podziale Irlandii w 1921 roku i zawarciu traktatu angielsko-irlandzkiego w 1922 roku, podejście to stało się niejako wzorcem dla wszystkich brytyjskich rządów, które starały się mieć jak najmniej wspólnego z irlandzkimi sprawami. Brak jakichkolwiek ograniczeń nałożonych na protestancki establishment polityczny w Irlandii Północnej okazał się istotnym czynnikiem, który doprowadził do przekształcenia "zwykłych" niepokojów społecznych w otwarty konflikt wewnętrzny oraz wojnę partyzancką.

Wskazywaliśmy, że okres "The Troubles” (konfliktu w Irlandii Północnej) był konfliktem warunkowym. Co to oznacza? Chodzi o to, że na drodze do tego konfliktu decydenci w brytyjskim rządzie stawali przed kluczowymi momentami, w których istniała szansa na załagodzenie sytuacji, zamiast jej eskalowania. Nie oznacza to bynajmniej, że brytyjski rząd pragnął wybuchu tego konfliktu. Pokazuje to raczej, jak niezwykle trudne jest podejmowanie właściwych decyzji w złożonych sprawach, gdy stawka jest wysoka.

Mówiąc bardziej szczegółowo, za jedne z najważniejszych punktów zwrotnych uznajemy następujące wydarzenia:

  • Październik 1968: Pokojowa demonstracja katolików w Dungannon, w której biorą udział również nacjonalistyczni politycy, spotyka się z niezwykle brutalną reakcją policji Royal Ulster Constabulary (RUC), co przyciąga uwagę całego świata.
  • Styczeń 1969: Marsz grupy "People’s Democracy” z Belfastu do Derry zostaje w pobliżu Derry brutalnie zaatakowany przez protestanckie bojówki, przy niemal całkowitym braku ochrony ze strony RUC. Do dalszej eskalacji przemocy dochodzi, gdy RUC podejmuje próbę rozpędzenia demonstracji zorganizowanej na powitanie uczestników marszu w Derry.
  • Sierpień 1969: Marsz organizacji "Apprentice Boys” w Derry napotyka na katolickich kontrmanifestantów, którzy próbują go zakłócić. Interwencja RUC przeciwko kontrmanifestantom prowadzi do wielodniowych, niezwykle gwałtownych zamieszek na terenie katolickiej dzielnicy Bogside i w jej okolicach. Katolicy w Belfaście wszczynają własne zamieszki, aby odciągnąć siły RUC od Derry; dochodzi do skrajnie brutalnych starć między katolikami z jednej strony a protestantami i RUC z drugiej, co skutkuje ofiarami śmiertelnymi oraz spaleniem wielu domów. Wobec niezdolności RUC do opanowania sytuacji, na ulice Irlandii Północnej zostaje skierowana armia brytyjska.
  • Lipiec 1970: Przeszukiwanie domów przez armię brytyjską, mające na celu odnalezienie składu broni w katolickiej twierdzy przy Falls Road w Belfaście, prowadzi do zamieszek na dużą skalę, wymiany ognia oraz wprowadzenia godziny policyjnej, gdy wojsko rozszerza zakres poszukiwań na cały ten obszar. Ginie kilka osób, a wydarzenie to uznaje się za moment przełomowy, który doprowadził do pogorszenia relacji między katolikami w Irlandii Północnej a brytyjską armią
  • Sierpień 1971: Brytyjskie siły bezpieczeństwa internują setki osób podejrzanych o członkostwo w IRA, próbując w ten sposób osłabić odradzający się irlandzki republikanizm.[2] W całej Irlandii Północnej wybuchają powszechne zamieszki i dochodzi do wymiany ognia, co skutkuje licznymi ofiarami śmiertelnymi. W konsekwencji gwałtownie rośnie liczba osób wstępujących w szeregi IRA.
  • Styczeń 1972: Marsz na rzecz praw obywatelskich, zorganizowany przez NICRA przeciwko polityce internowań, kończy się w Derry śmiercią trzynastu nieuzbrojonych katolickich cywilów, zastrzelonych przez brytyjskich spadochroniarzy. Wydarzenie to ("Krwawa Niedziela" / "Bloody Sunday") pozostaje jednym z najbardziej niesławnych epizodów okresu "The Troubles”. Kolejni rekruci napływają do szeregów IRA – przekroczono punkt, z którego nie ma już powrotu.

[2] IRA podzieliła się wówczas na Provisional IRA (PIRA) oraz Official IRA (OIRA). W 1972 roku OIRA ogłosiła trwałe zawieszenie broni i z czasem stała się w ruchu republikańskim siłą marginalną. To właśnie PIRA (nazywana również "Provos") jest organizacją, którą Brytyjczycy mają na myśli, mówiąc o IRA. W niniejszym dokumencie, dla zachowania jasności, posługujemy się określeniem PIRA.

Na każdym z tych etapów można było podjąć zupełnie inne decyzje. Co zezwolić, a czego zakazać; co zrobić, a czego zaniechać. Gdyby rząd brytyjski w latach 1968–1969 bardziej zdecydowanie interweniował w Irlandii Północnej – dążąc do uspokojenia katolików i ochrony ich przed przemocą ze strony państwa oraz protestanckich bojówek – być może ruch na rzecz praw obywatelskich osiągnąłby swoje cele, zanim odradzająca się IRA (ściślej mówiąc: PIRA - Provisional IRA) zdołałaby wykorzystać ten ruch do realizacji własnego, niezapomnianego postulatu zjednoczenia Irlandii. Warto pamiętać, że gdy w 1969 roku brytyjskie wojsko po raz pierwszy wkroczyło do Irlandii Północnej, katolicka społeczność powitała je jako bezstronną siłę, która zapewni ochronę przed atakami lojalistów. Przez pewien czas relacje między katolikami a armią układały się całkiem nieźle, jednak kolejny przełomowy moment – ​​wprowadzenie godziny policyjnej w dzielnicy Falls Road oraz przeszukania domów – ostatecznie pogrzebały ten okres względnej życzliwości.

Internowanie powszechnie uznaje się za katastrofę. Opierało się na słabym rozpoznaniu wywiadowczym – dane były miejscami tak nieaktualne, że zatrzymano nawet weterana powstania wielkanocnego z 1916 roku, który od ponad 50 lat nie prowadził żadnej działalności. W rezultacie wielu kluczowych działaczy pozostało na wolności, podczas gdy aresztowano mnóstwo osób nie mających żadnego znaczenia. W przeciwieństwie do sytuacji z czasów II wojny światowej, kiedy ówczesny premier Irlandii (Taoiseach) Éamon de Valera zarządził internowanie członków IRA – obawiając się, że ich działania w Anglii mogą zagrozić neutralności Irlandii – tym razem Republika Irlandzka odmówiła wprowadzenia podobnych środków na swoim terytorium, co drastycznie ograniczyło skuteczność tych działań. Co więcej, początkowo uderzano wyłącznie w republikanów, pozostawiając lojalistyczne grupy paramilitarne na wolności. Trudno zatem nie uznać, że koszty tego przedsięwzięcia znacznie przewyższyły korzyści – zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że to właśnie marsz przeciwko internowaniu przerodził się w koszmar "Krwawej Niedzieli" ("Bloody Sunday").

Sytuacja pogarszała się coraz bardziej, aż trudno oprzeć się wnioskowi, że konfliktu w Irlandii Północnej (znanego jako "The Troubles") można było uniknąć, gdyby w kluczowych momentach potoczyły się one innym torem – co czyni go wręcz podręcznikowym przykładem konfliktu uwarunkowanego przypadkowymi okolicznościami. Oczywiście, tezy tej nie da się w sposób jednoznaczny udowodnić. Należy wziąć pod uwagę, że szeroko zakrojone ustępstwa wobec nacjonalistów w 1969 roku mogłyby tak dalece rozwścieczyć lojalistów, iż ci rozpoczęliby swoją brutalną kampanię przemocy na tle wyznaniowym już wtedy, a nie dopiero w 1972 roku – co doprowadziłoby do podobnego konfliktu, tyle że w nieco innych okolicznościach. Pomijając jednak to zastrzeżenie, panuje dość powszechny konsensus, że gdyby ówczesny brytyjski rząd podjął w latach 60. i na początku lat 70. inne kluczowe decyzje, można było uniknąć niemal trzech dekad bezwzględnego konfliktu na tle wyznaniowym.

Próbę uniknięcia potencjalnego konfliktu można porównać do próby przejścia przez ruchliwą drogę w miejscu, w którym nie ma przejścia dla pieszych – jest to zadanie trudne, choć w teorii wykonalne w taki sposób, by wyjść z niego bez szwanku. Każde z sześciu kluczowych wydarzeń wymienionych powyżej było w istocie samochodem, z którym brytyjski rząd – próbując przeprawić się przez "ruchliwą drogę" Irlandii Północnej na przełomie lat 60. i 70. XX wieku – nieuchronnie się zderzył. W rezultacie rząd znalazł się na poboczu, poturbowany i obolały, nie mając przy tym żadnej dogodnej drogi powrotnej. Nie chodzi tu o dowodzenie, że przejście przez tę drogę było – lub powinno było być – zadaniem banalnie prostym, ani o to, że brytyjski rząd powinien był poradzić sobie lepiej. Takie rozważania są w tym kontekście nieistotne. Chodzi nam o to, że w teorii zadanie to było niemal na pewno wykonalne, a Porozumienie Wielkopiątkowe z 1998 roku stanowiło zwieńczenie tragicznie krętej drogi, jaką prowincja przebyła, by osiągnąć stan względnego pokoju i porządku.

Problem z muzułmanami

Załóżmy, że muzułmanie w Wielkiej Brytanii pozostają tacy, jacy są, ale brytyjski rząd wchodzi w posiadanie czarodziejskiej różdżki, dzięki której – przy jednym machnięciu dziennie – wszystkie planowane przez nich ataki terrorystyczne kończą się niepowodzeniem, w sposób haniebny i niezauważalny dla otoczenia. Czy w sytuacji, gdy "brutalny ekstremizm" został tak skutecznie wyeliminowany, możemy odetchnąć z ulgą i założyć, że relacje między Brytyjczykami a muzułmanami w Wielkiej Brytanii ułożą się teraz pomyślnie?

Odpowiedź brzmi: nie. Istnieją cztery zbiorcze cechy lub wzorce zachowań muzułmanów, które sprawiają, że nieuchronnie doprowadzą oni europejskie społeczeństwa do gwałtownego konfliktu. Krótko mówiąc, czynią one muzułmanów elementem toksycznym dla społeczeństw zachodnich. Są to: przestępczość (w tym terroryzm), pasożytnictwo, podżeganie do buntu oraz działalność wywrotowa. Wszystkie te cechy przejawiają się z uderzającą konsekwencją – niezależnie od tego, czy przyjrzymy się Pakistańczykom w Wielkiej Brytanii, Turkom w Niemczech, Algierczykom we Francji czy Marokańczykom w Holandii. Co więcej, żadna z tych cech nie poddaje się istotnym zmianom pod wpływem jakichkolwiek działań podejmowanych przez Brytyjczyków, Niemców, Francuzów czy Holendrów. W związku z tym wrogość, jaką Europejczycy żywią wobec szybko rosnącej populacji muzułmańskiej, stanowi nie tylko w pełni uzasadnioną reakcję na cechy tej grupy, ale wręcz zaskakuje jedynie tym, że tak długo zajęło jej stanie się zjawiskiem powszechnym.

Wracając do sytuacji w Wielkiej Brytanii. Porównaliśmy stan sprzed okresu "The Troubles" (konfliktu w Irlandii Północnej) do problemu przekraczania drogi. Sytuacja, w jakiej znaleźliśmy się w obliczu gwałtownie rosnącej liczby muzułmanów, przypomina przebywanie na taśmociągu prowadzącym prosto do zgniatarki. Możemy pozostać na tej taśmociągu i trafić do zgniatarki albo z niego zejść i uniknąć zmiażdżenia – nie da się jednak na nim pozostać i jednocześnie uniknąć zgniatarki. Nie sposób wynegocjować przejścia przez zgniatarkę, bo wtedy przestałaby ona być zgniatarką. Musimy zejść z taśmociągu. Wszelkie inne rozwiązania są pozbawione sensu. Mówiąc wprost. Dalsze przyzwalanie na kolonizację brytyjskich miast przez wrogą, przestępczą i motywowaną religijnie hordę – która okazuje nam i naszemu stylowi życia wyłącznie pogardę, korzystając jednocześnie z ogromnych dotacji, jakie od nas wyciąga – może doprowadzić jedynie do gwałtownego konfliktu. Konfliktu, który w mniejszym lub większym stopniu wyłania się już we wszystkich krajach europejskich dotkniętych tym samym problemem. Nie ma tu miejsca na żadne "sprytne" decyzje ani polityczne wybiegi, które pozwoliłyby nam – ramię w ramię – wkroczyć do wielokulturowego raju, rzekomo czekającego po drugiej stronie rozkładu społecznego, który jest dziś tak wyraźnie widoczny w całej Europie. Czeka nas jedynie nieuchronne staczanie się w stronę plemiennej przemocy, eksplodujących miast oraz zniszczenia demokracji w takim kształcie, w jakim ją obecnie rozumiemy.

Pomieszanie konfliktu przypadkowego z konfliktem organicznym – czy też problemów typu "przejście przez drogę" z problemami typu "uniknięcie zmiażdżenia" – uwidacznia się w tym, jak nawet inteligentni ludzie zachodzą w głowę, próbując ustalić, co poszło "nie tak” w Holandii w kwestii muzułmanów i ich integracji z holenderskim społeczeństwem. Jeszcze w latach 80. XX wieku wszystko wydawało się "w porządku". Co zatem – pytają ludzie – wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady, że wyniosło na wpływową pozycję najpierw Pima Fortuyna, a obecnie Geerta Wildersa?

Wyobraźmy sobie człowieka siedzącego przy stole, przed którym leży duży stos soli. Mężczyzna zwilża palec, zanurza go w soli, a następnie zlizuje ją. Czy ma to na niego jakiś znaczący wpływ? Raczej nie – ludzki organizm potrzebuje pewnej ilości soli i wykazuje pewną tolerancję nawet na jej podwyższony poziom. Co jednak stanie się, jeśli człowiek ten będzie powtarzał tę czynność raz za razem, sięgając po kolejne porcje soli? Możemy z całą pewnością stwierdzić, że jeśli będzie dalej siedział przy stole i jadł sól, zacznie czuć się źle – w nadmiarze jest ona bowiem dla ludzi trucizną. Jeśli będzie na tyle nierozważny, by kontynuować jedzenie nawet wtedy, gdy poczuje mdłości, pojawi się u niego desperacka potrzeba zaprzestania spożywania soli. Jeśli zignoruje ten sygnał i będzie jadł dalej, w końcu umrze.

Sytuacja Holandii jest dokładnie analogiczna do przypadku człowieka jedzącego sól. Przez dziesięciolecia Holendrzy siedzieli przy swoim stole, zanurzając palce w stosie soli i zlizując ją – a teraz przekroczyli już punkt, w którym zaczęli odczuwać mdłości. Jeśli nadal będą "spożywać" sól, jaką jest muzułmańska imigracja, podupadną na zdrowiu i w końcu umrą. Jeśli natomiast postanowią przestać ją jeść, zyskają przynajmniej szansę na powrót do zdrowia[4]. Nie da się jednak "sprytnie" podchodzić do konsumpcji takiej substancji, licząc na to, że uda się ją odpowiednio "zintegrować" z własnym organizmem. W pewnym momencie trzeba po prostu przestać przyjmować truciznę. Wniosek, że sól nie jest trucizną, tylko dlatego, że jej pierwsza niewielka porcja nie doprowadziła do czyjejś śmierci, wynika z błędnego rozumienia istoty rzeczy. Trucizna islamu – w postaci samych muzułmanów – nagromadziła się w organizmie państwowym Holandii do tego stopnia, że ​​zaczyna go zabijać. W skrócie - właśnie to jest przyczyną problemów w kraju Huygensa i Vermeera.

[4] Fakt, że populacja muzułmańska w Holandii będzie nadal rosła ze względu na wyższy współczynnik dzietności – nawet jeśli imigracja muzułmanów zostanie zatrzymana – stanowi komplikację, której nie sposób tutaj rozpatrzyć.

Biorąc pod uwagę, że podejście wszystkich głównych partii politycznych w poszczególnych krajach europejskich dotkniętych problemem islamu opiera się na założeniu, iż mamy do czynienia z konfliktem sytuacyjnym (a więc problemem w rodzaju "przejścia przez ulicę"), a nie konfliktem organicznym (czyli problemem w rodzaju "uniknięcia zgniecenia"), rozróżnienie między tymi dwoma rodzajami konfliktów, które tu wprowadzamy, ma kluczowe znaczenie.. Jeśli mamy rację, to działania polityków głównego nurtu w całej Europie wobec islamu i muzułmanów były nie tylko bezużyteczne, ale wręcz szkodliwe – pozwoliły bowiem, by prawdziwy problem, pozostawiony bez odpowiedniej reakcji, dalej się rozwijał i "przerzucał" na kolejne obszary życia społecznego[5].

[5] Z pewnością znajdą się tacy, którzy nie zaakceptują naszego twierdzenia, iż zmierzamy ku konfliktowi o charakterze organicznym – lecz osoby te będą musiały przedstawić jakieś wyjaśnienie. Jeśli właściwa "integracja" muzułmanów polega jedynie na przejściu na drugą stronę ulicy, a nie na unikaniu zmiażdżenia, to dlaczego wszystkie kraje zachodnie, w których przebywa znaczna liczba muzułmańskich imigrantów, nie potrafią tej ulicy przejść? Dlaczego akurat ta konkretna ulica jest nie do przejścia?

Geert Wilders w Holandii, Filip Dewinter we Flandrii, Pia Kjærsgaard w Danii, Siv Jensen w Norwegii, Jimmie Åkesson w Szwecji, Timo Soini w Finlandii, Heinz-Christian Strache w Austrii, Thilo Sarrazin w Niemczech, Oskar Freysinger w Szwajcarii – oni wszyscy rozumieją, że ich kraje znajdują się na taśmociuągu prowadzącym prosto do zgniatarki. Próbują oni wedrzeć się do głównego nurtu polityki, wypierając bezrefleksyjnych urzędników, którzy zasiedzieli się tam na zbyt długo. Tymczasem w brytyjskiej polityce głównego nurtu nikt – absolutnie nikt – nie wydaje się rozumieć, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Wielka Brytania, jako jedyny kraj Europy Zachodniej, wykonuje na swoim "taśmociągu" chaotyczne ruchy. Próbuje unikać wyimaginowanych przeszkód, podczas gdy szczęki miażdżącej maszyny zaciskają się coraz mocniej z każdą sekundą.

Jedną z zalet takiego spojrzenia na problem jest to, że zyskujemy kluczowe kryterium, dzięki któremu możemy ocenić, czy rząd danego kraju posiada zarówno zrozumienie sytuacji, jak i wolę, by zmierzyć się z wyzwaniami, jakie stwarzają muzułmanie. Najważniejszą rzeczą, jaką każdy rząd może zrobić, by zwalczyć zło islamu i islamizacji, jest zaprzestanie wpuszczania kolejnych muzułmanów. Zaniechanie tego kroku sprawi, że wszelkie inne wysiłki w tym zakresie staną się w gruncie rzeczy bezsensowne. Zatem każdy rząd, który tego nie robi, jest w kwestii islamu całkowicie bezużyteczny. Nie oznacza to, że rząd, który podejmie takie działanie, całkowicie rozwiąże problem, jednak pod względem logistycznym i politycznym znacznie łatwiej jest zapobiec napływowi nowych muzułmanów, niż usunąć z kraju tych, którzy już w nim przebywają. Powstrzymanie muzułmańskiej imigracji jest zatem nie tylko kluczowym i niezbędnym krokiem, ale także krokiem najłatwiejszym do wykonania – dlatego właśnie utrzymujemy, że każdy, kto go nie podejmuje, musi być z konieczności bezużyteczny.

Jest jeszcze za wcześnie, by przesądzać, co obecny rząd pod przywództwem konserwatystów zdoła osiągnąć w trakcie swojej kadencji. Z satysfakcją obserwujemy, że podejmuje on poważne próby skierowania naszej polityki imigracyjnej na tory, które nie prowadzą do samobójstwa. Dotyczy to zarówno polityki imigracyjnej w ujęciu ogólnym, jak i – w sposób dorozumiany – imigracji muzułmańskiej. Z umiarkowanym uznaniem odnotowujemy dość słabe i pełne zastrzeżeń wystąpienie Davida Camerona, w którym skrytykował on wielokulturowość w wydaniu Partii Pracy. Jednocześnie z konsternacją – choć bez zaskoczenia – obserwujemy, że w głównym nurcie brytyjskiej polityki wciąż nikt nie odważa się krytykować islamu jako takiego. Co z tego wszystkiego wynika? Obraz jest niejednoznaczny. Niestety, my, Brytyjczycy – a przynajmniej nasze elity polityczne, które nas reprezentują – okazujemy się w Europie narodem, któremu najwolniej przychodzi wyciąganie wniosków. Jeśli chodzi o nasze pierwotne założenie, że zmierzamy nieuchronnie ku "muzułmańskim kłopotom", można stwierdzić, że nieco zbyt pesymistycznie oceniliśmy tempo tego procesu (co zresztą braliśmy pod uwagę od początku) – niemniej jednak wciąż zmierzamy, choć wolniej i bardziej stopniowo, do w gruncie rzeczy tego samego finału.

Można by wysunąć tezę, że brytyjski establishment polityczny błędnie zinterpretował – i w dużej mierze nadal błędnie interpretuje – sytuację związaną z islamem, postrzegając ją jako konflikt przypadkowy (wynikający z konkretnych, przejściowych okoliczności). Być może wynika to z faktu, że dopiero niedawno udało się wyprowadzić nasz kraj z innego, również przypadkowego konfliktu, a wnioski wyciągnięte z historii są błędne. Z drugiej jednak strony, skoro żadnemu innemu krajowi europejskiemu, który przyjął znaczną liczbę muzułmańskich imigrantów, nie udało się uniknąć tego błędu, oznacza to, że przyczyna problemu tkwi znacznie głębiej. Tak czy inaczej, musimy przyjąć, że jeśli rząd nie podejmie radykalnych kroków, by zawczasu zażegnać ten konflikt (a zakładamy, że takie kroki nie zostaną podjęte), to starcie jest nieuniknione. Po prostu nie da się w pokojowy sposób pogodzić interesów narodów europejskich oraz szybko rosnącej populacji muzułmańskiej. Relacje między nimi niemal zawsze sprowadzają się – w najlepszym razie – do gry o sumie zerowej. Właśnie dlatego określamy te rodzące się konflikty mianem "organicznych”, a nie przypadkowych.