Przejdź do treści

Nasze problemy z muzułmanami: dieta z ciastem czekoladowym (część II) - El Inglés, 26.05.2011.

"Choć wzrost populacji muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii nieuchronnie popchnie nas w stronę gwałtownego konfliktu, nasza analiza musi wyjść poza ogólniki i rozważyć, w jaki dokładnie sposób oraz kiedy taki konflikt może wybuchnąć. Presja prowadząca do konfliktu jest stała i nieubłagana, jednak jego eskalacje będą miały charakter nagłych, odrębnych zdarzeń."


To druga część pięcioczęściowego cyklu autorstwa El Inglésa, w którym zestawia on "kłopoty” (ang. Troubles) z Irlandii Północnej z nadchodzącymi "muzułmańskimi kłopotami” w Wielkiej Brytanii.

Raz jeszcze – uwaga dla czytelników, którzy nie znają twórczości El Inglésa: niniejszy tekst ma charakter opisowy, a nie normatywny. Nikt z nas nie chciałby doświadczyć tego, co przewiduje El Inglés, jednak całkiem możliwe, że będziemy musieli przez to przejść.

IV. Skupienie na terroryzmie

Zanim przejdziemy do omawiania prawdopodobnego przebiegu naszych "muzułmańskich kłopotów”, zróbmy małą dygresję, nawiązując do poprzedniego rozdziału. Wyjaśnimy szerzej, dlaczego – choć można zasadnie dyskutować o tym, jak dotkliwe będą te kłopoty – uważamy, że pewna forma brutalnego konfliktu jest nieunikniona. Przyjrzymy się kwestii, która dobitnie pokazuje, jak rozpaczliwie nieudolna była reakcja naszego establishmentu politycznego na problemy, jakie w Wielkiej Brytanii wywołały islam i społeczność muzułmańska.

Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów debaty na temat islamu w Wielkiej Brytanii jest dotychczasowe skupienie uwagi niemal wyłącznie na terroryzmie. Choć akcenty zaczynają się powoli przesuwać, podejście to wciąż pokutuje, rzucając złowrogi cień na próby zmierzenia się z rzeczywistym problemem: obecnością w Wielkiej Brytanii coraz liczniejszej społeczności muzułmańskiej. Dalsza imigracja muzułmanów do krajów europejskich nieuchronnie doprowadzi do powszechnego, brutalnego konfliktu o charakterze plemiennym, który rozerwie te państwa od wewnątrz i może kosztować życie dziesiątek, a nawet setek tysięcy ludzi w całej Europie Zachodniej. Tymczasem w Wielkiej Brytanii możliwość otwartej dyskusji o tych kluczowych sprawach została poważnie ograniczona przez deklarowaną przez rządzących chęć zapobiegania terroryzmowi – intencję, która zresztą w dużej mierze nie jest szczera. Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać pod tym względem obecny rząd konserwatystów, jednak w przypadku poprzedniego rządu Partii Pracy zapobieganie terroryzmowi zajmowało tak odległe miejsce na liście priorytetów, że zakrawa to na zdumienie.

To śmiałe twierdzenie, które można dowieść jedynie za pomocą rygorystycznej argumentacji. Wokół tematu muzułmańskiego terroryzmu narosło mnóstwo bzdur. Spróbujmy jednak przedrzeć się przez ten gąszcz i sprowadzić wszystko do podstaw. Biorąc pod uwagę, że większość aktów muzułmańskiego terroryzmu ma – lub przynajmniej z założenia ma mieć – charakter samobójczy, przyjmijmy dla uproszczenia, że ​​każdy muzułmański terrorysta (lub niedoszły terrorysta) albo przeprowadza jeden skuteczny zamach samobójczy (jak sprawcy zamachów z 7 lipca), albo podejmuje taką próbę, po czym zostaje schwytany i uwięziony (jak sprawcy zamachów z 21 lipca). Liczba udanych aktów terroryzmu popełnianych co roku w Wielkiej Brytanii przez muzułmanów jest zatem z definicji równa liczbie muzułmanów w Wielkiej Brytanii (M) pomnożonej przez ułamek tej populacji, który popiera terroryzm w Wielkiej Brytanii jako narzędzie polityczne (A), pomnożonej przez ułamek tej populacji, który co roku próbuje – z większym lub mniejszym zaangażowaniem – przeprowadzić akt terroryzmu (T), pomnożonej przez ułamek tej populacji, któremu się to udaje (S). Jeśli chcemy ograniczyć liczbę takich ataków, musimy dążyć do zmniejszenia jednej lub kilku z tych wartości. Przyjęty przez nas model nie pozostawia innej drogi.

Liczba muzułmańskich aktów terroru (N) w danym roku wyraża się zatem wzorem:

N = M x A x T x S

W 2005 roku nasze równanie wyglądałoby mniej więcej tak:

N = 2 400 000 x 0,1 x 0,01 x 0,00167 = 4

Owe cztery osoby to oczywiście sprawcy zamachów z 7 lipca – ataków na londyńskie autobusy i metro w 2005 roku.

Przyjrzyjmy się bliżej tym czterem parametrom. A oraz T to w istocie parametry psychologiczne, odnoszące się do sposobu, w jaki muzułmanie interpretują wymogi swojej religii oraz wydarzenia zachodzące w otaczającym ich świecie. Z samej natury rzeczy są one najtrudniejsze do zmierzenia, zrozumienia czy też zmiany. Powstały niezliczone ilości wyjątkowo męczących bzdur na temat zdobywania "serc i umysłów", wspierania umiarkowanych środowisk w walce z ekstremistami, wspierania islamskiej reformacji czy wygrywania debaty między sekularyzmem a fundamentalizmem. Mimo głębokich przemyśleń, którym – jak można zakładać – oddawali się jego twórcy, program "Prevent” – sztandarowa inicjatywa rządu Partii Pracy mająca przeciwdziałać radykalizacji – został ostatecznie odrzucony i skrytykowany przez wszystkich jako przedsięwzięcie w najlepszym razie bezużyteczne, a w najgorszym – przynoszące skutki odwrotne do zamierzonych. To kluczowa kwestia: każda próba psychologicznego kształtowania ludzi może przynieść rezultaty całkowicie sprzeczne z założeniami, albowiem fundament psychiki ludzkiej po prostu nie poddaje się manipulacjom tego rodzaju. Nie istnieje żadna, choćby w minimalnym stopniu rzetelna czy wiarygodna metoda zmiany takich parametrów, a wszelkie próby czynienia tego są czystym "voodoo".

Parametr M ma natomiast konkretne i oczywiste znaczenie. Pomijając jałowe dyskusje na temat tego, kto jest "prawdziwym” muzułmaninem, faktem jest, że w Wielkiej Brytanii mieszka bardzo wielu muzułmanów, a ich liczba rośnie niezwykle szybko. Przyczynami tego gwałtownego wzrostu są imigracja muzułmanów oraz wyższy wskaźnik dzietności w tej grupie. O ile na ten drugi czynnik trudno jest bezpośrednio wpływać, o tyle w przypadku imigracji – w odniesieniu do zamożnego, zaawansowanego technologicznie wyspiarskiego państwa w północno-zachodniej Europie – sprawa jest w założeniu prosta. Oznacza to, że M jest parametrem, na który rząd może wywierać ogromny wpływ, zwłaszcza w dłuższej perspektywie czasowej.

Parametr S obejmuje szereg różnych czynników, ale wynika przede wszystkim z kompetencji i zasobów aparatu bezpieczeństwa w odniesieniu do istniejącego zagrożenia terrorystycznego. Aparat bezpieczeństwa o stałej liczebności nie będzie w stanie utrzymać wartości S (a tym samym liczby udanych ataków terrorystycznych) na poziomie zerowym rok po roku w obliczu rosnącego zagrożenia (które możemy uznać za równe M × A × T). Skoro wartości S nie da się regulować bezpośrednio, a jedynie poprzez stworzenie aparatu bezpieczeństwa mającego na celu utrzymanie jej na jak najniższym poziomie, przyjmujemy, że wydajność tego aparatu wynosi E, i definiujemy S = 1 - E. Tak długo, jak długo uda się utrzymać E na poziomie równym jedności, w żadnym roku nie dojdzie do udanych ataków. W miarę narastania zagrożenia terrorystycznego utrzymanie E na poziomie jedności będzie coraz trudniejsze i będzie wymagało coraz większych nakładów finansowych oraz coraz wyższych kompetencji. Należy zauważyć, że E będzie zmieniać się skokowo z roku na rok, w zależności od czynników losowych, kompetencji muzułmańskich terrorystów oraz sprawności aparatów bezpieczeństwa innych państw. W konsekwencji również sama wartość "N" będzie ulegać skokowym zmianom.

Dysponujemy już podstawowym zrozumieniem naszych parametrów. Wartości "A" oraz "T" nie dają się zmierzyć, zrozumieć ani kontrolować w żaden znaczący sposób, a próby ich ograniczenia mogą przynieść wręcz odwrotny skutek. Wartość "S" można korygować jedynie pośrednio i bez pełnej kontroli – poprzez kierowanie znacznych zasobów do aparatu bezpieczeństwa, w nadziei, że zdołają one zapobiec spadkowi wartości E poniżej 1. Z kolei "M" podlega w bardzo dużym stopniu temu, co nazwiemy "kontrolą trajektorii": działania rządu (zwłaszcza rządu bezwzględnego) mogą wywierać ogromny wpływ na jej długofalowy przebieg – w stronę lepszego lub gorszego rozwoju.

W jaki zatem sposób rząd Partii Pracy (Labour) podszedł do problemu muzułmańskiego terroryzmu? Zauważmy, że kluczowym elementem rządowych działań na rzecz zapobiegania "brutalnemu ekstremizmowi" był program "Prevent” – rozpaczliwa i żenująca próba ograniczenia czynników A i T (akceptacji terroryzmu oraz skłonności do działań terrorystycznych) poprzez zapewnienie muzułmańskiej młodzieży stołów do tenisa stołowego i innych tego typu bzdur. W tym samym czasie rządy Blaira, a następnie Browna, pozwalały na nieprzerwany napływ muzułmanów do Wielkiej Brytanii – między innymi w ramach łączenia rodzin (co po objęciu władzy przez Partię Pracy w 1997 roku wręcz rozszerzono) - oraz umożliwiały im pobieranie zasiłków, dzięki którym brytyjscy podatnicy finansowali utrzymywanie przez nich licznych rodzin. Doprowadziło to do gwałtownego wzrostu liczebności muzułmanów (oznaczmy tę grupę jako M) – trendu, który dopiero teraz, pod rządami konserwatystów, zaczyna być wyhamowywany. O ile nam wiadomo, nikt w rządzie Partii Pracy (ani w podległych mu służbach policyjnych) nigdy nie odniósł się do tej oczywistej kwestii. Temat** M był po prostu tabu, całkowicie wykluczonym z debaty publicznej. Zagrożenie terroryzmem muzułmańskim – które definiujemy jako iloczyn M, A oraz T – było w tym ujęciu rzekomo niezależne od jednego z trzech czynników: M. Kontrolę nad dynamiką wzrostu populacji M pozostawiono samym muzułmanom, których skłonność do sprowadzania bliskich krewnych i powiększania rodzin napędzała ten gwałtowny przyrost.

Zastanówmy się nad znaczeniem tego zjawiska. Jeśli w określonym czasie liczebność grupy M podwoi się, to nawet zmniejszenie czynnika A o połowę sprawi, że końcowy wynik (zagrożenie) pozostanie na dokładnie tym samym poziomie, co na początku. Innymi słowy, nawet gdyby udało się osiągnąć pozornie niemożliwe zadanie – zmniejszenie o połowę odsetka brytyjskich muzułmanów popierających ataki terrorystyczne na Wielką Brytanię – efekt ten zostałby całkowicie zniwelowany przez jednoczesne podwojenie się liczebności całej muzułmańskiej populacji. Szacuje się, że obecnie grupa M liczy około 2,9 miliona osób – w porównaniu z około 1,8 miliona w 2001 roku i przypuszczalnie około 1,5 miliona w 1997 roku, kiedy Partia Pracy przejęła władzę. Oznacza to, że w ciągu 13 lat rządów Partii Pracy liczebność tej grupy niemal się podwoiła.

Taki rozwój sytuacji przekreśliłby wszelkie znaczące sukcesy w zakresie ograniczania czynników A i T – o ile w ogóle dałoby się je osiągnąć, co w praktyce jest niemożliwe. Oznacza to, że jedyną nadzieją na zapobieżenie terroryzmowi islamskiemu jest utrzymanie wartości S na możliwie najniższym poziomie, co z kolei wymaga, aby wartość E wynosiła 1. Z pewnością należy docenić służby bezpieczeństwa, które – ogólnie rzecz biorąc – wykonują znakomitą pracę, powstrzymując muzułmanów pragnących nas zabić przed dokonaniem takich czynów. Jednakże, jak sami funkcjonariusze tych służb przyznaliby w pierwszej kolejności, nie sposób oczekiwać, że będą oni w stanie skutecznie i nieprzerwanie udaremniać każdą taką próbę.

To, że liczba udanych ataków terrorystycznych przeprowadzonych dotychczas przez muzułmanów w Wielkiej Brytanii jest tak niska, wynika w znacznej mierze z czynników charakterystycznych dla muzułmańskiej społeczności w tym kraju, a nie z wyjątkowej skuteczności MI5 czy wydziałów specjalnych policji (Special Branch). Jeśli czynniki te ulegną zmianie, a muzułmańscy terroryści zyskają atuty, jakimi dysponowała PIRA, znajdziemy się w zupełnie innej sytuacji.

Jeśli więc rząd twierdzi, że jest niezwykle zaniepokojony terroryzmem muzułmańskim, a mimo to świadomie ignoruje jedyny parametr (M), nad którym ma znaczącą kontrolę, skupiając się na dwóch parametrach, nad którymi nie ma żadnej kontroli (A i T), oraz jednym, na który ma trudny do oszacowania wpływ (S), to do jakiego wniosku musimy dojść co do jego szczerości, jeśli nie do tego, że jej w ogóle nie ma?

Nie twierdzimy, że poszczególni politycy Partii Pracy byli obojętni wobec zamachów z 7 lipca ani że bagatelizowali je, uznając za drobny incydent. Nie mamy wątpliwości, że byli nimi wstrząśnięci i desperacko pragnęli zapobiec ich powtórzeniu – jednak czynili to wyłącznie w ramach programu masowej imigracji, który sami stworzyli i któremu pozostawali w pełni oddani. Można by przecież desperacko pragnąć schudnąć, jednocześnie stosując dietę polegającą na zjadaniu całego czekoladowego ciasta każdego ranka na śniadanie. Co jednak o takim zachowaniu pomyślałby bezstronny obserwator? Jaką wagę – w ocenie takiego obserwatora – osoba zjadająca codziennie czekoladowe ciasto rzeczywiście przykładałaby do utraty wagi?

Musimy stwierdzić, że – patrząc całościowo – działania antyterrorystyczne rządu Partii Pracy miały mniej więcej taką samą wartość, jak wspomniana hipotetyczna "dieta” oparta na czekoladowym cieście. A mimo to, w imię tej żałosnej farsy, przez lata wmawiano nam, że musimy ograniczyć własne możliwości radzenia sobie z rzeczywistą naturą problemów wynikających z obecności muzułmanów w naszym kraju. Czego nie wolno nam było omawiać, podkreślać ani krytykować – wszystko po to, by rzekomo nie "pchnąć umiarkowanych w objęcia ekstremistów”? To wyświechtane sformułowanie zastąpiło dziś procesy myślowe wielu ludziom.

Nie wolno nam dyskutować o nieodłącznie związanej z islamem naturze przemocy i opresji, gdyż miałoby to zmarginalizować muzułmanów w Wielkiej Brytanii i "pchnąć umiarkowanych w objęcia ekstremistów”. Nie wolno nam sprzeciwiać się muzułmańskiej imigracji, bo miałoby to zmarginalizować muzułmanów w Wielkiej Brytanii i "pchnąć umiarkowanych w objęcia ekstremistów". Nie wolno nam zwracać uwagi na powszechną przestępczość wśród muzułmanów, ponieważ miałoby to zmarginalizować muzułmanów w Wielkiej Brytanii i "pchnąć umiarkowanych w objęcia ekstremistów". Nie wolno nam protestować przeciwko niczemu, co ma związek z islamem (przychodzi na myśl EDL - English Defence League, które zresztą – w sposób haniebny – właśnie z tego powodu spotkało się z krytyką), albowiem takie działania mogłyby doprowadzić do marginalizacji muzułmanów w Wielkiej Brytanii i pchnąć umiarkowanych wyznawców tej religii w objęcia ekstremistów. Autocenzura, jakiej się od nas oczekuje, zdaje się nie mieć końca.

Co tak naprawdę mają na myśli ludzie, którzy wygłaszają takie opinie? Zakładając, że są szczerzy, twierdzą oni, iż w walce o to, by "umiarkowani” muzułmanie nie zdecydowali się nas pozabijać (!), konieczność utrzymania parametrów A i T na jak najniższym poziomie (mimo że nie mamy na nie żadnego wpływu) jest tak istotna, że ​​musimy przymknąć oko na wszelkie inne szkodliwe skutki obecności muzułmanów w naszym kraju. W efekcie godzimy się na to, by zostać wciągniętymi w konflikt plemienny, który rozdzierając nasz kraj, doprowadzi do śmierci tysięcy ludzi. A wszystko to głoszą osoby, które jednocześnie z radością patrzą na to, jak parametr M osiąga dowolnie wysokie wartości, świętując jego wzrost jako świt nowej ery ludzkości!

To, że zapobieganie aktom terroryzmu nie jest jedynym obowiązkiem rządu, jest oczywiste. Gdyby państwo brytyjskie wycofało się z Irlandii Północnej w 1972 roku (najbardziej krwawym roku konfliktu w Irlandii Północnej), IRA nie miałaby powodu, by dokonywać zamachów terrorystycznych na terenie Wielkiej Brytanii. Jednak niewielu Brytyjczyków poparłoby takie rozwiązanie. Podobnie, mało kto potępiałby politykę imigracyjną rządu Partii Pracy wobec muzułmanów, gdyby ich obecność w kraju przynosiła nam ogromne, wymierne korzyści. Jak jednak ustaliliśmy we wcześniejszych dokumentach – co zresztą jest już boleśnie oczywiste nawet na poziomie intuicyjnym – imigracja muzułmanów do Wielkiej Brytanii okazała się dla Brytyjczyków katastrofą. I to niezależnie od zagrożenia terrorystycznego, jakie ze sobą niosą – ze względu na przestępczość, pasożytnictwo oraz ogólną uciążliwość tej grupy.

To, czy konkretna krytyka obecności muzułmanów w Wielkiej Brytanii lub islamu jako takiego faktycznie zwiększa ryzyko aktów terroru, jest pytaniem empirycznym, na które niemal nie da się odpowiedzieć. Odpowiedź zresztą nie ma znaczenia. Musimy otwarcie mówić o tym, do czego prowadzi imigracja muzułmanów: do gwałtownego konfliktu, przy którym pojedyncze zamachy terrorystyczne będą wydawać się błahostką. Czyż nie lepiej stawić czoła tej rzeczywistości – nawet jeśli wiąże się to z większym krótkoterminowym ryzykiem terroryzmu – niż tkwić na taśmociągu, który nieuchronnie prowadzi nas do zmielenia? A jednak nikt w głównym nurcie brytyjskiej polityki jeszcze tego nie zrobił. To pokazuje skalę problemu i uświadamia, jak trudne będzie zawrócenie tego statku, zanim rozbije się on o skały brutalnego, plemiennego konfliktu.

V. Ku konfliktowi

Choć wzrost populacji muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii nieuchronnie popycha nas w stronę gwałtownego konfliktu, nasza analiza musi wyjść poza ogólniki i rozważyć, w jaki sposób oraz kiedy taki konflikt może wybuchnąć. Presja prowadząca do konfrontacji jest stała i nieubłagana, jednak sama eskalacja konfliktu będzie miała charakter nagły i gwałtowny. Próba szczegółowego przewidzenia, na czym dokładnie polegać będą te eskalacje, byłaby daremna. Warto jednak zastanowić się nad ogólnym kształtem, jaki mogą one przybrać.

Niezależnie od tego, jaką formę przyjmą punkty zapalne brutalnych konfliktów między Brytyjczykami a muzułmanami, z pewnością nie będą miały one miejsca w szkockich górach (Highlands) ani w najbardziej odległych zakątkach Kornwalii. Konflikt wybuchnie najpierw – i w sposób najbardziej widoczny – tam, gdzie liczne społeczności muzułmańskie żyją obok licznych grup ludności brytyjskiej. Oznacza to, że istnieją trzy główne obszary, w których może dojść do zaognienia sytuacji i w których konflikt ten będzie się później koncentrował: północno-zachodnia Anglia, region West Midlands oraz aglomeracja Wielkiego Londynu. W niniejszym tekście stawiamy tezę, że kluczowymi zdarzeniami, które mogą wywołać i zaostrzyć te "muzułmańskie niepokoje", będą przede wszystkim dwa rodzaje incydentów: zamieszki oraz ataki terrorystyczne. Przyjrzymy się każdemu z nich z osobna.

Zamieszki

Tak jak kluczowymi wydarzeniami, które doprowadziły do ​​skierowania armii brytyjskiej do Irlandii Północnej, były zamieszki na osiedlu Bogside w Derry oraz będące bezpośrednią reakcją na nie rozruchy w Belfaście, tak można śmiało stwierdzić, że najbardziej oczywistymi krokami na drodze do otwartego konfliktu zbrojnego będą mniej lub bardziej krwawe zamieszki w wymienionych wcześniej kluczowych ośrodkach miejskich. Innymi słowy, nasze "muzułmańskie kłopoty" prawdopodobnie rozpoczną się w momencie, gdy w określonych miastach liczebność populacji muzułmańskiej stanie się na tyle duża, że ​​narastające od dawna napięcie wybuchnie w formie zamieszek, których policja nie będzie w stanie opanować. Doprowadzą one do poważnych obrażeń, śmierci oraz zmuszą mieszkańców do opuszczenia swoich domów – a skala tych wydarzeń będzie na tyle znacząca, że ​​stanie się jasne, iż przekroczono Rubikon, a podział między muzułmanami a Brytyjczykami stał się całkowity.

Oczywiście, w wielu miastach północnej Anglii, zamieszkanych przez liczne społeczności muzułmańskie, dochodziło już wcześniej do poważnych zamieszek. Jednak te z 2001 roku – z różnych powodów – nie doprowadziły do ​​wybuchu otwartego konfliktu między muzułmanami a Brytyjczykami.

  • Po pierwsze, miały one miejsce przed zamachami z 11 września i późniejszą gwałtowną eskalacją napięć między muzułmanami a niemuzułmanami na całym Zachodzie.
  • Po drugie, wydarzyły się zanim upowszechniła się w Europie świadomość, że nasze kraje są w istocie kolonizowane przez napływające masowo grupy muzułmanów – populację o wysokim przyroście naturalnym, która całkowicie zawiodła w próbach uczynienia własnych ojczyzn miejscami zdatnymi do życia.
  • Po trzecie, w 2001 roku wspomniane obszary nie były jeszcze w wystarczającym stopniu zdominowane przez ludność muzułmańską. Jeśli w 2031 roku – kiedy to populacja muzułmańska będzie znacznie liczniejsza, a nienawiść i strach narastały będą przez kolejne dwadzieścia lat – w północnej Anglii ponownie wybuchną podobne zamieszki, ich skutki będą z pewnością zupełnie inne.

Kluczowe pytanie brzmi nie tyle, czy takie zamieszki popchną nas w stronę wspomnianych "muzułmańskich kłopotów”, lecz czy w ogóle dotrwamy do 2031 roku, zanim do nich dojdzie. W Anglii istnieje już szereg miast i miasteczek, w których populacja muzułmańska stanowi około 20% ogółu mieszkańców. Biorąc pod uwagę, że profile demograficzne muzułmanów i pozostałych Brytyjczyków znacząco się różnią – przy czym mediana wieku wśród muzułmanów jest niższa – można założyć, że w takich miejscach osoby w wieku 18 lat i młodsze już teraz w 30–35% wywodzą się ze społeczności muzułmańskiej.

Przyjmując za kluczowe założenie – o którym wspomniano wcześniej – że brytyjski rząd nie wykaże woli niezbędnej do zapobieżenia konfliktowi, zakładamy również, że imigracja muzułmańska będzie przebiegać w dużej mierze tak samo, jak obecnie. W konsekwencji należy oczekiwać, że liczebność populacji muzułmańskiej – a zwłaszcza jej młodszej części – będzie nadal bardzo szybko rosła. Oczywiście nie istnieje żadna naukowa metoda pozwalająca precyzyjnie określić moment, w którym przekraczamy "strefę niebezpieczną", grożącą całkowitym załamaniem porządku społecznego. Jednak skrajne napięcia, z jakimi w ostatnich latach zmagało się Luton, a także pojawienie się i rosnące znaczenie organizacji EDL (English Defence League), sugerują, że w Wielkiej Brytanii – podobnie jak w wielu innych miejscach w Europie – zbliżamy się do tego punktu dość szybko.

Założymy tutaj, że stosunek Brytyjczyków do muzułmanów wynoszący 2:1 oraz towarzyszący mu stosunek młodych muzułmanów do młodych Brytyjczyków wynoszący w przybliżeniu 1:1 z pewnością doprowadzą do tej sytuacji (co nie oznacza, że nie mogłaby ona nastąpić wcześniej). Ponownie, precyzyjne prognozy są niemożliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że "ucieczka białych” już teraz przyspiesza przekształcanie niektórych miast i miasteczek w Anglii w obszary zdominowane przez muzułmanów. W tym miejscu, w nieco arbitralny sposób, wyznaczymy okres dwudziestu lat od chwili obecnej, czyli rok 2031, jako moment, w którym przynajmniej niektóre miasta w Anglii osiągną punkt, w którym większość młodej populacji będzie stanowić ludność muzułmańska, a zamieszki tego rodzaju, jakie opisaliśmy powyżej, mogą wybuchnąć w każdej chwili. Innymi słowy, twierdzimy tutaj, że nasze "kłopoty z muzułmanami" muszą rozpocząć się najpóźniej około 2031 roku, o ile nasze podstawowe założenie o „braku zmiany kursu” okaże się prawdziwe.

Ataki terrorystyczne

Istotnym, trudnym do przewidzenia czynnikiem w rozważaniach nad tym, jak może rozpocząć się konflikt, jest możliwość wystąpienia ataków terrorystycznych, przeprowadzonych przez jedną ze stron przeciwko drugiej. Takie ataki zadziałają jak iskry, podpalając coraz bardziej nasączoną łatwopalnymi substancjami tkankę XXI-wiecznej Wielkiej Brytanii. Nie stoi to w sprzeczności z naszym wcześniejszym twierdzeniem, że to zamieszki staną się punktem zapalnym – ataki terrorystyczne mogą bowiem wywołać lokalną przemoc, na tyle zażartą, że przerodzi się ona w trwały konflikt. Stanowią one jednak odrębne zjawisko: wyjątkowo wstrząsające akty terroru mogłyby doprowadzić do wybuchu "muzułmańskich niepokojów" (ang. Muslim Troubles) na długo przed momentem, w którym do podobnej sytuacji doprowadziłyby "zwykłe" zamieszki.

Choć to muzułmanie byliby najbardziej prawdopodobnymi sprawcami tego rodzaju ataków terrorystycznych, skrajnie nierozsądnie byłoby wykluczać możliwość, że brytyjskie grupy paramilitarne – niezależnie od ich charakteru – mogłyby zdecydować się na przykład na podłożenie bomby w samochodzie zaparkowanym pod meczetem. Kwestie te omówimy szerzej w kolejnych częściach tekstu. Na razie poprzestańmy na stwierdzeniu – do czego jeszcze wrócimy – że historia lojalistycznych grup paramilitarnych w Irlandii Północnej w okresie tzw. "kłopotów" (ang. The Troubles) nie daje podstaw, by sądzić, iż Brytyjczycy utożsamiający się z brytyjskością (a zatem wykluczając PIRA i inne republikańskie ugrupowania paramilitarne) powstrzymaliby się przed podejmowaniem tak bezwzględnych i morderczych działań.

Oczywiście, doświadczyliśmy już ataków i prób ataków terrorystycznych ze strony muzułmanów. Zamachy z 7 lipca 2005 roku wstrząsnęły brytyjskim społeczeństwem i wywołały powszechne oburzenie, nie doprowadziły jednak do wybuchu konfliktu wewnętrznego. Wynikało to z przyczyn podobnych do tych, dla których zamieszki w północnej Anglii w 2001 roku nie przerodziły się w otwarty konflikt, a także z dodatkowych czynników:

  • zamachy te wymierzone były w cele stosunkowo bezosobowe w centrum Londynu,
  • nie dotyczyły żadnej konkretnej, zakorzenionej geograficznie społeczności, która mogłaby poczuć, że jej samo istnienie jest zagrożone – co z kolei stanowiłoby dla niej impuls do odwetu.

W miarę postępujących zmian demograficznych oraz narastania napięć na tle rasowym i religijnym, rośnie prawdopodobieństwo, że brytyjskie lub muzułmańskie grupy paramilitarne zaczną atakować swoich sąsiadów, tworząc sytuację przypominającą podział między protestancką ulicą Shankill Road a katolicką Falls Road w Belfaście. Ataki terrorystyczne wymierzone w centra religijne, handlowe czy mieszkalne konkretnych społeczności lokalnych znacznie częściej prowadzą do długotrwałego, brutalnego konfliktu niż powtórka zamachów z 7 lipca.

Stosunek liczby protestantów do katolików w Irlandii Północnej w 1969 roku wynosił 2:1 – sytuacja ta znacząco różni się od obecnych realiów w Zjednoczonym Królestwie, gdzie muzułmanie stanowią wciąż mniej niż 5% ogółu populacji. W tej sytuacji niektórzy zapewne uznają, że do poważnych kłopotów jeszcze daleko. Warto jednak dobrze się zastanowić, jakie jednostki geograficzne są najistotniejsze dla naszej analizy. Na jakich obszarach powinniśmy się skupić? Na poszczególnych miastach? Na regionach takich jak Midlands? Na całej Anglii? Jakie grupy ludności powinniśmy ze sobą porównywać?

Porównywanie obecnej populacji muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii (nieco poniżej 5%) z populacją katolicką w Irlandii Północnej w momencie wybuchu tamtejszego konfliktu (około 33%) mija się z celem. Części Wielkiej Brytanii, w których zachodzi proces szybkiej kolonizacji przez muzułmanów, stanowią – w skali całego kraju – jedynie niewielkie jego fragmenty. Jednak sama Irlandia Północna stanowi jedynie niewielką część Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że znaczenie ma lokalna równowaga demograficzna, a Irlandia Północna była tego dobrym przykładem. Czy moglibyśmy stwierdzić, że licząca w 1969 roku pół miliona osób społeczność katolicka w Irlandii Północnej stanowiła jedynie niewielką mniejszość w skali całej Wielkiej Brytanii i że w związku z tym nie mogło dojść do gwałtownego konfliktu między nią a jakąś inną grupą społeczną?

Oczywiście, że nie – wszak faktem historycznym jest, iż do takiego konfliktu właśnie tam doszło. Dlaczego coś podobnego nie mogłoby wydarzyć się, powiedzmy, w Birmingham? Dlaczego konflikt mógł objąć obszar taki jak Irlandia Północna, a nie mógłby dotknąć miasta pokroju Birmingham - którego populacja jest zbliżona liczebnie do populacji Irlandii Północnej z 1969 roku – czy też regionu takiego jak północno-zachodnia Anglia, zamieszkanego przez znacznie większą liczbę ludzi?

Jeśli w tym kontekście istnieje jakaś istotna różnica między "kłopotami" (ang. Troubles) w Irlandii Północnej a nadchodzącymi problemami związanymi z obecnością muzułmanów, to polega ona na tym, że dla większości mieszkańców głównej części Zjednoczonego Królestwa konflikt w Irlandii Północnej był postrzegany jako coś obcego, dziejącego się w odległym miejscu. Dzięki temu brytyjskie społeczeństwo oraz klasa polityczna wykazywały stosunkowo dużą tolerancję wobec przemocy w Irlandii Północnej.

Świadomość tego stanu rzeczy była jednym z czynników, które skłoniły IRA do rozpoczęcia zamachów bombowych w Anglii na początku lat 70. XX wieku, a także do ponawiania ataków w Londynie i Manchesterze w latach 90. Sytuacja będzie wyglądać zupełnie inaczej, gdy między Brytyjczykami a muzułmanami wybuchnie konflikt o niskiej intensywności – w trzech kluczowych obszarach zapalnych: północno-zachodniej Anglii, regionie West Midlands oraz aglomeracji Wielkiego Londonu. Większość populacji Anglii znajdzie się wewnątrz lub w bezpośrednim sąsiedztwie tych stref działań wojennych; fakt ten nada konfliktowi zupełnie inny charakter niż w przypadku "The Troubles” [6] – nawet pomijając jego znacznie większą skalę.

[6] Słowa te wypowiedziane zostały z perspektywy Anglika. Dla osób mieszkających w Belfaście okres "The Troubles” był już i tak wystarczająco dramatyczny.