Nasze problemy z muzułmanami: wojsko i formacje paramilitarne (część IV) - El Inglés, 28.05.2011.
"Kluczowa różnica między konfliktem w Irlandii Północnej (tzw. Troubles) a naszymi "muzułmańskimi kłopotami", polega na tym, że nie będzie żadnych zapleczy ani terenów wiejskich, na których muzułmanie mogliby działać, nie przyciągając przy tym większej uwagi… Delikatnie mówiąc, będzie to dla muzułmańskich bojówek sporym utrudnieniem".
Jak już wcześniej przypominałem czytelnikom: scenariusze przedstawione przez El Inglésa mają charakter opisowy, a nie normatywny. Nie jest to nawoływanie do określonych działań, lecz analiza prawdopodobnej przyszłości Wielkiej Brytanii.
VIII. Formacje paramilitarne: główne cele
Przeanalizowaliśmy, w jaki sposób może dojść do eskalacji konfliktu zbrojnego, a także zapoznaliśmy się z tym, jak terroryzm irlandzkich republikanów wypada na tle terroryzmu lojalistów oraz terroryzmu muzułmańskiego. Mając to na uwadze, zastanówmy się, czego można spodziewać się po brytyjskich i muzułmańskich formacjach paramilitarnych, gdy nasze "muzułmańskie kłopoty" (ang. Muslim Troubles) rozgorzeją na dobre.
W początkowej fazie konfliktu przemoc będzie prawdopodobnie spontaniczna, niezorganizowana i – ze względu na ograniczony dostęp do broni oraz zdecydowane działania służb porządkowych mające na celu tłumienie zamieszek – przyniesie stosunkowo niewielką liczbę ofiar śmiertelnych. Gdy jednak zostanie przekroczony Rubikon i dla obu stron stanie się jasne, że pokojowe współistnienie jest niemożliwe, chłodno kalkulujące osoby w obu obozach zaczną zadawać sobie pytanie: jakie powinny być nasze długofalowe cele i w jaki sposób najskuteczniej je osiągnąć?
Zacznijmy od kwestii stosunkowo oczywistych i łatwych do przewidzenia. Jaki charakter może mieć przemoc ze strony muzułmanów wymierzona w Brytyjczyków? Terroryzm muzułmański jest dziś zjawiskiem tak powszechnym, że jego istota nie budzi wątpliwości. Można z dużą pewnością założyć, że muzułmanie będą stosować wobec Brytyjczyków metody przemocy bardzo zbliżone do tych, których używają już teraz wobec osób wywołujących ich gniew. Będą oni dążyć przede wszystkim do konsolidacji terytorialnej – tworzenia stref, nad którymi sprawują kontrolę, do których nie ma wstępu policja i przez które nie mogą przemieszczać się osoby postronne. Cel ten osiągną poprzez wywoływanie zamieszek i atakowanie funkcjonariuszy policji próbujących wkroczyć na "ich" teren. Jednocześnie najbardziej radykalni muzułmanie z pewnością będą dążyć do egzekwowania własnej interpretacji prawa szariatu wewnątrz tych enklaw. Działania te będą wspierane przez nasilenie aktów terroru – dokładnie takich, jakich muzułmanie dopuszczają się już dzisiaj.
Krótko mówiąc, muzułmanie będą po prostu kontynuować swoje dotychczasowe działania, starając się jednak prowadzić je w sposób bardziej konsekwentny, skuteczniejszy i przynoszący trwalsze efekty. Znacznie bardziej interesującą kwestią, wymagającą szczegółowej analizy, jest charakter przemocy, jakiej mogą dopuścić się brytyjskie formacje paramilitarne – grupy, które jeszcze nie powstały, a których przyszłe działania pozostają dla nas wielką niewiadomą. Jedyny oczywisty precedens, jaki mamy w tej kwestii, to terroryzm lojalistów, o którym już wspomnieliśmy. W okresie konfliktu w Irlandii Północnej (tzw. The Troubles) istniały dwie grupy paramilitarne: republikańskie (przede wszystkim PIRA, ale także OIRA, INLA itd.), których celem było zakończenie brytyjskich rządów w Irlandii Północnej i doprowadzenie do zjednoczenia Irlandii, oraz lojalistyczne (głównie UDA i UVF), które dążyły do utrzymania Irlandii Północnej w granicach Zjednoczonego Królestwa oraz utrzymania tam politycznej dominacji protestantów.
Główne cele brytyjskich organizacji paramilitarnych
Zaznaczamy na wstępie, że skupiamy się przede wszystkim na wczesnym i środkowym etapie tego konfliktu. Choć trwałe usunięcie większości muzułmańskiej populacji z Wielkiej Brytanii może być ostatecznym celem strategicznym wielu brytyjskich grup paramilitarnych, jest to zamierzenie, którego nie da się realnie osiągnąć w krótkim, a prawdopodobnie nawet w średnim terminie. Dlatego pominiemy tę kwestię i zastanowimy się, jakie cele w perspektywie krótko- i średnioterminowej mogą sobie wyznaczyć takie ugrupowania. Aby to zrobić, musimy:
- założyć, że przyjmą one racjonalne cele;
- przyjąć, że dysponujemy wiedzą pozwalającą określić, co w istocie byłoby racjonalne; oraz
- uznać, że w konsekwencji przyjmą one strategie, które my sami oceniamy jako rozsądne. Jest to oczywiście przejaw wielkiej arogancji z naszej strony, niemniej bez takiego założenia nie sposób prowadzić dalszych rozważań.
Co zatem stanowiłoby realny i rozsądny zestaw celów strategicznych, jakie brytyjska organizacja lub organizacje paramilitarne mogłyby sformułować po wybuchu powszechnej przemocy na tle etniczno-wyznaniowym, którą tutaj przewidujemy? Najbardziej oczywiste byłoby uwzględnienie następujących elementów:
- Konsolidacja terytorialna.
- Ustanowienie zasady odwetu.
- Eliminacja kluczowych przedstawicieli społeczności muzułmańskiej uznanych za wrogich.
- Eliminacja kluczowych osób spoza społeczności muzułmańskiej uznanych za wrogie.
- Demonstracja kompetencji technicznych niezbędnych do przeprowadzania "spektakularnych" operacji.
Przyjmiemy te pięć punktów za cele kluczowe – absolutne minimum, na jakie mogłaby przystać każda szanująca się, szeroko zakrojona organizacja paramilitarna na wczesnym etapie konfliktu. Przyjrzymy się każdemu z nich z osobna.
1) Konsolidacja terytorialna
W momencie wybuchu przewidywanych przez nas "muzułmańskich niepokojów", w Wielkiej Brytanii powstanie swoisty archipelag obszarów zdominowanych przez muzułmanów – rozproszonych enklaw w miastach i miasteczkach, położonych głównie na terenie aglomeracji Wielkiego Londynu, regionu West Midlands oraz północno-zachodniej Anglii. Niektóre z tych miejsc znajdą się w stanie otwartego konfliktu z otaczającą je ludnością brytyjską, inne pozostaną relatywnie spokojne, choć będące w stanie wysokiego napięcia i na skraju wybuchu otwartych wrogich działań. Jest tu jedna kluczowa kwestia, którą należy zrozumieć, jeśli chce się w ogóle pojąć podstawową sytuację strategiczną, jaka będzie panować między Brytyjczykami a muzułmanami: jeśli w konflikcie plemiennym, do którego zmierzamy, nie da się uzyskać przewagi liczebnej nad ludnością wroga, wówczas sprawowanie kontroli geograficznej nad tą ludnością staje się sprawą nadrzędnej wagi. Innymi słowy, jeśli nie da się machnąć magiczną różdżką nad muzułmańską populacją Wielkiej Brytanii i sprawić, by zniknęła, należy ją ograniczyć do określonych obszarów kraju, poza którymi zdolność jej członków do zatruwania i degradowania życia Brytyjczyków zostanie zredukowana praktycznie do zera. Rosnąca liczba muzułmanów w połączeniu z brakiem kontroli geograficznej stworzy sytuację tak nie do zniesienia, że prędzej czy później musi ona zostać i zostanie gwałtownie odrzucona.
Podzielmy całe Zjednoczone Królestwo na trzy nieprzylegające do siebie strefy: A, B oraz C. Strefa A obejmuje te miejsca, z których – w sytuacji konfliktu o charakterze plemiennym – nie dałoby się usunąć muzułmanów siłą bez jednoczesnego wypchnięcia ich poza granice Zjednoczonego Królestwa. Należą do nich między innymi niektóre dzielnice Londynu i Birmingham, Bradford oraz inne podobne lokalizacje. Muzułmanie przebywający w tych miejscach nie mogliby skutecznie przenieść się w inne części kraju (takie jak Penzance, Canterbury czy szkockie wyżyny), gdyż w takich lokalizacjach byliby jeszcze bardziej narażeni na ataki. Strefa A koncentruje się w obszarze aglomeracji londyńskiej (Greater London), regionie West Midlands oraz w północno-zachodniej Anglii.
Strefa B obejmuje obszary, z których muzułmanów można by usunąć bez konieczności wypędzania ich z całego Zjednoczonego Królestwa. Jednocześnie populacja muzułmańska jest tam na tyle liczna i na tyle skoncentrowana geograficznie, że nie stanowi rozproszonej grupy jednostek, których domy czy firmy mogłyby być atakowane w sposób odizolowany. Do tej kategorii zalicza się wiele miast i miasteczek na terenie całego kraju – przykładowo Cardiff, Bristol czy Nottingham. Miejsca te tworzą Strefę B, która jest rozproszona w formie punktowych enklaw na terenie niemal całej Anglii oraz części Szkocji i Walii.
Strefa C obejmuje pozostałe części Zjednoczonego Królestwa, w których muzułmanie albo w ogóle nie mieszkają, albo stanowią bardzo nieliczną grupę, rozproszoną wśród ogółu populacji – zarówno w miejscu zamieszkania, jak i pracy. Ich liczebność jest zbyt mała, by mogli zdominować jakiekolwiek dzielnice czy w znaczącym stopniu odizolować się od reszty społeczeństwa. Z definicji Strefa C obejmuje wszystkie obszary Zjednoczonego Królestwa, które nie należą do stref A lub B, i stanowi zdecydowaną większość terytorium kraju.
W uproszczeniu, konsolidacja geograficzna polega na przemieszczeniu muzułmanów ze Strefy C do stref A i B, a w dalszej kolejności – muzułmanów ze Strefy B do Strefy A. Należy zauważyć, że muzułmanie przebywający w Strefie C są, z samej definicji, nieliczni i rozproszeni. Co więcej, często prowadzą oni lokale gastronomiczne obsługujące lokalną społeczność – miejsca, które łatwo mogą stać się celem ataków: od wybicia witryny sklepowej aż po celowe podpalenie. Restauracje zazwyczaj osiągają nieproporcjonalnie dużą część swoich przychodów w ciągu zaledwie kilku dni w tygodniu, więc zakłócenie działalności w te dni byłoby najbardziej oczywistym sposobem na wypędzenie ich z danego obszaru. Prawdopodobnie dałoby się to osiągnąć bez konieczności ranienia lub zabijania kogokolwiek, co byłoby korzystne z punktu widzenia propagandy.
Jeśli muzułmanie w "Strefie C" nie ulegną takiej presji, prawdopodobnie dojdzie do ataków na ich domy lub nich samych. Wszystko po to, by zaostrzyć sytuację. Warto pamiętać, że mowa tu o terenach wiejskich, gdzie monitoring wizyjny (CCTV) oraz inne narzędzia inwigilacji państwa występują znacznie rzadziej. Niewielka grupa zdeterminowanych i zdyscyplinowanych osób, znających mocne i słabe strony systemu automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych (ANPR) oraz podobnych narzędzi stosowanych przez organy ścigania, a także zachowująca dyskrecję co do swoich działań, mogłaby prawdopodobnie wywrzeć znaczną presję na muzułmanów w strefie C o powierzchni setek mil kwadratowych, zmuszając ich do opuszczenia tego obszaru. Gdyby byli gotowi użyć przemocy, w tym nawet śmiertelnej, w razie, gdy uznaliby to za konieczne, trudno sobie wyobrazić, jak odizolowani muzułmanie mogliby w ogóle funkcjonować w tej części Strefy C, na którą skupiły swoją uwagę formacje paramilitarne.
Czy można by realnie liczyć na powodzenie hipotetycznego Pakistańczyka, który próbowałby prowadzić lokal serwujący curry w Swaffham w hrabstwie Norfolk (według spisu powszechnego z 2001 roku miejscowość ta liczyła 6935 mieszkańców), w sytuacji gdy miejscowi "twardziele” postanowili – za wszelką cenę – spalić ów lokal doszczętnie, nawet jeśli w środku miałby znajdować się jego właściciel?
Ponownie podkreślamy, że trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób policja mogłaby zareagować na działania grupy o charakterze, który już opisaliśmy. Nie mówimy tu o bandzie pijanych chuliganów, którym po zakrapianej nocy zdarzy się wybić cegłą szybę w oknie. Mowa o bezwzględnych, zorganizowanych ludziach, będących częścią większych struktur, które realizują konkretne - niekiedy ogólnokrajowe - cele strategiczne. Jednym z nich jest całkowite usunięcie muzułmanów ze "Strefy C". Biorąc pod uwagę, że zapewnienie stałej obecności policji przed każdym muzułmańskim domem czy lokalem jest – rzecz jasna – niemożliwe, trudno dopatrzyć się jakichkolwiek skutecznych działań, jakie mogłyby podjąć służby porządkowe.
Jak szczegółowiej omówimy w dalszej części, wybuch przemocy na tle plemiennym między Brytyjczykami a muzułmanami tak dalece przeciąży aparat państwowy, że próby ochrony odizolowanych muzułmanów w Strefie C prawdopodobnie zostaną przez państwo szybko porzucone. W rezultacie działania te będą dla zaangażowanych w nie brytyjskich grup paramilitarnych praktycznie bezkosztowe. Skoro nie wymagają one zaawansowanej wiedzy technicznej ani operacyjnej (w przeciwieństwie, dajmy na to, do ataku moździerzowego PIRA na Downing Street w 1991 roku), nie istnieją żadne istotne bariery operacyjne, które mogłyby powstrzymać takie grupy. Co więcej, prawdopodobnie przyciągną one również osoby, które eufemistycznie nazwiemy "wolnymi strzelcami".
W świetle powyższych rozważań należy oczekiwać, że jeśli brytyjskie grupy paramilitarne poważnie zaangażują się w usuwanie muzułmanów ze Strefy C, ich liczebność spadnie tam bardzo szybko. A co ze "Strefą B"? Jest to obszar najtrudniejszy do zdefiniowania, jednak przyjmijmy, że Cardiff stanowi najbardziej wyrazisty przykład Strefy B w Walii. Miasto to liczy około 340 tysięcy mieszkańców, z czego od 11 do 12 tysięcy to muzułmanie. Metoda działania stosowana wobec muzułmanów w Strefie C – polegająca na wybijaniu szyb, a w razie oporu – wrzucaniu do środka koktajli Mołotowa – w warunkach miasta takiego jak Cardiff (Strefa B) niemal na pewno okaże się nieskuteczna.
Gdy muzułmanie skupią się w określonych dzielnicach, ich zdolność do obserwacji i kontroli oczywiście wzrośnie, podobnie jak ich zdolność do wywołania zamieszek w odpowiedzi na przemoc lub zastraszanie. Ponadto większa koncentracja kamer monitoringu i podobnych technologii w większych miastach sprawi, że proces ten będzie bardziej wymagający pod względem operacyjnym i będzie prowadził do uwięzienia potencjalnych konsolidatorów terytorialnych. To sprawia, że wypieranie muzułmanów ze strefy B do strefy A jest procesem jakościowo odmiennym od wypierania ich ze strefy C do stref A i B – i jest to proces, którego prawdopodobnie nie da się zrealizować bez możliwości wyrządzenia szeroko zakrojonych i masowych zniszczeń na muzułmańskich obszarach strefy B. Mówiąc wprost, oznacza to podkładanie bomb na tych obszarach, co omówimy później. Wystarczy tutaj powiedzieć, że przesunięcie muzułmanów ze strefy B do strefy A byłoby procesem znacznie trudniejszym i bardziej krwawym niż przesunięcie ich ze strefy C do strefy B.
Względne koszty i korzyści wynikające z wysiedlenia muzułmanów ze Strefy C do Stref A i B, a następnie stopniowego przenoszenia ich ze Strefy B do Strefy A będą tak duże, że trudno sobie wyobrazić, by brytyjskie formacje paramilitarne tego nie zrobiły. Taka forma szeroko zakrojonej konsolidacji geograficznej będzie miała ogromne skutki. Da to muzułmanom jasno do zrozumienia, że Wielka Brytania nie jest ich krajem, a ta jej część, do której mają swobodny dostęp bez obawy przed przemocą, jest w rzeczywistości bardzo niewielka. Będzie to miało również ogromny wpływ na poprawę morale samych Brytyjczyków, ponieważ w znacznym stopniu powstrzyma proces przekształcania brytyjskich miast w enklawy pakistańskie, bangladeskie i somalijskie oraz ograniczy rozprzestrzenianie się islamu do tych obszarów, które są już przez niego najbardziej skażone. Czytelnicy mogą uznać to za kwarantannę, jeśli tak chcą. Tak czy inaczej, jest to przekształcenie ogromnego obszaru Wielkiej Brytanii w pełnoprawną strefę zamkniętą dla muzułmanów, co samo w sobie będzie ogromnym krokiem naprzód. Będzie to również ogromne wyzwanie dla autorytetu samego państwa, które ujawni jego bezsilność.
Gdyby wszyscy muzułmanie znaleźli się w Strefie A, konsolidacja geograficzna byłaby pełna. Wzrost populacji muzułmańskiej prawdopodobnie doprowadziłby do wywierania przez nią presji demograficznej na obszary wewnątrz Strefy A, które obecnie nie są zamieszkane przez muzułmanów – jest to jednak odrębna kwestia. Usunięcie muzułmanów ze Strefy A i odesłanie ich do krajów pochodzenia wymagałoby, w założeniu, zakrojonej na szeroką skalę przemocy paramilitarnej i/lub interwencji państwa, co wykracza poza zakres niniejszego eseju.
2) Ustanowienie zasady odwetu
Zasada ta jest w dużej mierze oczywista, ale nadal stanowi jeden z głównych celów i dlatego należy ją tutaj omówić. Większość brytyjskich ugrupowań paramilitarnych, gdyby miała taką możliwość, prawdopodobnie skoncentrowałaby swoje działania o charakterze przemocy na tych członkach społeczności muzułmańskiej, którzy dążą do wyrządzenia brytyjskiej ludności jakiejkolwiek krzywdy. Jednak identyfikacja tych osób i podjęcie działań przeciwko nim to zadanie, które nadwyręża zasoby samego aparatu bezpieczeństwa, a zatem z pewnością nie będzie możliwe do zrealizowania przez ugrupowania paramilitarne.[11] Biorąc jednak pod uwagę, że muzułmanie z pewnością będą stosować przemoc wobec Brytyjczyków, pojawia się kwestia zapobiegania, a praktycznie pewne jest, że brytyjskie ugrupowania paramilitarne zareagują tak, jak ugrupowania lojalistyczne podczas konfliktu w Irlandii Północnej: zabijając przypadkowych muzułmanów.
[11] Pomijamy tutaj możliwość zmowy między służbami bezpieczeństwa a brytyjskimi grupami paramilitarnymi – co w założeniu mogłoby sprawić, że grupy te zyskałyby znacznie większe możliwości obierania za cel konkretnych muzułmanów.
Uznanie strategicznego sensu zabijania przypadkowych cywilów podczas konfliktów plemiennych nie jest czymś, co się robi w dzisiejszych czasach charakteryzujących się względnym pokojem i kulturą życia społecznego, ale logika leżąca u tego u podstaw jest równie niepodważalna, co brutalna. Jeśli muzułmanie zdetonują bombę samochodową w centrum Londynu i zabiją 100 osób, a sprawców takich ataków nie da się zidentyfikować z wyprzedzeniem, to jedynym oczywistym sposobem, by zniechęcić ich do przeprowadzania podobnych ataków w przyszłości, będzie uświadomienie im, że za każdym razem, gdy zabijają jednego Brytyjczyka, zabijają również jednego lub więcej muzułmanów. Nie różni się to niczym od tego, co robili bojownicy lojalistów w okresie konfliktu w Irlandii Północnej, kiedy zabijali losowo wybranych katolików.
Nie da się z góry określić, na ile skuteczna okazałaby się taka strategia w powstrzymaniu dalszych zabójstw. Jednak możliwość, że strategia ta może się nie powieść, nie czyni jej nierozsądną ani głupią. Biorąc pod uwagę, że wojny zazwyczaj mają przegranych, zawsze istnieje jakaś grupa ludzi, których strategie okazują się w pewnym sensie niewystarczające. Podczas wojny na Pacyfiku strategia Japonii polegała na przeprowadzaniu błyskawicznych ataków w całej Azji Południowo-Wschodniej, zabezpieczeniu ogromnej bazy surowcowej oraz zbudowaniu wystarczająco silnego potencjału odstraszającego na morzu, aby zadać amerykańskiej kontrofensywie na Pacyfiku takie straty, które zmusiłyby Stany Zjednoczone do poszukiwania warunków pokoju zamiast prowadzenia wojny do samego końca. Fakt, że strategia ta zawiodła, nie oznacza, że nie miała żadnego sensu. Oznacza to po prostu, że nie zadziałała, co niekoniecznie jest tym samym.
Skala działań odwetowych będzie bezpośrednio zależna od tego, ilu Brytyjczyków zdołają zabić muzułmańskie bojówki. W dużej mierze zależy więc od skuteczności służb bezpieczeństwa oraz czujności brytyjskiego społeczeństwa. Jasne jest, że w założeniu nie ma żadnych ograniczeń co do poziomu przemocy, jaka może zostać użyta dla osiągnięcia tego strategicznego celu.
3) Eliminacja kluczowych postaci w środowisku muzułmańskim
W Wielkiej Brytanii działają już wszelkiego rodzaju organizacje muzułmańskie i jednostki, które w większym lub mniejszym stopniu otwarcie opowiadają się za swoją religijną plemiennością, działając kosztem Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków. Od Anjema Choudary’ego (w przypadku którego nietrudno przewidzieć, że jego życie prawdopodobnie zakończy się gwałtownie) aż po muzułmańskich komentatorów, którzy przekonują, że rysowanie karykatur Mahometa powinno zostać zakazane w imię "spójności społecznej" – w czasach naszych "muzułmańskich niepokojów" Wielka Brytania stanie się miejscem obfitującym w cele, nawet dla tych brytyjskich grup paramilitarnych, które wobec "zwykłych" muzułmanów przyjmą postawę nieingerencji. Będzie to sytuacja przypominająca dziecko w sklepie ze słodyczami. Największym wyzwaniem okaże się decyzja, od czego właściwie zacząć.
Bezwzględna eliminacja muzułmanów postrzeganych jako wrodzy, wywrotowi lub nawołujący do buntu uświadomi całej społeczności muzułmańskiej, że czasy wielokulturowych ukłonów wobec ich wrażliwości bezpowrotnie minęły. Choć liczba osób zlikwidowanych w ten sposób byłaby prawdopodobnie niewielka w porównaniu z liczbą ofiar, jakie mogłyby pochłonąć spektakularne ataki na cele cywilne (omówione poniżej), skutki psychologiczne i wpływ na morale byłyby ogromne. Należy również zauważyć, że gdyby rząd brytyjski zareagował na przewidywaną przez nas przemoc, szukając w społeczności muzułmańskiej "partnera na rzecz pokoju", któremu mógłby pójść na ustępstwa, zabójstwo kluczowych muzułmańskich graczy będzie miało zbawienny wpływ na przekonanie wspomnianego rządu o przeszkodach, jakie taka droga prawdopodobnie przed nim postawi. Partnerzy na rzecz pokoju są mało przydatni, jeśli nie żyją, a ich śmierć prawdopodobnie uświadomi zarówno rządowi, jak i muzułmanom, jak nierozsądne jest dalsze podważanie brytyjskiego społeczeństwa i jego stylu życia
4) Eliminacja kluczowych Brytyjczyków
W bezpośrednim nawiązaniu do poprzedniego celu, likwidacja ważnych brytyjskich zdrajców i kolaborantów będzie dla brytyjskich formacji paramilitarnych oczywistym zamierzeniem. Ludzie tak bezwzględni, jak członkowie rozważanych tu grup, nie będą mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem osób postrzeganych jako przeciwnicy – przede wszystkim polityków, intelektualistów, osób publicznych, aktywistów skrajnej lewicy oraz dziennikarzy. Działania tego rodzaju mają uświadomić brytyjskiemu społeczeństwu, że formacje te uważają się za uczestników wojny, a wojna wymaga bezwzględnego rozprawienia się ze zdrajcami i osobami wspierającymi wroga.
5) Spektakularne operacje — biegłość techniczna i demonstracja siły
Choć główne cele nie obejmują prób nakłonienia rządu do podjęcia konkretnych działań, zakładają one zademonstrowanie – zarówno władzom, jak i innym zainteresowanym stronom – zdolności do całkowitego zakłócenia normalnego funkcjonowania społeczeństwa na obszarach zamieszkanych przez muzułmanów, przy jednoczesnym ukazaniu bezsilności rządu wobec takich działań. To z kolei pozwoliłoby zaangażowanym grupom paramilitarnym wywierać silną presję na rząd, by w przyszłości, gdy zaistnieje taka potrzeba, podjął on określone kroki.
Mówiąc o "spektakularnych operacjach", odnosimy się oczywiście do działań przeprowadzonych przez PIRA (Provisional Irish Republican Army) w latach 90. XX wieku w Londynie i Manchesterze. Te potężne zamachy bombowe – w Baltic Exchange (1992), Bishopsgate (1993) oraz w Canary Wharf i Manchesterze (1996) – doprowadziły do ogromnych zniszczeń. W niektórych przypadkach straty sięgnęły setek milionów funtów. Zgodnie z naszymi wcześniejszymi spostrzeżeniami na temat strategii IRA, zamachy te – mimo ogromnej skali – nie spowodowały dużej liczby ofiar śmiertelnych. W Baltic Exchange zginęły trzy osoby, w Bishopsgate jedna, w Manchesterze nikt, a w Canary Wharf dwie. Ich głównym celem było wyrządzenie szkód finansowych oraz zakłócenie codziennego funkcjonowania zaatakowanych obszarów.
Wspominaliśmy już o "konsolidacji geograficznej", co w istocie stanowi eufemizm określający czystki etniczno-religijne. W tym kontekście analizowaliśmy relatywną łatwość wypierania muzułmanów ze "strefy C" do "strefy B" oraz znacznie większe trudności związane z usuwaniem ich ze "strefy B" do "strefy A". Cel ten prawdopodobnie musiałby zostać osiągnięty – przynajmniej w niektórych przypadkach – za pomocą zamachów z użyciem samochodów pułapek. Obszary zamieszkane przez muzułmanów w "strefie B" są bowiem zbyt rozległe i zbyt dobrze zorganizowane, by pojedyncze, punktowe ataki mogły doprowadzić do ich trwałego wyludnienia. Oczywiście, gdyby takie ataki przeprowadzono bez wcześniejszego ostrzeżenia, mogłyby one doprowadzić do śmierci wielu przypadkowych muzułmańskich przechodniów. Masowe zabójstwa nie stanowią jednego z głównych celów (z wyjątkiem hipotetycznej sytuacji, w której miałyby charakter odwetu), dlatego zakładamy, że brytyjskie grupy paramilitarne będą starały się ich unikać na opisywanym tu etapie konfliktu. Niemniej jednak, cel ten – podobnie jak dążenie do konsolidacji terytorialnej – może wiązać się z użyciem samochodów pułapek na obszarach zamieszkanych przez muzułmanów lub w dzielnicach handlowych. Ładunki mogą być detonowane nocą lub poprzedzone ostrzeżeniem, aby ograniczyć liczbę ofiar.
IX. Grupy paramilitarne: Reakcja państwa
Zarys problemu
Jeśli załamanie porządku publicznego, towarzyszące początkowi naszych "muzułmańskich niepokojów”, przybierze przewidywaną przez nas skalę, jedynym sposobem rządu na przywrócenie choćby pozorów ładu na najbardziej dotkniętych obszarach będzie skierowanie tam brytyjskiej armii. Choć policja będzie oczywiście pełnić rolę pomocniczą, sama w sobie okaże się całkowicie bezradna wobec skali wyzwań – podobnie jak siły RUC (Royal Ulster Constabulary) zostały przytłoczone zamieszkami w Belfaście i Derry latem 1969 roku.
Zgodnie ze standardową doktryną działań przeciwpartyzanckich (która w dużej mierze wywodzi się z brytyjskich doświadczeń wojskowych zdobytych w różnych zakątkach świata), na każde pięćdziesiąt osób w populacji objętej konfliktem powinien przypadać jeden żołnierz lub funkcjonariusz policji. W okresie tzw. "kłopotów” (ang. The Troubles) populacja Irlandii Północnej liczyła około 1,5 miliona mieszkańców, co – według wspomnianej doktryny – wymagało zaangażowania 30 000 żołnierzy i/lub policjantów. W szczytowym momencie przemocy, na początku lat 70. XX wieku, w Irlandii Północnej stacjonowało 21 000 żołnierzy regularnej armii. Wspierały ich: Królewska Policja Ulsteru (RUC - Royal Ulster Constabulary) – licząca w szczytowym okresie 8500 funkcjonariuszy oraz 4500 rezerwistów – a także Pułk Obrony Ulsteru (UDR - Ulster Defence Regiment), którego liczebność wzrosła z około 1600 osób w 1970 roku do 6000 (3 000 w niepełnym wymiarze godzin i 3 000 w pełnym wymiarze godzin) w 1990 roku. Łącznie siły te spełniały wymóg proporcji jednego żołnierza na pięćdziesięciu mieszkańców, co - w myśl doktryny przeciwpartyzanckiej - jest niezbędne do pacyfikacji danego obszaru.
Sytuacja jest jednak bardziej złożona, niż wynikałoby to z powyższego zestawienia. Standardowa tura służby pułku regularnej armii w Irlandii Północnej trwała sześć miesięcy, po czym jednostka była wycofywana i kierowana do innych zadań w różnych częściach świata. Oznacza to, że każdy pułk spędzał w Irlandii Północnej zaledwie jedną piątą swojego czasu. Dłuższe zaangażowanie w działania przeciwpartyzanckie lub inne operacje o wysokiej intensywności stanowiłoby dla żołnierzy nadmierne obciążenie, negatywnie wpływając na ich morale oraz kondycję psychiczną. W praktyce oznacza to, że utrzymanie kontyngentu 21 000 żołnierzy w operacjach przeciwpartyzanckich wymagało dysponowania łącznie 105 000 żołnierzy, którzy rotacyjnie wchodzili do strefy konfliktu i ją opuszczali. Obecnie armia zawodowa liczy około 106 000 żołnierzy. Oznacza to, że gwałtowny konflikt na obszarze zamieszkanym przez 1,5 miliona ludzi (co mniej więcej odpowiada łącznej populacji dzisiejszych miast Birmingham, Bradford, Burnley i Oldham) stanowiłby górną granicę możliwości armii zawodowej w zakresie prowadzenia działań przeciwpartyzanckich – przy założeniu, że – wzorem okresu "The Troubles" w Irlandii Północnej – siły te zostałyby wsparte odpowiednikami formacji RUC (Royal Ulster Constabulary) oraz UDR (Ulster Defence Regiment), co pozwoliłoby osiągnąć liczebność rzędu 30 000 żołnierzy. Innymi słowy, obecna armia zawodowa byłaby w pełni zaangażowana, gdyby przyszło jej mierzyć się z sytuacją o skali odpowiadającej szczytowemu okresowi konfliktu w Irlandii Północnej.
Jak wygląda obecna sytuacja? Jak już wspomniano, armia zawodowa liczy 106 000 żołnierzy. Teoretycznie może ona zostać wsparta przez 33 000 członków Armii Terytorialnej (Territorial Army) oraz 134 000 żołnierzy rezerwy, co daje łącznie 273 000 osób. Zgodnie ze standardowymi obliczeniami dla działań przeciwpartyzanckich, o których mowa powyżej, pozwoliłoby to na wystawienie sił liczących 54 600 żołnierzy, zdolnych do prowadzenia operacji przeciwpartyzanckich na obszarze zamieszkanym przez 2,73 miliona ludzi.
Kluczowe założenie przyjęte w niniejszym dokumencie (być może nieco pesymistyczne) zakłada, że kolejne rządy będą kontynuować kurs na islamizację kraju, aż do momentu wystąpienia kryzysu. Argumentowaliśmy, że do tego kryzysu może dojść w ciągu najbliższych dwudziestu lat – przyjmijmy zatem, że nastąpi on dokładnie za dwadzieścia lat. W ciągu ostatniej dekady populacja muzułmanów w Wielkiej Brytanii wzrosła o około 60%, osiągając poziom 2,9 miliona osób. Jeśli ekstrapolujemy ten trend wzrostowy na kolejne dwadzieścia lat, liczba muzułmanów w Wielkiej Brytanii wyniesie około 7,4 miliona. Przyjmując, że główna strefa konfliktu obejmowałaby tę grupę ludności oraz dwukrotnie liczniejszą populację brytyjską, obszar objęty konfliktem zamieszkiwałyby łącznie około 22 miliony ludzi.
Operacja przeciwpowstańcza prowadzona w tej strefie wymagałaby zaangażowania sił odpowiadających liczebnie 440 000 żołnierzy, co w praktyce oznaczałoby konieczność dysponowania kontyngentem o łącznej liczebności 2,2 miliona osób. Jak już wykazaliśmy, cała armia brytyjska – wliczając w to rezerwistów oraz jednostki Territorial Army – liczy zaledwie 273 000 żołnierzy, czyli niemal dokładnie jedną ósmą wymaganej liczby. Nawet przy założeniu, że dzięki przewadze logistycznej i psychologicznej wynikającej z prowadzenia działań w bliskim sąsiedztwie własnego kraju (a konkretnie: na własnym terytorium) żołnierze mogliby spędzać w strefie działań połowę czasu służby – zamiast jednej piątej (przyjmując cykl: sześć miesięcy w strefie działań, sześć miesięcy poza nią) – dysponowalibyśmy jedynie odpowiednikiem 136 500 żołnierzy z wymaganych 440 000, co stanowi około 31% potrzebnych sił.
Z tego rozumowania jasno wynika, że konflikt zbrojny, który objąłby obszary Zjednoczonego Królestwa zamieszkane przez wspomniane wcześniej 22 miliony ludzi, całkowicie przerósłby wszelkie możliwe do wyobrażenia próby opanowania sytuacji przez państwo. Nie tylko sprzyjałoby to powstawaniu formacji paramilitarnych – czyniłoby to ich pojawienie się wręcz nieuniknionym. Co więcej, rząd mógłby zaakceptować, zalegalizować, a nawet podjąć współpracę z niektórymi lepiej zorganizowanymi grupami paramilitarnymi, próbując w ten sposób zachować nad nimi pewną kontrolę.
Zaangażowanie armii brytyjskiej
Pomimo ogromnych trudności, z jakimi państwo musiałoby się zmierzyć, próbując przywrócić i utrzymać porządek, armia pozostaje jedynym narzędziem, jakim dysponuje w takiej sytuacji. Warto zatem rozważyć, w jaki sposób mogłaby ona działać – przynajmniej w zakresie swoich możliwości.
Jednym z charakterystycznych aspektów konfliktu w Irlandii Północnej było to, że regularna armia – zwłaszcza od końca 1974 roku, czyli od momentu rozpoczęcia tymczasowego zawieszenia broni przez PIRA – rzadko brała udział w bezpośrednich starciach z republikańskimi bojówkami. Gdy na początku 1976 roku rozejm ten załamał się, konflikt szybko przeszedł z fazy otwartej insurekcji (podczas której PIRA dążyła do całkowitego wyparcia sił brytyjskich z Irlandii Północnej poprzez działania zbrojne o dużej skali) do fazy "długiej wojny" ("Long War"). W tym okresie PIRA przyjęła bardziej "klasyczne" taktyki terrorystyczne i partyzanckie, mające na celu stopniowe wyczerpywanie sił brytyjskich w długim terminie.
Prowadzenie otwartych wymian ognia z żołnierzami przestało być celem PIRA. W rezultacie zadania regularnych jednostek wojskowych ograniczały się głównie do patrolowania terenu, obsługi punktów kontrolnych oraz pełnienia warty. Choć podczas wykonywania tych obowiązków żołnierze stawali się niekiedy celem ataków – przeprowadzanych przez zamachowców, snajperów czy inne grupy – do bezpośrednich wymian ognia dochodziło niezwykle rzadko. Niemal wszyscy członkowie PIRA zabici przez brytyjskie siły bezpieczeństwa po tej zmianie strategii zginęli z rąk jednostek SAS, 14. Kompanii Wywiadowczej (o której mowa będzie później) lub funkcjonariuszy Królewskiej Policji Ulsteru (RUC).
W istocie, głównym zadaniem regularnej armii było uniemożliwienie PIRA swobodnego przemieszczania się i działania bez obawy o konsekwencje. Przejście do działań ofensywnych wymagało unikalnych zdolności sił specjalnych oraz służb zajmujących się aktywnym pozyskiwaniem danych wywiadowczych: prowadzenia obserwacji na terenach zamieszkanych przez republikanów (specjalność 14. Kompanii Wywiadowczej – 14 Intelligence Company), zakładania podsłuchów w domach znanych republikanów, organizowania zasadzek w oparciu o informacje o planowanych atakach (najgłośniejszy przypadek miał miejsce w Loughgall w 1987 roku, kiedy żołnierze SAS zastrzelili ośmiu członków PIRA), a także prowadzenia obserwacji składów broni oraz chwytania lub eliminowania terrorystów przybywających po jej odbiór. Można oczekiwać, że w kontekście naszych "muzułmańskich kłopotów" schemat wykorzystania jednostek wojskowych będzie podobny: regularna armia zajmie się patrolowaniem i obsługą punktów kontrolnych, podczas gdy siły specjalne będą prowadzić działania rozpoznawcze oraz operacje zbrojne oparte na danych wywiadowczych.
Regularna armia
Patrole wojskowe oraz punkty kontrolne będą – z konieczności – rozmieszczane i prowadzone na obszarach miejskich o dużej populacji muzułmańskiej. Biorąc pod uwagę specyfikę społeczności muzułmańskiej, działania te zostaną bez wątpienia odebrane jako wojna wymierzona we wszystkich muzułmanów, jako oblężenie tej społeczności, próba jej eksterminacji lub połączenie wszystkich tych elementów. Z drugiej strony, relacje między armią a brytyjskim społeczeństwem pozostaną najpewniej w dużej mierze pokojowe. Żadna brytyjska grupa paramilitarna nie postawi sobie za cel atakowania wojska – nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) dlatego, że byłoby to strategicznie nierozważne, lecz dlatego, że takie ugrupowania po prostu nie dopuszczą do zadawania strat żołnierzom. Nie oznacza to, że na ulicach nie pojawią się przejawy gniewu czy frustracji wobec działań armii. Jest jednak mało prawdopodobne, by sytuacja ta przerodziła się w przemoc z którejkolwiek ze stron.
Jeśli regularna armia wejdzie w gwałtowny konflikt z którąkolwiek ze stron, jest wysoce prawdopodobne, że będzie to konflikt z muzułmanami. Bardzo szybko wyjdą oni na ulice, by stawić czoła wojsku – wszczynając zamieszki, podpalając, a w miarę eskalacji konfliktu – także strzelając i dokonując zamachów bombowych, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Biorąc pod uwagę poglądy, jakie żołnierze armii brytyjskiej prawdopodobnie żywią wobec muzułmanów, a także przemoc i wrogość, z jakimi z pewnością spotkają się z ich strony, trudno oczekiwać bezkonfliktowych relacji – nawet w sytuacjach, w których nie dochodzi do bezpośredniej przemocy. Pomimo wielokulturowych frazesów, które z pewnością będą wygłaszać wyżsi rangą dowódcy, sympatie szeregowych żołnierzy i młodszych oficerów będą oczywiście w pełni po stronie "własnych" ludzi, a ich nienawiść do muzułmanów będzie z każdym dniem narastać.
W Irlandii Północnej, po zakończeniu krótkiego okresu "miesiąca miodowego" między brytyjskimi żołnierzami a tamtejszą ludnością katolicką (co nastąpiło wiosną i latem 1970 roku), wśród wojskowych zrodziła się głęboka wrogość wobec północnoirlandzkich nacjonalistów – wrogość, na którą tamci odpowiadali z nawiązką. Skoro tak było w czasach "kłopotów" (The Troubles), o ileż bardziej prawdziwe będzie to w obliczu naszych "muzułmańskich kłopotów"? Wszystkie ciężkie starcia, w których armia brytyjska brała udział w ciągu ostatnich dwudziestu lat, toczyły się przeciwko muzułmanom. Dorasta całe pokolenie młodych żołnierzy, którzy nigdy nie walczyli z nikim innym. Będą oni doskonale zdawać sobie sprawę z faktu, że muzułmańscy "Brytyjczycy", których spotykają na ulicach, w czasie tamtych konfliktów byli wobec nich co najmniej obojętni, a w najgorszym razie – psychologicznie stali po przeciwnej stronie barykady. Wrogość, z jaką na brytyjskich ulicach spotykają się powracający z misji żołnierze, nie zostanie szybko zapomniana.
Prawdopodobieństwo zmowy między niektórymi elementami armii brytyjskiej a brytyjskimi grupami paramilitarnymi jest tak duże, że graniczy z pewnością. Termin "zmowa" może oznaczać wiele rzeczy i funkcjonować na różnych poziomach, jednak nielegalne przekazywanie broni, amunicji, wyposażenia oraz danych wywiadowczych brytyjskim grupom paramilitarnym przez żołnierzy w terenie jest faktem niemal pewnym. Wyższym rangą oficerom będzie niezwykle trudno – jeśli w ogóle będą chcieli to zrobić, co wcale nie jest oczywiste – ukrócić takie praktyki.
Mówiąc bardziej ogólnie, niewystarczająca liczebność armii brytyjskiej w stosunku do skali zadań, przed którymi stoi (nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu), sprawi, że będzie ona mogła rozmieścić swoje siły jedynie w niewielkiej części miejsc, w których chciałaby być obecna. Strefa C zostanie przez armię – o ile w ogóle poświęci jej jakąkolwiek uwagę – niemal całkowicie pominięta, a obecność wojska w znacznej części Strefy B będzie prawdopodobnie marginalna. Jedynie w Strefie A – obejmującej obszar Wielkiego Londynu, region West Midlands oraz północno-zachodnią Anglię – liczebność wojsk może być choćby w przybliżeniu proporcjonalna do skali wyzwań. Będzie to miało ogromne znaczenie dla wspomnianego wcześniej kluczowego celu brytyjskich formacji paramilitarnych, jakim jest konsolidacja terytorialna. To, czy uda im się wypchnąć muzułmanów ze Strefy B do Strefy A, pozostaje jedną z wielkich niewiadomych tego konfliktu. Jeśli działania armii brytyjskiej ograniczą się głównie do Strefy A, cel ten będzie prawdopodobnie osiągalny, a państwo może wręcz zostać zmuszone do wsparcia tego procesu, aby ograniczyć przemoc towarzyszącą jego realizacji. Jeśli natomiast armii uda się utrzymać obecność w Strefie B, rozwój wydarzeń stanie się znacznie trudniejszy do przewidzenia.
Siły specjalne
Jak już wspomniano, podczas konfliktu w Irlandii Północnej (znanego jako "The Troubles") wykorzystywano dwie główne jednostki sił specjalnych: SAS (Special Air Service) oraz 14. Kompanię Wywiadowczą (14 Intelligence Company). SAS angażowano do działań przeciwko republikańskim grupom paramilitarnym – były to misje oparte na danych wywiadowczych, wymagające zaangażowania stosunkowo niewielkich grup żołnierzy w trudnych lub wyjątkowo wymagających warunkach. Lektura materiałów dotyczących tego okresu nie pozostawia złudzeń. Jeśli chodzi o wielodniowe czuwanie w polu – w deszczu i błocie – w oczekiwaniu na okazję do wyeliminowania członka IRA, niewielu może równać się z SAS. Z naszej perspektywy jednak znacznie ciekawsza jest 14. Kompania Wywiadowcza, która odegrała równie kluczową rolę w walce z IRA, choć w zupełnie inny sposób.
W początkowej fazie konfliktu próby gromadzenia danych wywiadowczych przez armię na terenach republikańskich były mało skuteczne i obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia. Potrzeba bardziej profesjonalnego podejścia doprowadziła do utworzenia tajnej jednostki wojskowej, wyspecjalizowanej w prowadzeniu obserwacji członków republikańskich grup paramilitarnych. Działała ona na obszarach zamieszkanych przez nacjonalistów w Irlandii Północnej – tam, gdzie umundurowani żołnierze czy policjanci nie mogli operować. Jednostka ta, znana jako 14. Kompania Wywiadowcza (dalej określana jako "The Det"), wielokrotnie dowiodła swojej skuteczności. W kontekście "muzułmańskich kłopotów" nie znajdziemy jednak żadnego ekwiwalentu tej formacji. Wyjaśnienie tego faktu rzuci nieco światła na naturę konfliktu, który nas czeka.
Jednym z najbardziej intrygujących aspektów szkolenia "The Det" była nauka posługiwania się akcentem charakterystycznym dla Irlandii Północnej (Ulsteru). Choć do jednostki werbowano żołnierzy z różnych rodzajów sił zbrojnych, większość z nich pochodziła spoza Irlandii Północnej, co oczywiście zdradzał ich sposób mówienia. Musieli zatem opanować umiejętność podszywania się pod mieszkańców Ulsteru, choć trudno uwierzyć, by wielu z nich osiągnęło w tym biegłość. Jeśli można wywnioskować coś z relacji o ich działaniach, większość z nich ograniczała się do kilku pomruków, gdy sytuacja bezwzględnie wymagała jakiejś odpowiedzi. Ujawnienie się w charakterze Anglika z bronią na terenie opanowanym przez republikanów było bowiem prostą drogą do tego, by dzień później skończyć w rowie w South Armagh – ze skrępowanymi rękami, zaklejonymi ustami i kulą w głowie.
Była to trudność operacyjna, którą dało się przezwyciężyć, mimo różnic językowych między ludźmi, których nie sposób było odróżnić na pierwszy rzut oka. Jednak w kontekście naszych "muzułmańskich kłopotów" od razu widać, że prowadzenie działań pod przykrywką w podobny sposób będzie w znacznym stopniu niemożliwe. Niemal wszyscy muzułmanie w Wielkiej Brytanii nie są biali, podczas gdy niemal wszyscy żołnierze armii brytyjskiej są biali. Oznacza to, że stworzenie jednostki wojskowej na wzór dawnych grup operacyjnych (tzw. "Det"), która mogłaby działać w środowiskach muzułmańskich, jest niewykonalne – w armii po prostu nie ma odpowiedniej liczby osób, które można by do tego celu zwerbować. Muzułmanie z pewnością szybko zorientują się, że tajemniczy biali konwertyci, którzy nagle pojawiają się w ich dzielnicach, mogą wcale nie być tym, za kogo się podają. Nazwijmy to problemem "wzajemnej nieprzenikalności" – kwestią, która w ten czy inny sposób będzie utrudniać działania wszystkich stron konfliktu. Będzie to jedna z największych i najistotniejszych różnic między historycznymi "kłopotami" a naszymi nadchodzącymi "muzułmańskimi kłopotami".
Przyjrzyjmy się tej kwestii nieco dokładniej. W okresie "Troubles" ("kłopotów") nie dało się stwierdzić, po której stronie stoi dana osoba, po prostu na nią patrząc - co oznacza, że strony konfliktu borykały się z problemem wzajemnej przenikalności. Problem ten, będący lustrzanym odbiciem problemu wzajemnej nieprzenikalności, miał czasami niezwykłe konsekwencje. Grupy uderzeniowe lojalistów, polujące na republikańskie bojówki, przejmowały domy na terenach zamieszkanych przez nacjonalistów i – aby zapewnić sobie współpracę mieszkańców – podawały się za członków IRA. Johnny "Mad Dog" Adair z organizacji UDA trenował jogging w dzielnicach nacjonalistycznych, zbierając informacje wywiadowcze, dopóki jego osobista rozpoznawalność nie stała się tak duża, że dalsze takie działania okazały się niemożliwe. Członkowie IRA, zatrzymując autobus i wyciągając z niego pasażerów, musieli pytać, kto jest katolikiem, a kto protestantem, zanim otworzyli ogień.
Członkowie INLA mogli wejść do protestanckiego pubu, podłożyć ładunek wybuchowy i spokojnie wyjść. Grupa znana jako "Shankill Butchers" ("Rzeźnicy z Shankill") porywała swoje ofiary wyłącznie w katolickich dzielnicach Belfastu, ponieważ nie dysponowała żadnym innym sposobem na ich identyfikację. Znaczna część przemocy w okresie konfliktu w Irlandii Północnej – a także sposób, w jaki była ona stosowana – staje się zrozumiała dopiero wtedy, gdy weźmie się pod uwagę problem wzajemnej przenikalności środowisk.
Z kolei uczestnicy naszych "muzułmańskich kłopotów" będą – jak już wspomniano – zmagać się z problemem wzajemnej nieprzenikalności środowisk. W rezultacie można założyć, że jeden z najskuteczniejszych oręży stosowanych niegdyś przeciwko PIRA (Provisional Irish Republican Army) nie będzie dostępny dla armii podczas prób rozpoznania terenów zamieszkanych przez muzułmanów czy prowadzenia inwigilacji tamtejszych grup paramilitarnych. Zwiększy to zależność wojska i służb bezpieczeństwa od informatorów wywodzących się z tych społeczności oraz od nadzoru technicznego i elektronicznego – rozwiązań, z których każde wiąże się z określonymi wadami.
W sytuacji eskalacji przemocy powstaną rozległe obszary kraju pozbawione znaczącej obecności wojskowej. Staną się one "wolnymi strefami", w których brytyjskie grupy paramilitarne będą mogły swobodnie się przemieszczać, szkolić i organizować według własnego uznania. Będą one podlegać jedynie "standardowym" działaniom policyjnym. Dzięki temu tereny te zaczną pełnić funkcję zbliżoną do roli, jaką dla PIRA podczas konfliktu w Irlandii Północnej odgrywała Republika Irlandii – zapewniając im możliwość działania przy minimalnym nadzorze. Oczywiście, północnoirlandzka policja (RUC - Royal Ulster Constabulary) nie mogła działać na terenie Republiki, a ekstradycja podejrzanych o terroryzm do Wielkiej Brytanii była niezwykle trudna, jeśli nie niemożliwa – były to udogodnienia, których brytyjskie grupy paramilitarne nie będą miały na własnym zapleczu. Mimo to, będą one cieszyć się ogromną swobodą przemieszczania się i działania, a policji będzie niezwykle trudno te aktywności zakłócić. Im bardziej brutalny stanie się konflikt, tym mniejsza będzie skłonność:
- lokalnej ludności do zgłaszania podejrzanych zdarzeń, oraz
- brytyjskiej policji do podejmowania działań wymierzonych w brytyjskie grupy paramilitarne.
Kluczową różnicą między konfliktem w Irlandii Północnej a naszym "konfliktem muzułmańskim" jest to, że nie będzie tu żadnych obszarów zaplecza ani terenów wiejskich, na których muzułmanie mogliby działać, nie przyciągając większej uwagi. Z pewnością nie powstanie tu odpowiednik tzw. "krainy bandytów" w południowym Armagh, którą PIRA przekształciła – głównie dzięki działaniom snajperów z południowego Armagh i innych bojowników – w obszar praktycznie niedostępny dla armii brytyjskiej przez większą część trwania konfliktu. Będzie to tak, jakby każdy obszar wiejski w Irlandii Północnej był całkowicie zdominowany przez lojalistów i formacje paramilitarne, republikanie zostali całkowicie zamknięci w gettach, nie istniała Republika Irlandii, która mogłaby służyć jako poligon szkoleniowy lub schronienie, a republikanie byliby natychmiast rozpoznawalni, gdyby byli na tyle nierozsądni, by zapuścić się na tereny wiejskie w celu przetestowania bomby. Będzie to, delikatnie mówiąc, spory problem dla muzułmańskich formacji paramilitarnych.