Irlandia nie myśli o jedności. Integracja z najbiedniejszą częścią Zjednoczonego Królestwa to ogromne koszty. - Jędrzej Bielecki, Rzeczpospolita, 20.10.2026
Po raz pierwszy tak w Dublinie, jak i w Belfaście u władzy znaleźli się politycy, którzy chcą przekreślić granicę dzielącą Zieloną Wyspę. Ale Irlandczycy nie poświęcą za to wygodnego życia.
W ten chłodny, październikowy poranek Bryan nie może się spóźnić do pracy w banku. Muszę więc razem z nim iść dziarskim krokiem wzdłuż ulicy Townsend w centrum irlandzkiej stolicy, aby dowiedzieć się, co myśli o zjednoczeniu kraju.
– Nie interesuje mnie to z dwóch powodów. Po pierwsze integracja Irlandii Północnej oznaczałaby ogromne koszty dla Republiki Irlandii. A ja mam czwórkę dzieci, dom do spłacenia. Nie stać mnie na wyższe podatki! Po wtóre, nie możemy włączyć do naszego społeczeństwa miliona wrogich wobec nas unionistów. To rozsadzi kraj! – mówi „Rzeczpospolitej” na oko pięćdziesięciolatek.
Cały świat żyje dziś w rytm nacjonalistycznego radykalizmu. Władimir Putin poświęcił życie setek tysięcy Rosjan, byle wytrwać. Donald Trump straszy aneksją Kanady czy niedawno Grenlandii. Xi Jinping być może szykuje się do inwazji Tajwanu. Ale także od Francji po Hiszpanię, Włochy czy Polskę partie nacjonalistyczne są na fali. Jednak na ulicach Dublina trudno znaleźć ślady podobnej gorączki.
– To jest sprawa, która zależy wyłącznie od nastrojów w Irlandii Północnej. Jeśli kiedyś większość jej mieszkańców będzie chciała zjednoczenia, może coś z tego będzie. Ale to zajmie dekady. My możemy tylko się temu przyglądać – mówi Oliye, podając turystom fish and chips w barze przy Fleet Street.
Sondaże od lat wskazują na przytłaczające poparcie w Irlandii integracji sześciu hrabstw północno-wschodniej części wyspy, które po ogłoszeniu w 1921 r. przez Dublin niepodległości pozostały częścią Zjednoczonego Królestwa. Opowiada się za tym jakieś 60 proc. Irlandczyków żyjących w republice, a jedynie około 20 proc. jest temu przeciwnych. Ale jeśli ankieterzy nieco bardziej przyłożą się do swojej pracy i spytają, czy pytany byłby gotowy pokryć rachunek takiej operacji albo zmienić flagę kraju, tak, aby znalazły się na niej jasne odniesienia do brytyjskiej spuścizny, sprawy się komplikują.
Irlandia Północna to najbiedniejsza część Zjednoczonego Królestwa
W XIX wieku to w dzisiejszej Irlandii Północnej koncentrowało się bogactwo. Pamiątką po tej epoce są ogromne budynki wiktoriańskie w Belfaście, jak choćby gigantyczny ratusz. Takiego przepychu w Dublinie nie uświadczysz. Rewolucja przemysłowa nigdy nie objęła reszty wyspy. Na brytyjską spuściznę składają się tu więc raczej niewielkie, proste domki.
– Do lat siedemdziesiątych Republika Irlandii była niezwykle biedna – mówi "Rzeczpospolitej” Barry Colfer, ekspert dublińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Europejskich IIEA. – To się zmieniło dopiero po akcesji do Unii Europejskiej w 1973 r. oraz inwestycjach wielkich amerykańskich koncernów, najpierw farmaceutycznych, potem technologicznych. Ludzie zachowali w pamięci nędzę swoich rodzin i nie chcą do tego wrócić – dodaje.
Dziś sytuacja się więc odwróciła.
– Byłem w Belfaście. U nas żyje się lepiej. Mamy wyraźnie wyższe pensje – podkreśla Oliye.
Jego uwaga odnosi się tak naprawdę tylko do wierzchołka góry lodowej. Irlandia Północna to nie tylko najbiedniejsza część Zjednoczonego Królestwa, ale wręcz bankrut. 57 proc. dochodów prowincji pochodzi z dotacji Londynu. To niemal osiem tysięcy funtów na mieszkańca rocznie. A ponieważ jest ich dwa miliony, w sumie wychodzi 16 miliardów funtów (równowartość 82,5 mld zł).
Ale niełatwo jest spełnić i drugi warunek, jaki stawia dla zjednoczenia Bryan: budowę kultury wzajemnego szacunku między Irlandczykami z północy a żyjącymi tam unionistami. We wrześniu sąd w Irlandii Północnej po raz pierwszy od dwóch dekad zgodził się, aby manifestacja protestantów przeszła przez dzielnicę katolicką. Wybrano nie Belfast, ale niewielką miejscowość Portadown, 40 kilometrów na zachód od stolicy prowincji. Warunki były twarde: nie więcej niż 30 osób. A także żadnych okrzyków, transparentów. Ale mimo to już od świtu na wyznaczonej trasie stanęło dwa tysiące katolików z Portadown. Manifestacja została odwołana. Pozostało po niej wrażenie, że blisko trzy dekady od Umowy Wielkopiątkowej, która położyła kres krwawym starciom w Ulsterze, napięcie, czy może wręcz nienawiść między obiema wspólnotami pozostaje bardzo silna.
– Budowa kultury wzajemnego szacunku między unionistami i Irlandczykami zajmie dużo czasu, zapewne dekady – mówi "Rzeczpospolitej” Bobby McDonagh, były ambasador Irlandii w Wielkiej Brytanii i przy Unii Europejskiej. Jego rodzina ma silne korzenie niepodległościowe: dziadek brał udział w Powstaniu Wielkanocnym przeciw Brytyjczykom w 1916 r., babka pomagała rebeliantom.
Nie będzie referendum o przyszłości Irlandii Północnej
Brytyjczycy podzielili Irlandię w taki sposób, aby w części, która pozostanie przy Zjednoczonym Królestwie, przytłaczającą większość stanowili lojaliści: 100 lat temu było to 2/3 ludności prowincji. Ale spis powszechny z 2021 r. po raz pierwszy wykazał, że to katolików jest więcej (46 proc.) niż protestantów (43 proc.). Pewną rolę odegrali tu polscy imigranci, z których część przyjęła brytyjskie obywatelstwo. Przede wszystkim jednak jest to efekt demografii: rodziny katolickie mają wciąż nieco więcej dzieci niż protestanckie. Za tym poszła i zmiana podejścia do zjednoczenia.
Jak wynika z agregatora sondaży "Irish Times” poparcie dla zjednoczenia wyspy wzrosło od 1985 r. wśród mieszkańców północnej części wyspy z 23 proc. do 30 proc., podczas gdy szeregi przeciwników takiej fuzji spadły z 73 do 50 proc. Wciąż jednak do większości na rzecz połączenia obu Irlandii pozostaje bardzo dużo. Zgodnie z Porozumieniami Wielkopiątkowymi z 1998 r. Londyn jest zobowiązany do rozpisania referendum w sprawie przyszłości Irlandii Północnej dopiero kiedy sondaże wskażą, że takie głosowanie doprowadziłoby do oderwania prowincji od Wielkiej Brytanii. W czasie wizyty w Belfaście dwa tygodnie temu premier Andy Burnham powiedział więc jasno, że o takim głosowaniu "nie ma mowy".
W tej sytuacji także w Dublinie premier Micheál Martin wylansował nową strategię "dzielonej wyspy” (shared island). Idea wyszła od nestora irlandzkiej dyplomacji Noela Dorra, który zawarł ją w książce "Irish or British or Both” (Irlandczyk albo Brytyjczyk, albo jeden i drugi). Uważa on, że konieczne jest zbudowanie nowego państwa, które pogodzi dwie wrogie dziś wobec siebie społeczności. Martin, polityk umiarkowanej, centrokonserwatywnej Fianna Fáil, inaczej niż radykalnie lewicowa Sinn Féin, uważa więc, że fuzja obu części wyspy to długa perspektywa.
Dublin dzięki poparciu całej Unii wyszedł z negocjacji o relacjach z Londynem po brexicie znakomicie. Irlandia Północna w ich wyniku pozostała częścią unijnego jednolitego rynku, przez co wprowadzono kontrole towarów przewożonych między Ulsterem a resztą Zjednoczonego Królestwa. To w naturalny sposób sprzyja zjednoczeniu Zielonej Wyspy. Pcha przecież ku coraz dalej idącej integracji gospodarczej północnej i południowej Irlandii. Granica między jedną i drugą pozostaje niewidoczna, firmy bezustannie przerzucają przez nią komponenty do produkcji.
Także dynamika polityczna zdaje się sprzyjać irlandzkiej jedności. W Belfaście pierwszą minister (czyli szefową lokalnego rządu) po raz pierwszy jest reprezentująca barwy Sinn Féin Michelle O’Neill. A w Dublinie za integracją Irlandii Północnej, nawet jeśli stopniową, jest nie tylko premier Micheál Martin, ale i prezydent Catherine Martina Ann Connolly.
Jednak za fasadą uśmiechów i życzliwych formułek wciąż tkwi daleko idąca nienawiść do Brytyjczyków. Na korytarzach władzy w Dublinie słyszy się o "ośmiu wiekach angielskiej okupacji”. Miarą tej nienawiści jest sposób upamiętnienia Pawła Edmunda Strzeleckiego. Polski geograf i geolog zbudował w latach 1845-1847 system żywienia w szkołach, który uratował życie 200 tysięcy irlandzkich dzieci.

To był czas wielkiego głodu, kiedy z powodu braku ziemniaków i wycofania wsparcia rządu w Londynie śmierć poniosło nawet półtora miliona Irlandczyków, a jeszcze więcej wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych czy Australii. Na rogu ulic O’Connell i Sackville w Dublinie można co prawda znaleźć tablicę ku czci wielkiego Polaka, ale wystawioną przez społeczność Poznania, z okolic którego pochodził, a nie przez irlandzki naród. Podobnie jest z dwoma innymi tablicami w miejscowościach zachodniej Irlandii. Bo też w irlandzkiej stolicy można usłyszeć, że Strzelecki był "agentem angielskim”, skoro finansował ratunek dla dzieci z pieniędzy londyńskich agencji charytatywnych. Dlatego ambasada RP w Dublinie wydała broszurkę o znamiennym tytule "zapomniany polski bohater wielkiego irlandzkiego głodu”.
Polacy opuszczają Zieloną Wyspę
Na pierwszy rzut oka Irlandia nie powinna mieć trudności ze sfinansowaniem zjednoczenia. Statystyki mówią, że to drugi po Luksemburgu najbogatszy kraj Unii. Tylko skoro tak jest, to czemu liczba Polaków, którzy tu wyemigrowali po poszerzeniu UE, spadła z około 300 tys. do 120 tys.? Czemu w półmilionowym Dublinie jest kilkanaście tysięcy bezdomnych? I dlaczego tak wielu Irlandczyków nie stać na zakup nawet małego mieszkania?
Władze podają, że średnia pensja na wyspie to 4,5 tys. euro brutto miesięcznie. Dużo. Tyle że metr kwadratowy w Dublinie kosztuje ok. 8 tys. euro. Piwo to 12 euro, a ryba z frytkami 22 euro. Wiele rzeczy jest więc droższe niż w Polsce, nawet trzykrotnie.
W 1969 r. amerykański koncern farmaceutyczny Pfizer otworzył pierwszą zagraniczną fabrykę leków w Ringaskiddy. W jego ślady poszło wiele innych potentatów farmaceutycznych z USA. A później i technologicznych (Big Tech). Przyciągnęły je niskie podatki (12 proc. CIT), powszechna znajomość angielskiego, korzystne położenie między Ameryką a Europą. A także stabilność polityczna kraju.
To właśnie przychody tych gigantów nabijają dane o dochodzie Irlandczyków. Tyle że w znacznej części mowa tylko o operacjach księgowych: Irlandczycy ani nie widzą tych pieniędzy, ani towarów, które rzekomo powstają na ich wyspie. Nawet jednak i ta konstrukcja może się załamać w wyniku protekcjonistycznej polityki Donalda Trumpa. Od momentu kiedy prezydent USA wprowadził 15-procentowe cła na import z UE, opłaca się przenieść przynajmniej część produkcji leków z Irlandii do Ameryki (nawet, jeśli tylko na papierze), aby nie płacić tej daniny.
Jeszcze większy problem dotyczy Big Techów. Od Apple po Metę czy X: wszystkie są obecne na Zielonej Wyspie. I stąd rozwijają swoją ofertę na całą Europę. Jednak na kontynencie coraz mocniej podnoszą się głosy, że to jest zysk uzyskany z pogwałceniem praw autorskich. Prezydent Francji czy kanclerz Niemiec wskazują, że irlandzkie sądy nie robią wiele, aby ukrócić to zjawisko. Przyjęcie restrykcyjnej dyrektywy cyfrowej w Brukseli może więc i to źródło dochodów Irlandii ukrócić.
Jest wreszcie kwestia obrony. Irlandia, w imię oficjalnej "neutralności”, wydaje na nią ledwie 0,2 proc. PKB, najmniej w Unii. Choć oddalona od Rosji, staje się jednak coraz bardziej łakomym celem dla Kremla. Jednym z powodów są międzykontynentalne kable biegnące na dnie Atlantyku, którymi przechodzą dane z USA do Europy. Gdy zostaną przerwane, oba kontynenty będą sparaliżowane. Problem w tym, że bramą do europejskiego rynku jest dla nich Irlandia. Kiedy więc pojawiają się w pobliżu rosyjskie jednostki, Dublin musi wzywać na pomoc Royal Navy, bo sam nie ma jak je ochronić. To też nie sprzyja stabilności, która długo kusiła zagraniczny biznes.