Lęk przed porażką - Frank Giustra, 27.10.2026.

Wojny często bywają wywoływane, przedłużane i eskalowane przez przywódców, których główną troską jest to, jak oceni ich historia.


Wraz z kolegami z organizacji International Crisis Group przez lata badałem strefy konfliktów. W historii wciąż powraca pewien schemat – trwały niczym zardzewiały zamek. Wojny często ciągną się długo po tym, jak pierwotne uzasadnienie strategiczne straciło rację bytu – nie dlatego, że przeciwnik jest tak wytrwały, lecz dlatego, że przywódca, który wojnę rozpoczął lub odziedziczył, nie potrafi pogodzić się z porażką.

To, że miliony ludzi cierpią z powodu próżności jednego człowieka, nie jest zjawiskiem nowym. Wynika ono ze sposobu, w jaki ludzie organizują władzę. Jednostka – lub wąski krąg jej otoczenia – może przejąć kontrolę nad wojskiem, służbami wywiadowczymi, kluczowymi dźwigniami gospodarczymi oraz narracją.

Gdy taka kontrola zostanie już ustanowiona, wszczęcie lub podtrzymywanie działań zbrojnych na dużą skalę nie wymaga aktywnej zgody społeczeństwa. Wystarczy, że nadal funkcjonują odpowiednie instytucje, a jednocześnie brakuje skutecznych mechanizmów kontrolnych – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Nawet jeśli sprzeciw jest powszechny, niezwykle trudno go skoordynować.

Ta dynamika była widoczna już dwa wieki temu, kiedy Napoleon – przywódca pozbawiony dynastycznej legitymizacji – w latach 1813–1814 wielokrotnie odrzucał propozycje kompromisu. Powiedział austriackiemu negocjatorowi Schwarzenbergowi, że ugruntowany rząd mógłby zaakceptować surowy pokój, ale "ja jestem nowym człowiekiem. Gdybym podpisał taki pokój, straciłbym zaufanie mojego narodu, ponieważ Francuz kocha chwałę i uniesienie”. W tłumaczeniu "na nasze": to ja kocham chwałę i uniesienia, a nikt nie przypisze mi przegranej.

Od czasów II wojny światowej amerykańscy prezydenci dysponują ogromną swobodą w kwestii użycia siły zbrojnej. Formalne wypowiedzenie wojny należy już niemal całkowicie do przeszłości. Początkowo społeczeństwo często jednoczy się wokół przywódcy – zjawisko to określa się mianem efektu "jednoczenia się wokół flagi". Z czasem jednak pojawia się znużenie wojną, lecz wycofanie się z niej staje się już politycznie zbyt kosztowne.

Dzięki temu, że armia składa się wyłącznie z ochotników, a większość obywateli pozostaje z dala od faktycznych działań wojennych, bezpośrednie koszty konfliktu odczuwane wewnątrz kraju są znacznie mniejsze. Doradcy, analizy wywiadowcze i ramy ideologiczne – teoria domina, broń masowego rażenia, walka z terroryzmem czy dążenie do przywrócenia statusu mocarstwa – dostarczają racjonalnych uzasadnień, które maskują osobistą niechęć przywódcy do sytuacji, w której mógłby zostać uznany za przegranego.

Natura ludzka dodatkowo utrwala ten mechanizm. Akceptujemy hierarchie dominacji i podporządkowujemy się władzy, którą uznajemy za prawomocną. Wykreowany nacjonalizm, tożsamość etniczna czy strach przed wrogiem mogą sprawić, że znaczna część społeczeństwa poprze wojnę lub będzie ją tolerować, nawet jeśli wiąże się ona z ogromnymi kosztami.

Elity, służby bezpieczeństwa oraz zaprzyjaźnione reżimy często czerpią korzyści z utrzymania istniejącego stanu rzeczy. Takie schematy pojawiają się w różnych kulturach, wszędzie tam, gdzie system polityczny przedkłada prawo do podejmowania decyzji nad unikanie przemocy. Innymi słowy, większość z nas to owce żyjące w krainie zdominowanej przez wilki.

Obywatele wybierają przywódców obiecujących siłę, a gdy ci wywołują konflikt, okazuje się, że niezwykle trudno jest nałożyć na nich jakiekolwiek ograniczenia. Instytucje stworzone do debaty zostały osłabione przez tempo współczesnych działań wojennych oraz polityczne ryzyko bycia posądzonym o słabość. W rezultacie wielkoskalowa, zorganizowana przemoc zaczyna zależeć od psychologicznych i politycznych potrzeb jednostki stojącej na szczycie. Miliony innych ludzi – żołnierzy, cywilów, całych społeczeństw – muszą ponosić tego konsekwencje.

Lyndon Johnson już na początku swojej pierwszej kadencji jako prezydent Stanów Zjednoczonych zrozumiał, jak wiele osobiście ma do stracenia. Dwa dni po zamachu na Johna F. Kennedy’ego w 1963 roku LBJ powiedział ambasadorowi Henry’emu Cabotowi Lodge’owi, że nie pozwoli na upadek Wietnamu Południowego: "Nie zamierzam stracić Wietnamu. Nie zamierzam być prezydentem, który patrzył, jak Azja Południowo-Wschodnia podąża tą samą drogą, co Chiny”.

Narracja o "utracie Chin” zaszkodziła Partii Demokratycznej i podsyciła mccarthyzm w latach 50. LBJ, który wolał skupiać się na polityce wewnętrznej w ramach swojego programu "Wielkiego Społeczeństwa”, obawiał się, że zostanie uznany za tchórza lub zdrajcę. Swoim doradcom powtarzał różne wersje tego samego: "Wiem, że nie powinniśmy tam być, ale nie mogę się wycofać. Po prostu nie mogę być architektem kapitulacji”.

To, co zaczęło się jako ograniczone wsparcie Stanów Zjednoczonych dla Wietnamu Południowego, przerodziło się w wielką wojnę. Do 1968 roku w walkach brało udział ponad pół miliona amerykańskich żołnierzy. Zanim doszło do ostatecznego upadku w 1975 roku, zginęło około 58 000 Amerykanów i ponad milion Wietnamczyków. Richard Nixon i Henry Kissinger przedłużali walkę w poszukiwaniu "pokoju z honorem" – inaczej mówiąc, odmawiając zaakceptowania pozorów porażki.

W dzisiejszych Stanach Zjednoczonych dobrze udokumentowana niechęć prezydenta Trumpa do "przegranych” - wynikająca z jego zero-jedynkowego światopoglądu opartego na podziale na zwycięzców i przegranych, z jego deklaracji o zwycięstwie oraz z jego osobistej wielkości - sprawia, że zaakceptowanie ograniczonego lub niejednoznacznego wyniku w Iranie jest wysoce mało prawdopodobne.

Na obecnym etapie tej wojny (sporadyczne ataki, blokada morska, negocjacje toczące się z przerwami) Trump wielokrotnie ogłaszał zdecydowane lub niemal zdecydowane zwycięstwo, mimo powszechnego przekonania, że utknął w oczywistym i coraz bardziej kosztownym impasie.

Żądania Trumpa dotyczące bezwarunkowej kapitulacji lub zmiany reżimu, jego groźby zbombardowania Iranu "z powrotem do epoki kamienia łupanego" oraz przedstawianie dostępnych opcji jako zwycięstwa "w miły sposób lub w nieprzyjemny sposób" odzwierciedlają jego potrzebę ogłoszenia jednoznacznego zwycięstwa, zamiast zadowalania się czymś, co można przedstawić jako zwycięstwo niepełne.

Tymczasem wojna Putina na Ukrainie, która wkroczyła już w czwarty rok wyczerpującej walki, jest przedstawiana w kategoriach cywilizacyjnych i historycznych, mimo że głównym powodem niezadowolenia Putina na początku była nieustanna ekspansja NATO. Zyski terytorialne Rosji są skromne w porównaniu z ofiarami i obciążeniami gospodarczymi, ale zakończenie wojny na warunkach odbiegających od jego pierwotnych celów – w tym pełnej kontroli nad Donbasem – wymagałoby zaakceptowania widocznej porażki.

Podobno Putin wyraził obawę, że taki wynik naraziłby go na niebezpieczeństwo ("powieszą mnie”), co odzwierciedla zarówno troskę o osobiste dziedzictwo, jak i logikę spersonalizowanego, silnie represyjnego systemu. Jego poparcie utrzymuje się na poziomie około 70 procent, jednak większość Rosjan opowiada się za rozmowami pokojowymi i poparłaby zakończenie konfliktu, gdyby się na to zdecydował.

Tymczasem rosyjskie elity wyrażają prywatne niezadowolenie z powodu długoterminowych kosztów, ale pozostają podzielone i zależne. Motywacją jest zatem raczej kontynuacja działań niż zaakceptowanie porozumienia, którego nie da się przedstawić jako pełnego sukcesu.

Istnieją dwie często powtarzane prawdy dotyczące wojny. Gdy wojna się rozpocznie, jej wynik jest nieprzewidywalny. A wojny, bez względu na to, jak bardzo są na początku ograniczone, prawie zawsze eskalują. Oto trzecia prawda: osobisty interes przywódcy związany z historyczną reputacją często odbywa się kosztem interesu zbiorowego. Wyniki, które nie odpowiadają pierwotnej retoryce, w kulturze politycznej skłonnej traktować wycofanie się lub negocjacje jako dowód słabości, zagrażają nam wszystkim.

Nasze fatalne wyniki w zakresie zapobiegania konfliktom od 1945 roku pokazują, dlaczego nadal warto walczyć o pokój – właśnie dlatego, że alternatywa jest tak kosztowna i nieprzewidywalna. Fakt, że wojny mogą być wywoływane, przedłużane i eskalowane przez strach pojedynczego przywódcy przed tym, jak oceni go historia, sprawia, że konflikty w erze broni jądrowej są nie tylko niebezpieczne, ale wręcz zagrażają naszemu istnieniu.