Trudno przeprowadzić reformy w kraju, w którym nie ma już wspólnych wartości - James Hickman, SchiffSovereign, 30.10.2026

17 września 1787 roku 81-letni Benjamin Franklin siedział w sali w Filadelfii, trzymając w dłoni przemówienie, którego nie był w stanie wygłosić z powodu słabości.


W jego imieniu tekst odczytał przed Konwentem Konstytucyjnym jeden z pozostałych delegatów. Franklin miał zastrzeżenia do projektu Konstytucji. W swoim wystąpieniu przyznał, że istnieją w niej "pewne elementy, których w tej chwili nie pochwalam”.

Wiedział, że pozostali delegaci również mają własne obawy. Toczyły się zażarte debaty na temat podziału władzy między poszczególne stany a rząd federalny, kwestii reprezentacji stanów dużych i małych oraz – rzecz jasna – problemu niewolnictwa. Franklin apelował jednak do swoich kolegów, by skupili się na tym, co ich łączy… i by – zachowując klasę – zgodzili się na kompromis w pozostałych kwestiach. W przeciwnym razie Konstytucja w ogóle by nie powstała.

Ostatecznie niemal wszyscy złożyli swoje podpisy. Stało się tak, ponieważ delegaci byli przynajmniej zgodni co do fundamentów: Ameryka miała być republiką, a nie monarchią; republika miała spłacać swoje długi; a jej władze miały być odpowiedzialne przed obywatelami.

Na tym właśnie polega kompromis polityczny. Na znalezieniu obszarów – nawet jeśli jest ich niewiele – w których panuje zgoda, oraz na przedłożeniu dobra narodu nad kwestie, co do których istnieją rozbieżności. Poświęciłem wiele czasu na analizę problemów Ameryki. Wiele z nich jest gigantycznych, a jednocześnie większość daje się łatwo rozwiązać.

Przykładowo, fundusz emerytalny systemu ubezpieczeń społecznych (Social Security) wyczerpie się już za sześć lat – co stanowi ogromny problem. Można go jednak łatwo zażegnać, gdyby Kongres po prostu wdrożył zalecenia przedstawione przez zarządców tego programu.

Kolejnym wielkim wyzwaniem dla USA jest imigracja… choć i tutaj wystarczyłaby odrobina zdrowego rozsądku, by przeprowadzić niezbędne reformy.

Ameryka zmaga się z rocznym deficytem budżetowym rzędu 2 bilionów dolarów… a przecież gołym okiem widać, że jest tam wiele zbędnych wydatków, które można wyeliminować. Rząd traci nawet 500 miliardów dolarów rocznie z powodu samych tylko oszustw – nie wspominając o marnotrawstwie i nieefektywności.

Przepisy federalne liczą ponad 188 tysięcy stron. Dziesiątki tysięcy z nich można by usunąć już jutro, aby pobudzić gospodarkę – zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Wszystkie te wyzwania można bez trudu rozwiązać. A jednak reformy niemal nie istnieją.

Kongres wykazuje skrajną nieustępliwość – wręcz całkowicie odmawia działania. Ilekroć Biały Dom próbuje ograniczyć wydatki, aktywiści zasiadający w sądach blokują te cięcia. Media szkalują takie próby, a zawodowi agitatorzy i opłacani protestujący wywołują chaos.

Każda próba kompromisu spotyka się natomiast z podziałami i nienawiścią.

Dla mnie jest jasne, że nic nie da się naprawić, albowiem Ameryka (a szerzej – cały Zachód) nie zgadza się już co do fundamentów… a dzieje się tak dlatego, gdyż nie istnieją już żadne wspólne, podstawowe wartości.

"Wspólne wartości" nie oznaczają "braku sporów". Delegaci współpracujący z Benjaminem Franklinem ostro spierali się w wielu kwestiach, ale przynajmniej byli zgodni co do fundamentów: wolności, odpowiedzialności osobistej i równości wobec prawa.

Superman – jak wiadomo – uosabiał "prawdę, sprawiedliwość i amerykański styl życia". Był imigrantem, urodzonym na innej planecie, a wychowanym na farmie w Kansas – i właśnie o to chodziło. Każdy mógł przyjąć "amerykański styl życia".

Ale co dziś w ogóle oznacza "amerykański styl życia"? Zbyt wielu Amerykanów uważa obecnie własny naród za toksyczny, zły i nieodwracalnie rasistowski. Na całym Zachodzie ludzie wstydzą się własnej kultury, uważają, że wymaga ona "oczyszczenia" i aktywnie dążą do tego celu.

Byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyby spory ideologiczne wynikały z rzeczywistych problemów. Tak jednak nie jest. Dzisiejsze podziały społeczne są całkowicie absurdalne.

Amerykanie nie potrafią nawet uzgodnić, "czym jest kobieta" – i problem ten sięga najwyższych szczebli władzy. Podczas przesłuchania przed Sądem Najwyższym w 2022 roku Ketanji Brown Jackson otrzymała właśnie takie pytanie. Odpowiedziała, że ​​nie jest w stanie na nie odpowiedzieć, ponieważ "nie jest biologiem".

Kiedy latem tego roku w Massachusetts ruszył proces Lindsay Clancy, oskarżonej o uduszenie trójki własnych dzieci, Amerykanie nie potrafili nawet jednoznacznie potępić jej czynu jako potwornego i złego. Takich przykładów można mnożyć bez końca. I ma to ogromne znaczenie.

Wspólne wartości nie zależą od rasy, religii czy statusu imigracyjnego. Nie ma znaczenia, skąd ktoś pochodzi, jakiego boga czci, co jada, jakie kultywuje tradycje ani z kim sypia.

Wspólne wartości stanowią najbardziej podstawowy fundament cywilizacji. Jeśli ktoś przybywa do danego kraju i nie podziela tych wartości, z pewnością nie powinien dążyć do ich zmiany.

Wielokulturowość, w wydaniu promowanym przez lewicę spod znaku "woke", prowadzi do rozmycia własnej kultury i cywilizacji. Masowa migracja w dużej mierze sprowadza się do napływu ludzi, których z kulturą kraju, do którego trafiają, nie łączy absolutnie nic – i którzy nawet nie zamierzają podjąć próby zbliżenia się do niej.

Kwestia ta jest kluczowa. To wartości wyznaczają priorytety, a priorytety decydują o tym, które problemy zostaną rozwiązane. Zatem rozmycie wartości oznacza utratę zdolności do rozwiązywania problemów.

Kiedy Amerykanie skaczą sobie do gardeł w sporach o najbardziej elementarne kwestie (na przykład: czym jest kobieta), oznacza to, że nie tylko różnią się w kwestii podstawowych wartości, ale – co za tym idzie – mają też odmienne priorytety.

A to oznacza, że ​​żadne problemy nigdy nie zostaną rozwiązane.

W swojej wydanej w 1988 roku książce "Upadek złożonych społeczeństw" (ang. The Collapse of Complex Societies) antropolog Joseph Tainter doszedł do wniosku, że cywilizacje – od starożytnego Rzymu po Majów – ostatecznie upadły, ponieważ utraciły zdolność do rozwiązywania złożonych problemów.

Każda kolejna warstwa administracji państwowej generowała coraz wyższe koszty, oferując w zamian coraz mniej, aż w końcu społeczeństwo całkowicie utraciło zdolność do naprawiania czegokolwiek. Tak właśnie wygląda dzisiejsza Ameryka. To dlatego Kongres nie jest w stanie ukrócić nawet najbardziej ewidentnych nadużyć. Wyjaśnia to również wiele kwestii związanych z tym, jak przebiegała pandemia COVID-19.

Imperia nie upadają dlatego, że ludzie nagle stają się głupi. Upadają, bo przestają być w stanie rozwiązywać problemy. Moim zdaniem dzieje się tak, gdyż ludzie nie zgadzają się już co do podstawowych wartości.

Być może sytuacja ulegnie poprawie – mam taką nadzieję. Jednak biorąc pod uwagę obecne tendencje, nierozsądnie byłoby nie mieć planu awaryjnego.