Witamy w Republice Weimarskiej 2.0 - Robert D. Kaplan, Foreign Policy, 17.01.2025.
Dzisiejsze światowe potęgi prowadzą swoistą symulację słabej i chwiejnej republiki, która rządziła Niemcami przed II wojną światową.
Autor: Robert D. Kaplan, wykładowca geopolityki (na stanowisku im. Roberta Strausz-Hupé) w Foreign Policy Research Institute.
Obecnie Chiny, Rosja i Stany Zjednoczone – nie wspominając o państwach średniej wielkości czy mniejszych potęgach – prowadzą swoistą symulację Republiki Weimarskiej: tego słabego i chwiejnego organizmu politycznego, który rządził Niemcami przez 15 lat, od zakończenia I wojny światowej aż po dojście do władzy Adolfa Hitlera.
Niniejszy artykuł stanowi fragment książki "Waste Land: A World in Permanent Crisis" autorstwa Roberta D. Kaplana.
Amerykański "syndrom weimarski" może wydawać się oczywisty w obliczu ponownego wyboru na prezydenta Donalda Trumpa – człowieka, który niszczy instytucje państwowe. Jednak cały dzisiejszy świat przypomina jedną wielką Republikę Weimarską. Jest na tyle powiązany, że wydarzenia w jednej jego części mogą mieć dla pozostałych śmiertelne skutki, a jednocześnie na tyle niespójny politycznie, że brakuje mu jakiejkolwiek jedności. Podobnie jak w przypadku różnych elementów Republiki Weimarskiej, znaleźliśmy się w fazie niezwykle kruchego przejścia – zarówno technologicznego, jak i politycznego.
Nie dostrzegam wśród nas żadnego Hitlera ani zalążków totalitarnego państwa światowego. Nie zakładajmy jednak, że kolejny etap historii przyniesie ulgę względem obecnego. To właśnie z potrzeby ostrożności poruszam temat Republiki Weimarskiej.
Wiem, że analogie bywają bezużyteczne, jako że żadna rzecz nie jest identyczna z inną. Mimo to często stanowią jedyny sposób na komunikację i wyjaśnianie zjawisk. Choć z jednej strony analogia jest niedoskonałym zniekształceniem rzeczywistości, z drugiej może budzić nową świadomość i otwierać odmienny sposób postrzegania świata. Tylko dzięki analogii jestem w stanie zacząć opisywać głębię naszego globalnego kryzysu. Musimy dopuścić do siebie myśl, że może nas spotkać dosłownie wszystko. Na tym właśnie polega użyteczność odniesienia do Weimaru.
Czym właściwie był Weimar? Wybitny niemiecki historyk Golo Mann nazwał Republikę Weimarską rozległym i nieporęcznym "imperium bez cesarza". I wojna światowa – trwająca cztery długie lata, a w oczach zwykłych Niemców mająca być początkowo triumfalnym pochodem – zakończyła się klęską, śmiercią 1,75 miliona niemieckich żołnierzy oraz blisko pół miliona cywilów. Kraj był w ruinie, cesarski porządek polityczny załamał się, a Niemcy znalazły się na skraju społecznego chaosu. W takich właśnie okolicznościach czołowi niemieccy politycy i prawnicy, spotkawszy się w mieście Weimar, opracowali nowy ustrój konstytucyjny. Miał on zapobiec autokratycznym tendencjom, które przejawiali wcześniej zarówno cesarz Wilhelm II, jak i Otto von Bismarck.
Nowy system okazał się jednak zbyt słaby, by sprostać wyzwaniom, które miały nadejść. Zabrakło "nocnego stróża", który pilnowałby pokoju między poszczególnymi częściami składowymi państwa. Kraje związkowe (Länder) sprawowały władzę ustawodawczą poprzez Reichsrat (izbę wyższą parlamentu), zachowując przy tym wszelkie uprawnienia, które nie zostały wyraźnie przekazane władzom centralnym. Głowę państwa, czyli prezydenta Rzeszy, wybierał cały naród. Prezydent mianował następnie kanclerza, który wraz ze swoim gabinetem sprawował rządy z nadania Reichstagu – izby niższej parlamentu, wyłanianej w wyborach powszechnych. Dwie trzecie terytorium Niemiec stanowiły Prusy, rządzone według odrębnych zasad niż pozostałe kraje związkowe (Länder). Z kolei w Bawarii – która, podobnie jak Prusy, funkcjonowała jako "państwo w państwie" – nieustannie mówiło się o secesji od Rzeszy.
Jeśli wszystko to przypomina znacznie bardziej skomplikowaną wersję konstytucji Stanów Zjednoczonych z jej podziałem władz i pięćdziesięcioma stanami – to słusznie. Sytuację dodatkowo komplikował jednak panujący wówczas chaos gospodarczy i społeczny. W początkowym okresie republiki weimarskiej kraj zmagał się z katastrofalną inflacją, a pod koniec jego istnienia – z równie dotkliwą depresją gospodarczą. Było to pokłosie niezwykle trudnej powojennej sytuacji, pogłębionej jeszcze przez reparacje nałożone na mocy traktatu wersalskiego oraz globalne zawirowania ekonomiczne.
Niemcy w okresie weimarskim, od 1918 do 1933 roku, stanowiły rozległy i ledwie scalony świat, w którym zasady porządku niemal nie obowiązywały. Był to raczej układ skłóconych i rozproszonych, rywalizujących ze sobą elementów niż sprawny rząd – co wynikało z różnic regionalnych w państwie rozległym i, w ujęciu historycznym, niedawno zjednoczonym. "Normalnym stanem" Republiki Weimarskiej był "kryzys" – pisał nieżyjący już historyk Gordon A. Craig.
Pod tym względem Republika Weimarska przypominała dzisiejszy świat: jest on tak ściśle powiązany, że kryzysy – czy to pandemia COVID-19, globalna recesja, konflikty między mocarstwami, wojny na Bliskim Wschodzie czy bezprecedensowe zmiany klimatyczne – przekraczają granice oceanów. Przywoływanie doświadczeń Republiki Weimarskiej oznacza uznanie rosnących współzależności we współczesnym świecie oraz przyjęcie za nie moralnej odpowiedzialności. Podobnie jak poszczególne kraje związkowe w Republice Weimarskiej, dzisiejsze państwa są ze sobą powiązane w taki sposób, że kryzys dotykający jednego z nich może stać się kryzysem dla wszystkich. Fenomen weimarski staje się zatem kwestią skali.
Republika Weimarska była jednym niekończącym się rządowym kryzysem, w którym każda chwila wydawała się rozstrzygająca. Władza centralna wyczerpywała swoje siły, próbując jedynie utrzymać porządek, a w ostatnich latach istnienia republiki głównym tematem rozmów w Niemczech była bieżąca polityka. Był to stan permanentnego kryzysu, w którym kolejne sensacyjne nagłówki prasowe pojawiały się w zawrotnym tempie. Zarówno społeczeństwo, jak i politycy byli całkowicie pochłonięci chwilą – z całą jej intensywnością – niezdolni do myślenia o przyszłości, albowiem teraźniejszość była zbyt przytłaczająca.
Thomas Mann pisał: "Podzielony i wyobcowany sam z siebie naród, kierowany przez słabych lub niechętnych do działania polityków, stanął w obliczu problemów, których beznadziejny chaos przerósłby nawet Bismarcka".
Nie wszystko jednak było czarne i ponure. Lata dwudzieste – zwłaszcza ich druga połowa – nierozerwalnie wiążą się z postacią Gustava Stresemanna. Ten liberalny, realistycznie myślący polityk – powszechnie uważany za wybitnego – pełnił funkcje kanclerza oraz ministra spraw zagranicznych. Był to okres wzrostu gospodarczego, rozkwitu kultury oraz politycznych kompromisów i pojednań. Przez pewien czas panowało wyraźne przekonanie, że sytuacja ulega poprawie, a Niemcy wreszcie wychodzą z powojennego chaosu. Dzięki dyplomacji Stresemanna udało się – z wyjątkiem kwestii zbrojeń – niemal całkowicie znieść ograniczenia suwerenności Niemiec, nałożone traktatem wersalskim po klęsce w I wojnie światowej. Kolejny przypływ optymizmu – choć krótkotrwały – pojawił się na początku 1930 roku, gdy władzę objął Heinrich Brüning, konserwatysta w sprawach finansowych, stojący na czele ponadpartyjnego rządu "stanu wyższej konieczności”.
Jednakże talentom technokratycznym Brüninga nie dorównywał jego instynkt polityczny. Brakowało mu zdolności do zawierania kompromisów i manewrowania w sytuacji, gdy próbował narzucić społeczeństwu oraz partiom politycznym bolesne środki naprawcze – w tym obniżki płac i ograniczenie dostępności kredytów. "Gdyby Brüning był Bismarckiem, być może – mimo niezwykle trudnych okoliczności – zdołałby doprowadzić to przedsięwzięcie do pomyślnego końca" – pisze Craig. Rząd Brüninga trwał jednak z trudem, aż do swego upadku w 1932 roku.
Gabinet technokratów Brüninga był stopniowo osłabiany przez ekstremistyczne siły działające na ulicach – zarówno nazistów, jak i komunistów. Być może była to ostatnia realna szansa Republiki Weimarskiej na wyjście na prostą. Historia ma wymiar szekspirowski, a zarazem geopolityczny. Jest splotem przypadkowych zdarzeń. Gdyby Brüning nie posiadał swoich osobistych ograniczeń, dzieje XX wieku mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.
Im głębszy chaos, tym częściej następuje po nim skrajna tyrania – co prowadzi nas do ostatniego rozdziału historii Republiki Weimarskiej.
"Domek z kart", jakim była Republika Weimarska, osiągnął punkt krytyczny w 1932 roku za rządów przedostatniego kanclerza, Franza von Papena – prawicowego autokraty i amatora jeździectwa, pozbawionego politycznego zaplecza. Thomas Mann opisał go jako człowieka "próżnego", "nieodpowiedzialnego" i "żałośnie powierzchownego". Rząd von Papena nie był w stanie niczego osiągnąć i nie przetrwał nawet roku. W tamtym okresie dochodziło do nieustannych przetasowań w gabinecie, lecz o realnym sprawowaniu władzy nie było mowy. Mimo odejścia z urzędu, von Papen pozostał bliskim doradcą prezydenta Paula von Hindenburga.
Zapytany, dlaczego Hindenburg – ulegając radom von Papena i kilku innych osób – mianował 30 stycznia 1933 roku Hitlera kanclerzem, von Papen odparł: "Myśmy go tylko zatrudnili". "Wzięliśmy go w ramy" – dodał jeden z jego znajomych, wierząc, że Hitlera da się łatwo kontrolować na tym stanowisku. Mann zadaje pytanie, jaki jest sens ludzkiej egzystencji, skoro "taka marna postać" jak von Papen mogła "wpłynąć na bieg historii świata”. Po raz kolejny mamy do czynienia z potężnymi, przytłaczającymi siłami, takimi jak geografia, kultura i ekonomia, a także z nieprzewidywalnymi wydarzeniami wynikającymi z działania kluczowych osobowości. Historia łączy te dwa elementy.
Republika Weimarska stworzyła próżnię, którą z czasem wypełnił nazistowski totalitaryzm. Nasz dzisiejszy świat musi jednak zmierzać ku innemu przeznaczeniu. Podobnie jak w czasach Republiki Weimarskiej, żyjemy w systemie wzajemnie powiązanych państw, w którym nikt tak naprawdę nie sprawuje władzy. Mimo to geografia świata pozostaje istotnym czynnikiem. Ziemia jest na tyle rozległa, że żadna pojedyncza siła polityczna nie jest w stanie w pełni powtórzyć scenariusza, który rozegrał się w Niemczech u schyłku Republiki Weimarskiej – luźno zorganizowanego państwa, obejmującego jedynie geograficzne centrum Europy. Zamiast więc ryzykować pojawienie się kolejnego Hitlera, jesteśmy skazani na nieustanne tkwienie w kolejnych stanach zagrożenia, podczas gdy kryzysy przenikają przez granice i rozprzestrzeniają się po całym świecie.
Republika Weimarska stała się dla nas stanem permanentnym. Dzięki globalizacji i technologii jesteśmy ze sobą tak ściśle powiązani, że wzajemnie na siebie wpływamy, nie dysponując przy tym mechanizmami prawdziwie globalnego zarządzania. Nie musi to być jednak najgorszy z możliwych scenariuszy – wszak gdyby nie pojawił się Hitler, Republika Weimarska mogłaby ostatecznie wyjść na prostą. W krajach rozwijających się istnieje wiele demokracji przypominających tę weimarską – choćby w Libanie, Nigerii czy Bangladeszu – i niektóre z nich wciąż mają szansę na sukces. Kluczem jest konstruktywne wykorzystanie naszych obaw związanych z "weimarskim" doświadczeniem: powinniśmy zachować czujność wobec przyszłości, nie poddając się jednocześnie fatalizmowi.
Geografia nie znika, ale staje się coraz bardziej skondensowana. Za sprawą cyfrowej komunikacji, technologii cybernetycznych, rakiet międzykontynentalnych, podróży lotniczych, satelitów i wielu innych rozwiązań, różne zakątki globu oddziałują dziś na siebie równie silnie, jak czyniły to poszczególne regiony czy ośrodki władzy w Niemczech lat 20. i wczesnych lat 30. XX wieku.
Im bardziej technologia "zmniejsza” świat, tym większe znaczenie zyskuje każdy jego punkt. Każda rzeka czy pasmo górskie nabiera znaczenia strategicznego. Zamach stanu w Nigrze – taki jak ten z 2023 roku – który osłabia działania antyterrorystyczne w ogromnym regionie Afryki, obnaża kruchość naszego świata w równym stopniu, co kryzys gospodarczy w Chinach. Wyobraźmy sobie stary zegarek naręczny. Jest niewielki, ale gdy zaczniemy go rozbierać na części, okazuje się zaskakująco rozbudowany i skomplikowany. Tak właśnie wygląda nasz świat dzisiaj i tak będzie wyglądał w nadchodzących dekadach.
Czy ten nowy, globalny "Weimar" podzieli katastrofalny los swojego niemieckiego pierwowzoru? A może uda mu się osiągnąć pewien stopień stabilizacji – na wzór Niemiec z lat 20. XX wieku, za czasów Gustava Stresemanna? Ówczesny okres przejściowy mógłby przecież trwać w nieskończoność, gdyby nie wielki kryzys, który dotknął cały rozwinięty świat i wpędził Republikę Weimarską w spiralę upadku. Pandemia COVID-19 oraz zmiany klimatu – mimo wszystkich wyrządzonych przez nie szkód – nie wywarły jeszcze na świecie tak bezpośredniego i katastrofalnego wpływu, jaki wielki kryzys wywarł na Niemcy, torując drogę do władzy Hitlerowi. Dajmy im jednak czas. Zmiany klimatu i pandemie są nieubłagane – nie wspominając już o wojnach czy pęknięciach w relacjach między wielkimi mocarstwami.
Na początku XX wieku brytyjski geograf Halford Mackinder zelektryzował świat intelektualny swoją słynną dziś teorią "punktu zwrotnego" (ang. pivot). Zakładała ona, że skoro euroazjatycki superkontynent miał zostać wkrótce połączony siecią kolei, to "serce lądu" (heartland) – rozległe centrum Eurazji – staje się kluczem do światowej dominacji, jako że znajduje się w równej odległości od wszystkich strategicznych punktów w każdym kierunku. Dochodząc do tego wniosku, Mackinder zauważył, że wielkie europejskie imperialne potęgi, rozszerzając swoje wpływy polityczne aż po najdalsze zakątki Afryki i Azji, w praktyce "skartografowały" całą planetę. Nie pozostało już żadne miejsce, w którym można by prowadzić dalszą ekspansję. Energia mocarstw nie mogła być już zatem kierowana na podboje odległych dżungli czy pustyń, co oznaczało, że potęgi te zaczną coraz częściej zwracać się przeciwko sobie.
Zgodnie z teorią Mackindera, wojny miały przybrać skalę globalną, ponieważ każdy zakątek świata mógł stać się przedmiotem sporu. W ten sposób Mackinder – na dekady przed tymi wydarzeniami – niejako przewidział dwie wojny światowe oraz zimną wojnę.
"Każda eksplozja sił społecznych" – pisał Mackinder w 1904 roku – "zamiast rozpraszać się w otaczającej przestrzeni nieznanych obszarów czy barbarzyńskiego chaosu, będzie [odtąd] gwałtownie odbijać się echem po drugiej stronie globu, a słabsze elementy" znajdujące się pomiędzy nimi "zostaną w rezultacie zmiażdżone". Skoro niemal wszędzie istnieją powiązane ze sobą skupiska ludzkie, każdy punkt na mapie nabiera krytycznego znaczenia. Nie ma już dokąd uciec. Wielkie mocarstwa pozostaną uwięzione razem na ograniczonej powierzchni planety.
I wojna światowa była być może pierwszym momentem, w którym z całą wyrazistością ujawniło się, że wielkie potęgi Europy i Ameryki Północnej są ze sobą powiązane w ramach jednego systemu. Postępujący proces – kurczenie się świata pod wpływem rozwoju technologii – prowadzi do fundamentalnych zmian. II wojna światowa objęła już wszystkie główne kontynenty strefy umiarkowanej – Europę, Amerykę Północną i Azję – wciągając je w jeden niszczycielski system konfliktów. System ten uległ jeszcze większemu pogłębieniu i zaostrzeniu w trakcie trwającej blisko pół wieku zimnej wojny. Od tamtego czasu, aż po lata 20. XXI wieku, obserwujemy stały napływ zaawansowanego technologicznie uzbrojenia, co sprawia, że świat – a wraz z nim konflikty – staje się coraz bardziej klaustrofobiczny. Skoro każde miejsce zyskuje znaczenie strategiczne, liczba potencjalnych punktów zapalnych jest większa niż kiedykolwiek. A mimo to, na horyzoncie wciąż nie widać żadnego globalnego rządu.
Tymczasem wielkie eurazjatyckie mocarstwa lądowe – Chiny, Rosja, Korea Północna i Iran – pozostają w konflikcie z szerokim sojuszem sił, w skład którego wchodzą Stany Zjednoczone, ich partnerzy z regionu zachodniego Pacyfiku, Ukraina, Izrael oraz umiarkowane państwa arabskie wyznania sunnickiego. W regionie Indo-Pacyfiku trwa wyścig zbrojeń, którego głównymi punktami zapalnymi są Tajwan oraz Morze Południowochińskie. Wybuch działań wojennych w tym rejonie – pomiędzy dwiema największymi gospodarkami świata – mógłby doprowadzić do całkowitego załamania globalnych rynków finansowych oraz łańcuchów dostaw.
Rzeczywiście, wszyscy jesteśmy ze sobą ściśle powiązani. Izolacjonizm – koncepcja, która powstała w czasach, gdy podróż parowcem do Europy trwała tydzień – nie wchodzi w grę. Podobnie jak agresywny interwencjonizm, ponieważ byłby on nie do utrzymania w obliczu nasilających się kryzysów i ryzyka okresowego pogrążania się w bagnie. Podobnie jak w czasach Republiki Weimarskiej, potrzeba mądrego przywództwa na arenie międzynarodowej oraz skutecznego i błyskawicznego podejmowania decyzji rośnie z dnia na dzień, choć wydaje się, że coraz bardziej nam to umyka. Nasilający się kryzys międzynarodowy wymaga zacieśnienia współpracy między państwami, nawet jeśli globalizacja – która jest powierzchownym narzędziem w porównaniu z jawnymi terytorialnymi interesami tych samych państw – nie jest wystarczająco zaawansowana, by ją podtrzymać. Pierwsza połowa XXI wieku może okazać się równie przerażająca i odkrywcza jak pierwsza połowa XX wieku.