Cesarz jest nagi - Mark Thornton, MisesWire, 4.11.2026

Najważniejszym elementem reform społecznych i politycznych jest to, by ogół społeczeństwa wiedział, co faktycznie się dzieje, i potrafił przejrzeć rządową propagandę oraz jej skrajny nacjonalistyczny patriotyzm. Badania opinii publicznej wskazują na najniższy w historii poziom zaufania do rządu Stanów Zjednoczonych – poniżej 20 procent, w porównaniu z prawie 80 procentami w czasach standardu złota.


To otwarcie oczu może okazać się największym wkładem prezydenta Donalda Trumpa. Objął urząd prezydenta, opierając swoją kampanię wyborczą na obietnicach "osuszenia bagna" i walki z "głębokim państwem” ("deep state"). Wypowiadał piękne słowa, ale ostatecznie przegrał z następującymi przeciwnikami – mediami, sądami i urnami wyborczymi.

Odzyskał koronę, ale po zachęcającym rozkwicie szybko stało się jasne, że rządzi z fałszywej ambony. Został zniewolony przez niewielki wycinek amerykańskiego społeczeństwa, do którego należą jego syjonistyczni darczyńcy, kompleks militarno-przemysłowy, izraelskie lobby, głębokie państwo i neokonserwatywny chór. Nie doprowadził do ujawnienia akt Epsteina, a wręcz je zataił. Fakt, że nie przeprowadzono poważnego rządowego śledztwa w sprawie zabójstwa Charliego Kirka – zagorzałego przeciwnika zaangażowania wojskowego USA w sprawy Izraela – potwierdza korupcję naszych polityków, w bardzo złowrogi sposób, na oczach wszystkich.

W bardzo niedawnym sondażu dotyczącym amerykańskiej opinii o prezydencie Trumpie, sondaż Reuters/Ipsos osiągnął najniższy w historii wskaźnik poparcia, wynoszący zaledwie 32%, podczas gdy sondaż AP-NORC wykazał jego poparcie na rekordowo niskim poziomie zaledwie 31%. Prezydent Trump nie zgadza się z twierdzeniem, że osłabi Republikanów w wyborach uzupełniających, stwierdzając: "Świetnie mi idzie” i nakazuje wyborcom, aby po prostu "udawali, że jestem na liście kandydatów”, a "czeki z dywidendą w wysokości 5000 dolarów dla każdego dorosłego Amerykanina” zapewnią zwycięstwo.

Amerykanie i ludzie na całym świecie coraz częściej postrzegają rząd amerykański jako zbankrutowane, despotyczne imperium zmierzające w złym kierunku. Pozytywne postrzeganie Ameryki gwałtownie spada na całym świecie. Kolejny niedawny sondaż wskazuje, że Stany Zjednoczone plasują się niemal na samym dole rankingu, poniżej Rosji, i tylko nieznacznie wyżej od Afganistanu i Korei Północnej, podczas gdy Izrael zajmuje ostatnie miejsce w tym zestawieniu.

Świat postrzega rząd USA jako beznadziejnie zadłużony. Amerykańscy politycy nawet nie dyskutują na ten temat i z pewnością nie zastanawiają się nad sposobami rozwiązania tego problemu. Znajdują jedynie nowe sposoby wydawania jeszcze większych pieniędzy i pogłębiania zadłużenia. Ameryka jest w oczach świata bankrutem.

Cały świat drży, gdy prezydent Trump powiedział magazynowi "Time”, że dług publiczny można po prostu zredukować poprzez inflację. Drukowanie pieniędzy to ukryty podatek – najbardziej szkodliwy społecznie i niemoralny ze wszystkich podatków. Zgodnie z ustawą o przestępstwach z 1790 roku fałszerstwo było przestępstwem zagrożonym karą śmierci i nadal podlega karze 25 lat więzienia, ale nasz rząd uważa obecnie własną formę drukowania pieniędzy za normalną praktykę biznesową.

Dolar amerykański nie jest prawdziwym pieniądzem i nie był nim przez ostatnie stulecie. Jest to waluta fiducjarna narzucona Ameryce i światowej gospodarce na mocy dekretu. Niemal od początku cywilizacji ludzkiej prawdziwym pieniądzem było srebro, a później złoto. Dzięki swojej stabilnej i uczciwej wartości te pierwiastki ziemi pomogły nam przekształcić się z prymitywnych ludzi w zaawansowaną globalną cywilizację opartą na wymianie i pokojowej współpracy.

Dopiero niedawno strup fałszywego pieniądza został zerwany, gdy Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na Rosję za inwazję na reżim ustanowiony przez USA na Ukrainie, kradnąc przy tym rosyjskie zasoby amerykańskich papierów wartościowych. Inne kraje przestały ufać amerykańskim obligacjom rządowym i zwiększają zakupy oraz zasoby złota. Ogół społeczeństwa, szczególnie w Azji, poszedł w ich ślady. Wiele krajów podejmuje również nieustanne wysiłki, by uwolnić swoje zasoby złota od tak zwanych "bezpiecznych kustoszy” w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, sprowadzając je z powrotem do swoich krajów.

Nasza wojna z Iranem okazała się niezwykle pouczająca i dobitnie obnażyła granice amerykańskiej potęgi militarnej. Ujawniła fałszywe poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewniliśmy państwom Zatoki Perskiej, oraz położyła kres uprzywilejowanej pozycji petrodolara. Konflikt ten zasadniczo zmienił również postrzeganie Iranu na arenie międzynarodowej i w samych Stanach Zjednoczonych – badacze zaczęli nawet określać Iran mianem "nowego mocarstwa”. Propaganda wykreowała obraz Iranu jako państwa wykluczonego, agresywnego i niewiarygodnego. Dziś jednak świat przypomina sobie, że wojna iracko-irańska została wywołana i wsparta przez USA.

Wsparcie Iranu dla grup mniejszościowych w świecie arabskim nie jest już postrzegane jako wspieranie terroryzmu, lecz jako sprzeciw wobec ludobójstwa i działanie na rzecz amerykańskiej wartości, jaką jest samostanowienie narodów. W relacjach wojskowych i dyplomatycznych Irańczycy przestrzegają uznanych na świecie standardów dotyczących dyplomacji oraz zaangażowania militarnego. Wielu Irańczyków otwarcie przyznaje, że ich system jest daleki od doskonałości, a znaczna część społeczeństwa sprzeciwia się obecnym władzom – podobnie jak ma to miejsce w każdym innym kraju.

Z pewnością zarówno na arenie międzynarodowej, jak i krajowej postrzeganie Ameryki zmieniło się z życzliwego supermocarstwa gospodarczego w wrogie, despotyczne imperium. Ta zasadnicza, negatywna zmiana postrzegania Ameryki wynika przede wszystkim z wydarzeń w Wietnamie i Afganistanie, do których dochodzi brak jasnego celu obecnej wojny z Iranem – atakowanie przeciwnika w trakcie negocjacji, zabicie najwyższego przywódcy religijnego Iranu oraz atakowanie niewinnych cywilów. Widać tu arogancką nieudolność w zakresie strategii i taktyki oraz całkowity brak dyplomacji, zasad prowadzenia działań zbrojnych i jakiejkolwiek troski o naszych sojuszników, z wyjątkiem Izraela. Wszystko to utrwala amerykańskie przekonanie, że cała klasa polityczna pozbawiona jest charakteru i moralności oraz że jej przedstawiciele są niewiarygodnymi zarządcami publicznych dóbr.

Oliwy do ognia dolewają werbalne ataki na suwerenność Kanady i Grenlandii, bezprawne ujęcie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro oraz coraz bardziej agresywna postawa USA wobec Kuby. To działania i słowa typowe dla rozkapryszonego, despotycznego władcy, a nie dla Ameryki – "lśniącego miasta na wzgórzu”* - ani też, jak opisał ją Ronald Reagan w swoim pożegnalnym przemówieniu – kraju silnego, dumnego i otwartego, będącego ostoją pokoju, harmonii oraz gościnności.

*"Shining city on a hill” (lśniące miasto na wzgórzu) to słynna metafora o bogatych korzeniach biblijnych i politycznych, używana jako symbol moralnego wzorca oraz wyjątkowej roli Stanów Zjednoczonych.

Problem ten nie jest ani nowy, ani ograniczony wyłącznie do Stanów Zjednoczonych. Nie odwrócimy negatywnego trendu poprzez samą wymianę osób sprawujących władzę w Waszyngtonie. Wymaga to gruntownej zmiany ideologicznej – przejścia ku ograniczonej roli państwa i zdrowemu pieniądzowi. Historia uczy, że problem imperializmu jest zjawiskiem znanym od starożytności i przebiega według określonego schematu. Państwo, które niegdyś stanowiło wzór dla świata, z czasem staje się coraz bardziej agresywne i ekspansywne na arenie międzynarodowej, a wewnątrz własnych granic – despotyczne i opresyjne. Proces ten trwa, dopóki ostatecznie nie doprowadzi do wewnętrznego rozpadu i samoistnego upadku.

Już średniowieczni scholastycy ostrzegali przed tym zjawiskiem, a Alexis de Tocqueville wyjaśniał, że despotyzm wcale nie musi przybierać formy dyktatury wojskowej. Może on objawiać się jako "łagodny despotyzm” – rządy nieodpowiedzialnej przed nikim biurokracji.

Przed niebezpieczeństwami imperializmu ostrzegali przedstawiciele nurtu "Old Right” (dawnej prawicy), tacy jak senator Robert Taft, Russell Kirk czy Pat Buchanan. Podobne przestrogi płynęły również ze strony lewicy – ​​od Noama Chomsky’ego, Chalmersa Johnsona, Glenna Greenwalda oraz Gore’a Vidala – choć pozostały one bez echa. Najwyraźniejszy i najbardziej przenikliwy sprzeciw wobec imperializmu formułowali myśliciele libertariańscy, w tym F. A. Hayek (autor "Drogi do zniewolenia”), kongresmen dr Ron Paul oraz Llewellyn Rockwell.

Kluczowym krokiem ku dostrzeżeniu, że "cesarz jest nagi” – czyli że imperialny projekt jest pusty i szkodliwy – jest fakt, iż coraz więcej Amerykanów nawiązuje bezpośrednie relacje z obcokrajowcami. Podróżujemy do innych krajów, utrzymujemy kontakty z ludźmi z całego świata – choćby za pośrednictwem mediów społecznościowych. Dawny lęk i nieufność wobec cudzoziemców zanikają (pomijając kwestie związane z celową polityką masowej migracji, prowadzoną przez rządy państw zachodnich). Dziś potrafimy dostrzec zarówno podobieństwa, jak i różnice między narodami. Co szczególnie istotne, wielu młodych ludzi nie ma najmniejszego zamiaru prowadzić wojen z mieszkańcami innych państw. To ogromny krok w stronę lepszego świata, zważywszy, że wojna jest najbardziej niszczycielskim zjawiskiem dla społeczeństwa.

Istotnie, najważniejszym elementem skutecznej reformy społecznej i politycznej jest zrozumienie problemu przez ogół społeczeństwa. Ludzie muszą następnie pojąć właściwe sposoby zreformowania społeczeństwa i przyjąć odpowiednią zmianę ideologiczną. Muszą również zaakceptować trudy i wyzwania wiążące się z wprowadzeniem rzeczywiście korzystnych zmian, a także wykazać się charakterem i przekonaniem, by w tym procesie wytrwać.

Ogólną zasadą udanej reformy jest to, że musi to być proces oddolny, a nie odgórny, napędzany przez konkretne osobistości. Ogólnym celem jest, by państwa były małe – im mniejsze, tym lepiej – i opierały się na skłonnościach oraz poparciu lokalnej społeczności. Celem musi być samostanowienie sięgające aż do poziomu jednostki, a także otwarte przyznanie, że państwa nie powinny mieć żadnej własnej misji, niezależnej od obywateli, zgodnie z naszą "Deklaracją Niepodległości" – ani bezpieczeństwa, ani równości, ani wielkości państwa.

Przede wszystkim reforma musi ograniczyć, osłabić i zawęzić uprawnienia rządu oraz zagwarantować "niezbywalne” prawa naturalne jednostki do postępowania zgodnie z własną wolą w ramach praworządności. Historia pokazuje, że brutalne rewolucje i wojny domowe są szkodliwe dla życia, wolności i własności oraz niekoniecznie przyczyniają się do poprawy społeczeństwa czy wolności człowieka. Rewolucja amerykańska z pewnością nie była błahym wydarzeniem. Natomiast upadek komunizmu miał charakter wielonarodowy, był napędzany ideologicznie i w dużej mierze zakończył się sukcesem pod względem kierunku zmian, jakie zaszły wśród ogromnej części światowej populacji i na znacznej części powierzchni ziemi, a co najważniejsze – przebiegł bez użycia przemocy.